Geoturystyka

Wyprawy - Rowerem przez świat

Wisła Tour 2010

÷Polska, wzdłuż Wisły

Wyprawa przebiegała wzdłuż największej rzeki w Polsce. Wisła ma łącznie długość 1047 km, a w Krakowie osiągnęliśmy 73 km rzeki, czyli przejechaliśmy łącznie 974 km Wisły.


422641485c6aee90medDlaczego Wisła: każdy polak wie , że Wisła jest najdłuższą rzeką w naszym kraju biegnącą z gór do morza przez całą Polskę. Ale co więcej potrafimy powiedzieć o najważniejszej rzece w Polsce ? Jeszcze można skojarzyć, że przepływa przez Kraków i przez stołeczną Warszawę. I na tym się kończy nasza wiedza, nie uwzględniam oczywiście wyuczonej garstki, która o najdłuższej rzece potrafi nawijać godzinami. Wychodzimy z pomysłem wycieczki rowerowej przebiegającej wzdłuż Wisły. Wyprawa pozwoli nam poznać największą rzekę naszego pięknego kraju w pełnej okazałości. W trakcie wycieczki chcemy się dowiedzieć jak najwięcej faktów, legend i ciekawostek dotyczących Wisły. Postaramy się uchwycić wszystkie najpiękniejsze chwile spotykające nas w czasie wycieczki. Po wyprawie mamy zamiar zdobytą wiedzę przekazać internautom ( w ramach możliwości szerszemu audytorium w postaci prezentacji lub udziału w targach turystycznych), żeby wiedzieli, że Wisła to nie tylko niebieska linia biegnąca na mapie. To jest nasze dziedzictwo naturalne, kulturowe i przemysłowe, tylko my zabiegani dookoła przyziemnych spraw nie potrafimy tego zauważyć. Uważamy, że Wisłę w Polsce trzeba promować. Nie może być tak, że przeciętny polak praktycznie nic nie wie na temat największej rzeki w Polsce, jaką jest Wisła. To jakim sposobem największą rzeką w naszym kraju mamy zainteresować obcokrajowców ? Pamiętajmy, turystyka wspólna sprawa.
Uczestnicy: Michał Gworys, Paweł Zaporowski

Termin: 18.08 - 09.09.2010 (23 dni) (2 dnia na dojazd, 8 dni w miastach (2 dni w Gdańsk, 1 dzień w Toruniu, 4 dni w Warszawie, 1 dzień w Krakowie), 1 dzień na powrót, 12 dni w trasie)

Trasa: Piła - Gdańsk - Tczew - Gniew - Nowe - Grudziądz - Świecie - Chełmno - Bydgoszcz - Solec Kujawski - Toruń - Ciechocinek - Nieszawa - Włocławek - Dobrzyń nad Wisłą - Płock - Wyszogród - Zakroczym - Nowy Dwór Mazowiecki - Warszawa - Góra Kalwaria - Dęblin - Puławy - Kazimierz Dolny - Annopol - Zawichost - Sandomierz - Tarnobrzeg - Baranów Sandomierski - Szczucin - Niepołomice - Kraków

Dystans: 1431 km (nie wliczając kilometrów nabitych w miastach)

Sprzęt: Całą trasę przejechaliśmy rowerami z przyczepkami.

Noclegi: Na wyprawie wszystkie noce spędziliśmy pod namiotem. Spaliśmy na stacjach paliw, przy kościołach, na dziko, na kempingach oraz u ludzi.

Wyżywienie: Stołowaliśmy się głównie w marketach oraz barach. Dwa rodzaje kuchenek na naboje nie za bardzo na przypasowały. Na przyszłe wyprawy planujemy zainwestować w niezastąpiona butlę gazową.

Koszt: 1600 zł

Usterki i zgrzyty: liczba usterek też nie była duża, a nieprzyjemnych sytuacji nie było praktycznie wcale.

Pogoda: Pogoda również nie była najgorsza

Opis wyprawy:

1. Piła - Czarna Woda (133 km).

Krajenka, Złotów, Debrzno, Człuchów, Chojnice, Czersk

zamek_w_czerskuZ Piły do Gdańska zaplanowaliśmy dojechać rowerami. Nie jest to aż tak daleko, a poza tym jest to świetna rozgrzewka przed faktycznym startem wyprawy ze stolicy Pomorza. Także dojazdowe dni traktujemy tranzytowo i nie nastawiamy się na zwiedzanie. Dopiero o 14 rozpoczynamy nasze pierwsze kilometry, ponieważ wcześniej streszczamy słuchaczom radia Eska eskapadę Wisła Tour. Na szczęście audycja nie była nagrywana na żywo, ale stres i tak jest. Generalnie mamy zaplanowane dojechać na pierwszy nocleg w środku nocy, ponieważ droga krajowa jest w późniejszych godzinach mniej ruchliwa, a przebieg tej trasy bardzo nam odpowiada. Drogą wojewódzką 188 jedziemy przez Krajenkę, Złotów, Debrzno do Człuchowa. W Człuchowie odpoczywamy po dosyć długim odcinku przed zamkiem. Za samym Człuchowem łapie nas potężna ulewa. Chowamy się pod daszkiem przy zajeździe. Po pewnym czasie z restauracji wychodzi pan zajmujący się wszystkim przy tym moteliku i widząc ulewę oraz późną porę proponuje nam nocleg w pralni. Zastanawiamy się trochę, ale jak przestaje padać, mając dalszy cel, ruszamy drogą krajową 22 do Chojnic. Zjeżdżamy do centrum, żeby ominąć obwodnicę. Od Chojnic przez Czersk do Czarnej Wody krajowa 22 jest poniemiecką drogą ułożoną z płyt. Rowerem przyjemnie się jedzie po tak ułożonej jezdni, denerwują jedynie pojazdy, które strasznie hałasują. Na szczęście w godzinach nocnych ruch jest minimalny, a na dodatek mamy szerokie pobocze. Za Czerskiem planujemy rozbić namiot, ponieważ robi się coraz później. Odcinek Chojnice - Czersk to same piękne lasy, idealne miejsce na namiot, ale cóż mamy poprzeczkę postawioną dalej. Za Czerskiem już nie jest tak fajnie, same pola, gospodarstwa oraz praktycznie zero lasów nie pozwalają nam rozbić namiotu. Trudno, trzeba skutecznie przemieszczać się dalej, na pewno kiedyś coś znajdziemy. Dogodne miejsce na nocleg znajdujemy przy stacji paliw, gdzie obsługa stacji godzi się bez problemu widząc nasze zmęczenie oraz godzinę 4, która powoli się zbliżała. Pierwsze rozbicie namiotu o tak później porze nie jest najmądrzejszym pomysłem, ale nie sprawia nam to dużego problemu, prawdopodobnie chęć wyspania robi swoje. W rozbitym namiocie zasypiamy w około kilka sekund.

2. Czarna Woda - Gdańsk Stogi (90 km)

Skarszewy

przed_skaryszewemOkazuje się, że spaliśmy dosłownie w Czarnej Wodzie. Dodam, że to nazwa miasta, bo aż tak mocno nie padało. Planujemy krajówką dojechać do Starogardu Gdańskiego, jednak duży i uciążliwy ruch, pomimo szerokiego pobocza, weryfikuje nasze założenia. Spotykamy bardzo miłego człowieka małej ciężarówki, który po wyprzedzeniu naszych rowerów z przyczepkami zatrzymuje się i pyta się czy nas nie podrzucić, bo jedzie do Elbląga i ma wolna pakę. Również mamy dylemat, ale jego trasa za bardzo nam nie odpowiada, ładnie dziękujemy i ruszamy dalej. W Zblewie zjeżdżamy z krajówki, ponieważ ruch jest naprawdę bardzo duży. Rezygnujemy z przejazdu przez Starogard Gdański, wyznaczając sobie inną spokojniejsza trasę. Na przystanku przy lokalnej drodze robimy sobie dłuższą przerwę. Słońce i wiatr pozwalają nam wysuszyć ekwipunek. Z przystanku autobusowego robimy sobie obozowisko. Kuchenkę, na jakieś tam naboje, udaje nam się wykorzystać za trzecim razem, bo wcześniej nogi i wiatr strasznie utrudniają zagotowywanie wody. W końcu ruszamy spokojnymi drogami, dojeżdżając do Skarszew. Do Godziszewa ruch stopniowo narasta, żeby nasilić się na wojewódzkiej 222. Do Gdańska trasa jest dla nas naprawdę uciążliwa. Przez Orunię wjeżdżamy do centrum. Na Długim Targu telefonicznie próbujemy załatwić nocleg. Wszystkie schroniska młodzieżowe oraz akademiki są pozajmowane, ale co to za problem przecież mamy namiot. Dzwonimy na camping, gdzie miejsce na obóz to żaden problem. Camping znajduje się na Stogach blisko plaży. Jest to bardzo ładna część Gdańska.

3. Trójmiasto

sopotPrzyczepki i namiot zostawiamy na kempingu, a pustymi rowerami ruszamy w miasto. Przejeżdżamy mostami nad Motławą, widząc kawałek dalej zabytkowe centrum Gdańska z charakterystycznym żurawiem. Przemieszczamy się obok zabytkowego dworca oraz wieżowca Lotosu docierając piękną drogą rowerową, jakich w stolicy Pomorza jest bardzo dużo, do Galerii Bałtyckiej. Następnie klucząc po Gdańskich osiedlach dojeżdżamy do świetnej nadmorskiej ścieżki rowerowej, którą docieramy bez problemu do Sopotu. Przy molo kończy się droga rowerowa i zmuszeni jesteśmy prowadzić rowery, jest to dobre rozwiązanie, turystów jest tutaj naprawdę dużo. Pamiątkowe zdjęcie przed Grand Hotelem i zaczyna się ścieżka rowerowa, którą wjeżdżamy do pierwszych dzielnic Gdyni. Zjeżdżamy na plażę i podziwiamy piękną nadmorską panoramę Sopotu i Gdańska. Gdyni nie widać, ponieważ znajduje się za klifem. Plażą prowadzimy rowery do mola w Osowie. Jako, że w Gdyni jestem w te wakacje kolejny raz rowerem bez problemu docieramy do centrum. Oglądamy Błyskawicę i Dar Pomorza, w tle widząc piękne wieże Sky Tower. Do Sopotu wracamy o zmroku, jadąc wzdłuż głównej drogi, mijając po drodze Galerię Klif. Do Gdańska docieramy niedawno oddaną do użytku drogą rowerową. Ścieżka biegnie bulwarem nadmorskim, co jakiś czas są zjazdy do wybranych ulic jak na autostradzie. Droga robi na nas tak pozytywne wrażenie, że postanawiamy zostać w Gdańsku kolejny dzień. Gdańsk to naprawdę stolica rowerowa Polski, dużo ścieżek rowerowych i rowerzystów tworzą niepowtarzalny klimat.

4. Gdańsk

wisla_w_gadanskuZ kempingu dojeżdżamy na pobliską plaże, gdzie wypoczywamy w słońcu. Taki wypoczynek po przejechanych przez ostatnie dni kilometrach to naprawdę fajna sprawa. Plaża bardzo przyjemna, szkoda, że woda taka zimna. Chociaż większym minusem powinien być widok terminalu kontenerowego, ale mi ten krajobraz nie przeszkadza. Po leniwie spędzonym czasie ruszamy bezdrożem na Westerplatte, a następnie oglądamy fort Wisła. Zielonym mostem wjeżdżamy, a w zasadzie wprowadzamy rowery do zabytkowego centrum Gdańska. Duża liczba turystów, do tego odbywający się Jarmark Dominikański, tworzą wielki zgiełk. Zabudowa brzegu Motławy robi wrażenie, zwłaszcza gdański żuraw. Zieloną bramą wchodzimy na Długi Targ, gdzie podziwiamy Ratusz Staromiejski, Złotą Kamienicę oraz fontannę Neptuna. Chcąc pośmigać na rowerach opuszczamy bardzo ruchliwe zabytkowe centrum. Śmigamy obok wieżowców Mercure i Lotos. Ścieżką rowerową docieramy do Galerii Bałtyckiej, gdzie jemy obiad. Następnie sprawdzamy nasze rowery na drogach rowerowych, na bulwarze nadmorskim. Jeździ się tutaj genialnie. Rowery załadowane jedzeniem oraz napojami postanawiamy opróżnić na kempingu i wrócić na bulwar. Jednak życie weryfikuje nasze plany. W centrum się rozdzielamy, chcąc przejechać skrótem, kluczę w centrum ponad godzinę. Nawigację utrudnia zmrok oraz bardzo duża liczba turystów i imprezowiczów. Krążenie po mieście pozwala mi zobaczyć pomnik Poległych Stoczniowców oraz zabytki znajdujące się na Długim Targu. Po nocnej przejażdżce już nie mam siły wrócić na bulwar i zostaje na kempingu. Michał dojechał przede mną, ale wyrusza jeszcze do centrum. Ten to ma zdrowie.

5. Gdańsk - Malbork (79 km)

Tczew

na_tle_mostu_w_TczewieStogi opuszczamy nowoczesnym mostem nad Martwą Wisłą. Widząc zakaz rowerów na moście, jedziemy chodnikiem. Barierki są coraz bardziej wąskie, więc musimy prowadzić rowery. Ostatecznie przyczepki jednak się nie mieszczą i jesteśmy zmuszeni przenieść rowery nad barierkami na drogę. Gdańsk opuszczamy krajową 7, przejeżdżając obok rafinerii. Z krajówki zjeżdżamy dopiero na drogę wojewódzką 501, ponieważ wcześniejszy zjazd przegapiamy. Do Gdańska jeszcze wracamy. Nie tyle co do centrum, tylko wjeżdżamy w dzielnice Sobieszewo i Świbno. Mostem z desek przecinamy Martwą Wisłę. Po niedługim czasie dojeżdżamy do przekopu Wisły, który ma 115 lat i powstał za rządu pruskiego, tworząc wyspę Sobieszewską. Ujście rzeki to miejsce startu naszej wyprawy Wisła Tour 2010. Planowo mieliśmy wystartować ze źródła Wisły, czyli z Wisły, ale plany nagle się zmieniły, wycieczka generalnie odbyła się na tak zwanym spontanie. Prom oglądamy tylko z brzegu, ponieważ nie potrzebujemy się przeprawiać, bo ruszamy w górę lewym brzegiem Wisły. Z wyspy Sobieszewskiej zjeżdżamy przez śluzę Przegalina. Do Tczewa docieramy jadąc w zasadzie cały czas wzdłuż wału. W mieście, które obchodzi 750 lat, przejeżdżamy przez miejskie deptaki i zatrzymujemy się pod mostem przy promenadzie nad Wisłą. Michał chce wymienić ośkę w przyczepce, ponieważ boi się poważnej awarii, a ja jadę do centrum po jakiś obiad. Decyduje się na kebaby na wynos. Okazuje się, że ośki pasowały to poprzedniej przyczepki, a do tej są za małe, więc przyczepa pozostaje na zużytych ośkach. Pod wiślańskim mostem konsumujemy kebaby. Zadziwia nas kulturysta, który przechodzący obok nas rzuca w naszą stronę Smacznego. W Tczewie ludzie są naprawdę mili, dwóch gości wypytuje nas o podróż. Jeden nawet próbuje swoich sił i sprawdza jak się jeździ z przyczepką. Z Tczewa wyjeżdżamy bardzo długim nadwiślańskim mostem. Jako ciekawostkę dodam, że na jednej mapie miałem most, a na drugiej go nie było. Za mostem podziwiamy wyjątkową panoramę Tczewa. Lokalnymi drogami docieramy do Kończewic, gdzie planujemy wskoczyć w krajową 22, ponieważ zbliżają się bardzo nieciekawe chmury. Poganiająca nas aura, oraz duży ruch wpływa na nasze tempo i w Malborku jesteśmy naprawdę bardzo szybko. Zatrzymujemy się na stacji i zaczyna lać. Obsługa stacji widząc nas z przyczepkami oraz wielkie wyładowanie atmosferyczne w postaci burzy i silnego wiatru, bez problemu pozwalają nam rozbić namiot. Przeczekujemy zawieruchę w ciepły lokalu. Gdy przestaje padać rozbijamy namiot i jedziemy pustymi rowerami obejrzeć nocą zamek w Malborku oraz centrum. W mieście stołujemy się w fast foodzie.

6. Malbork - Nowe (85 km)

Sztum, Gniew

wymiana_detkiZ rana robiąc zdjęcie naszego obozowiska, spłaszam sarnę, która nocował kilkanaście metrów od naszego namiotu. Z rana dokonujemy serwisu przyczepek, dokręcamy, smarujemy itp. Michał robi prowizorkę za pomocą taśmy izolacyjnej zwiększa powierzchnie nowej ośki i już wszystko pasuje. Jak się okaże potem ta prowizorka przetrwa całą wyprawę. Ruszamy z całym ekwipunkiem podziwiać zamek i centrum, ale tym razem w świetle dziennym. Kawałek za miastem robimy sobie przerwę nad jeziorem Dąbrówka. Sztum mijamy bardzo szybko, za miastem pęka mi linka od tylnych przerzutek i jadę dalej na dwóch przerzutkach. Przy śluzie w Białej Górze zdejmuje linkę (nie wymieniam bo nie mam zapasowej), a Michał robi zdjęcia ładnego krajobrazu oraz ciekawej budowli nawodnej. W Jarzębinie Michał łapię gumę w przyczepce. Przyczyną jest kiepski stan opony, która znowu ratuje genialny wynalazek, zwany taśmą izolacyjną. Znowu jadę w tym czasie po jakieś zakupy. Wracając ze sklepu widzę Michała reperującego koło oraz kilka osób z wioski. Wypytują nas o podróż, a my dowiadujemy się dużo ciekawostek o Wiśle. Obecnie z wałów rzekę było widać prawie kilometr dalej, a w trakcie fali powodziowej była na wysokości wału w tym miejscu, gdzie staliśmy. Dosłownie szok, ile taka rzeka potrafi przybrać. Michałowi przy drugim łataniu udaje się pokonać usterkę. Miejscowi nam mówią do której jest czynny prom do Gniewu i radzą jechać wałem, bo jest szybciej. Z wału widać piękny zamek w Gniewie. Widząc tak piękną trasę zmieniamy plany i nie jedziemy do Kwidzyna. Na prom docieramy szybko, ale praktycznie na styk. Podróż promem po Wiśle robi wrażenie. W Gniewie łapie nas potężna ulewa, więc na rynku zajadamy się w pizzerii. Ulewa nie chce ustać, więc ruszamy w deszczu. Na przystanku za Gniewem się poddajemy i przeczekujemy ulewę. W końcu przestaje lać i ruszamy w nocnym krajobrazie do Nowych, gdzie rozbijamy namiot przy stacji paliw, tym razem prawie przy samej drodze, krajowej 1. Ruch nie jest aż tak duży, ponieważ niedaleko do Grudziądza biegnie autostrada A1. Nocujemy już w województwie Kujawsko-Pomorskim.

7. Nowe - Świecie (67 km)

Grudziądz, Chełmno

grudzadzW Nowych dowiadujemy się, gdzie jest sklep rowerowy. Michał kupuje dętkę i nową oponę, a ja linkę i klocki hamulcowe. Zdjęcie rynku i ruszamy w trasę. Za miastem widać piękną panoramę Nowych. Podróż utrudnia nam remontowany odcinek drogi, ale nie denerwujemy się, ponieważ piękna aleja Lipowa bardzo uspokaja człowieka. Z Dragacza widzimy panoramę Grudziądza. Następnie przejeżdżamy przez miejscowość Michale, gdzie Michał musi mieć fotę. Most na Wiśle przed Grudziądzem jest bardzo zakorkowany. Dla nas to żaden problem, wbrew pozorom rower z przyczepką też się wszędzie przeciśnie. Z mostu Grudziądz pięknie wygląda. Widok tak mnie absorbuje, że wiatr porywa mi mapę odcinka Grudziądz - Świecie. Ale na szczęście mamy pobieżny atlas Polski. Dowiadujemy się, że mają tutaj nawet tramwaje. Podziwiamy Stare Miasto. Wisła, spichrze, mury miejskie, ruiny zamku oraz brama wodna wyglądają naprawdę pięknie. Szkoda, że rynek w centrum jest w remoncie, bo też robi pozytywne wrażenie. Nad Wisłą z zespołem spichrzy w tle reperujemy nasze rowery. Michał nareszcie zmienia oponę, a ja wreszcie zakładam linkę i mogę się cieszyć 21 przerzutkami. Posilamy się fast foodem przy centrum handlowym Unia Park. Wylot z Grudziądza pozytywnie nas zaskakuje. Byliśmy przygotowani na przejazd niewielkim kawałkiem krajówki, a tymczasem do zjazdu na drogę lokalną prowadzi nas ścieżka rowerowa. Jadąc już za miastem mijamy budowę autostrady A1. Chełmno wita nas piękną panoramą. Miasto znajduje się na dziewięciu wzgórzach, także podjazd do centrum nie był lekki. W trakcie podjazdu widać most na Wiśle oraz niedaleko położone Świecie. chelmnoChełmno według mnie jest najładniejszym miastem wycieczki Wisła Tour 2010. Warto zobaczyć gotycko-renesansowy Ratusz, rynek, kościoły, ulicę Grudziądzką z bramą Grudziądzką. Zjechaliśmy jeszcze nad jezioro Starogrodzkie, gdzie podziwialiśmy miniatury polskich zamków. Z Chełmna do Świecia trzeba przejechać przez most na Wiśle, gdzie piękna panorama Chełmna powala. Dosłownie chwilka pedałowania i już jesteśmy w Świeciu. Zjeżdżamy na zamek, który trzeba zobaczyć. Okazuje się, że przed samym zamkiem znajduje się dogodny kemping. Pomimo innych planów, nocleg przy zamku przekonuje nas do rozbicia namiotu. Wieczorem, czyli niemal od razu, ruszamy pustymi rowerami do centrum. Po drodze przekoziołkowałem przez rower. Zapomniałem, że przednim hamulcem należy hamować pulsacyjnie, ale najlepiej używać tylnego, o którego serwis nie zadbałem. Wstaje, otrzepuje się i ruszamy na zakupy na kolacje. Na kempingu dokarmiamy jeszcze kota i siebie.

8. Świecie - Toruń (119 km)

Bydgoszcz, Solec Kujawski

Bydgoszcz_z_BrdyZ rana ruszam wcześniej do centrum. Podziwiam przepływającą przez miasto Wdę oraz rynek i okalające go budynki. Z Michałem spotykamy się pod sklepem i po szybkim śniadanku ruszamy w trasę. Wyjeżdżamy ze Świecia i okazuje się, że jedziemy krajową 5. Na szczęście okazuje się, że jest to droga tylko o charakterze lokalnym, a niedaleko przebiega ekspresowa S5. Po drodze mamy powtórkę, że wczorajszej rozrywki, czyli widzimy panoramę Chełmna. To miasto jest naprawdę perełką. Dzień jest bardzo wietrzny, co utrudnia nam jazdę, bo rowery skutecznie trasą prędkość. Szkoda, że nie jestem na windsurfingu, nie narzekałbym na wiatr, wręcz przeciwnie. Liczymy jak odbijemy od Wisły sytuacja się poprawi. Faktycznie po przecięciu krajowej 5, oraz przejechaniu prze kilka wsi, znajdujemy się w drodze otulonej lasem i wiatr cichnie. Bydgoszcz wita nas słońcem, piękną drogą rowerową oraz miejską panoramą. Na stadionie szykuje się mecz Zawiszy Bydgoszcz z ŁKS Łódź. Duża liczba policji poprawia nam samopoczucie, ale mimo wszystko przejeżdżamy drugą stroną ulicy, znajdującą się dalej od stadionu. W centrum jest przez to spokojniej, mijamy jedynie kibiców łódzkiego klubu. Po drodze przejeżdżamy obok Opery Nova i już znajdujemy się nad Brdą, gdzie podziwiamy samą rzekę oraz krajobraz jaki tworzy. W samym centrum wzrok cieszy Stary Rynek oraz Spichrze. Bulwarem nadrzecznym jedziemy dalej. Ścieżka dalej jest troszkę podmyta, więc wracamy na główną drogę. Następnie stołujemy się w Galerii Pomorskiej. Jedziemy dalej ulicą Fordońską, ale okazuje się, że most, którym mieliśmy pokonać rzekę, został rozebrany i jest obecnie odbudowywany. Także wracamy w stronę centrum i pokonujemy wcześniejszy most. Przemieszczając się wzdłuż rzeki wyjeżdżamy z miasta. Bydgoszcz zwiedziliśmy bardzo powierzchownie, ponieważ w mieście jeździliśmy juz na rowerach na wycieczce Tour de Bydgoszcz w 2005 roku. Ze stolicy Kujaw wyjeżdżamy o godzinie 20, a planowo mieliśmy dziś wystartować z Bydgoszczy. Idąc dalej, a raczej jadąc mamy osiągnąć Toruń. Tempo jednak mamy bardzo mocne, może to po odżywkach jakie Michał kupił w Bydgoszczy. W Solcu Kujawskim w trakcie jazdy rozmawiamy z kolarzem amatorem, od którego dowiadujemy się, że Toruń jest blisko, a do Włocławka ciężką wjechać przez mijankę. Chwilę dalej wjeżdżamy na krajową 10, którą w nocnym krajobrazie dojeżdżamy do Torunia. Przed samym miastem oraz przy stacji Toruń Główny widzimy mnóstwo policjantów, którzy są tutaj ustawieni prawdopodobnie ze względu na powrót kibiców ŁKS Łódź. Niedaleko dworca zatrzymujemy się na kempingu i finiszujemy dzisiejszy dzień.

9. Toruń

Torun_z_mostuW Toruniu postanowimy zostać jeden dzień, żeby coś zwiedzić oraz wypocząć. W miastach gdzie zostajemy dłużej postanawiamy jeździć oddzielnie, bo każdy chce spędzić inaczej czas na rowerze. Wybieram się na punkt widokowy, gdzie podziwiam panoramę Torunia. Następnie przekraczam Wisłę i wjeżdżam do centrum. Z bulwaru Filadelfijskiego oglądam Krzywą Wieżę, basztę Gołębnik, bramę Żeglarską, bramę Mostową oraz łączący te wszystkie monumenty mur miejski, który przekraczam bramą Klasztorną. Przyglądam się ponownie Krzywej Wieży, która naprawdę jest pochylona w jednym kierunku. Następnie podziwiam barokowe i gotyckie spichrze, dom Kopernika oraz kościół NMP i wjeżdżam na rynek staromiejski, gdzie warto zobaczyć kościół św. Ducha, dwór Artusa, pomnik Kopernika, statuetkę Flisaka oraz ratusz staromiejski. Dalej jeżdżę deptakami, gdzie jakimś cudem mogą poruszać się rowerzyści. W centrum zwracam jeszcze uwagę na zamek krzyżacki, kościół św. Jakuba oraz zbór ewangelicki znajdujący się na rynku nowomiejskim. W Toruniu naprawdę jest co zwiedzać. Próbuje również toruńskich pierników, które wysyłam także do rodziny. Starówkę opuszczam, żeby pojeździć po mniej znanych miejscach w mieście oraz móc w spokoju pojeździć po drogach rowerowych. Pod wieczór spotykam Michała i jedziemy znowu kupić pierniki toruńskie na kolację. Po takiej strawie nie trudno o przyjemny sen.

10. Toruń - Włocławek (Szpetal Górny) (81 km)

Ciechocinek, Nieszawa

a79f9ad6130cc6acmedZ rana przez deszcz ciągle przesuwamy godzinę wyjazdu. W końcu zmuszeni wyjechaniem przed końcem doby "hotelowej" pakujemy nasze przyczepki pod wiatą, ponieważ deszcz nadal nie ustaje. Obok nas pakuje się turysta z Wrocławia, który wakacje spędził w różnych polskich kempingach. Miasto opuszczamy krajówką, która nie jest aż tak mocno ruchliwa. Zawdzięczamy to obwodnicy Torunia. Przy węźle drogowym robimy sobie przerwę w zajeździe, gdzie pomiędzy rowerami biegają kury ze zwierzyńca. Z krajowej 1 zjeżdżamy w Otłoczynie, gdzie podczas przeprowadzania rowerów przez drogę, Michałowi odrywa się przyczepka. Na szczęście nic w pobliżu nie jechało. Michał wymienia zniszczoną sprężynę i ruszamy dalej. Do Ciechocinka jedziemy remontowaną drogą lokalną. W mieście uzdrowiskowym wdychamy zdrowe powietrze z zabytkowych tężni soli. W Ciechocinku łapie gumę, dzięki temu zostajemy w centrum podczas mocnej ulewy i jemy kurczaka z rożna. Jak deszcz słabnie ruszamy dalej, dopiero w Nieszawie pogoda się poprawia. Trzeba uważać, żeby nie wpaść do wody, ponieważ do promu zbiega stroma droga. My pozostajemy po tej stronie więc musimy pod tą górkę podjechać. Nad Wisłą różnice wysokości bywają męczące. Za miejscowością Lubanie wjeżdżamy z powrotem na krajową 1. Faktycznie tutejsza mijanka, spowodowana modernizacją drogi, jest uciążliwa, ale dla samochodów, nam ułatwia to przejazd krajówką. Za mijanką chowamy się przed ulewą w samochodzie ochroniarza budowy. Do samego centrum Włocławka jedziemy szerokim poboczem oraz potem dobrym asfaltowym chodnikiem. W środku miasta jesteśmy o zmroku, dlatego centrum zwiedzamy powierzchownie. Z Włocławka wyjeżdżamy nadwiślańskim mostem, z którego widać piękną panoramę Włocławka. Spotykamy dwóch wesołych wędkarzy, od których dowiadujemy się, że pobliska wyspa na Wiśle, jest pod ochroną i nie wolno na niej przebywać ze względu na siedlisko kormoranów. Opowiadają nam również o tamie, która uratowała Włocławek przed wielką falą. A jak rozświetla się most na zielono, mówią, że w tym roku założyli nowe oświetlenie w ramach rekompensaty podmyć. Ruszamy dalej w poszukiwaniu miejsca na nocleg. O miejsce na namiot pytamy się na stacji paliw w Szpetalu Górnym. Obsługa radzi nam spytać księdza, podobno okolica bywa tutaj nie spokojna. Po formalnościach rozbijamy się na polanie przy oratorium, a dokładniej w chaszczach, żeby namiot nie był za bardzo widoczny. Mieszkaniec okolicznego domu proponuje nam ciepły posiłek, a w czasie, gdy rozbijamy namiot jego syn z kolegą wypytują nas o wyprawę. Po złożeniu namiotu udajemy się na kolację. Z rówieśnikami długi czas rozmawiamy o Włocławku i okolicy. Okazuje się, że na stacji paliw często dresiarze szpanują swoimi furami, ale tak poza tym to jest tu spokojnie. Dowiadujemy się dużo ciekawego m.in., że dzisiaj chłopacy zdali test zawodowy w technikum informatycznym, a jeden z nich obchodzi urodziny. Wszystkiego najlepszego !!!

11. Włocławek - Czerwińsk nad Wisłą (134 km)

Dobrzyń nad Wisłą, Płock, Wyszogród

eceb054fcc907432medW nocy jedynie wiatr trochę nam przeszkadzał, ale tak poza tym noc bardzo spokojna. Z rana ruszyliśmy zobaczyć tamę nad Wisłą, przez co nadrobiliśmy trochę tej samej drogi, ale było warto. Następnie jechaliśmy drogą wojewódzką 562 aż do Płocka, ponieważ droga nie była za bardzo ruchliwa. Po drodze w Dobrzyniu nad Wisłą z punktu widokowego, gdzie dawniej znajdował się zamek, podziwialiśmy żeglarskie Mistrzostwa Polski, odbywające się na Zalewie Włocławskim, znajdującym się na Wiśle. Parę kilometrów dalej wjeżdżamy już do województwa mazowieckiego. Przejeżdżamy przez Brudzeński Park Krajobrazowy, gdzie również widzimy przystań żeglarską i odprężamy wzrok piękną naturą. Kawałek w górę Wisły wita nas Płock. W centrum miasta zobaczyliśmy stary rynek z ratuszem, plac Narutowicza z odwachem i płytą grobu nieznanego żołnierza. wzgórze nad Wisłą z dawnym zamkiem książęcym oraz bazylikę katedralną wniebowzięcia NMP. Z wzgórza roztacza się ładny widok na Wisłę i most na tej rzece. Przejeżdżamy również całą promenadę na ulicy Tumskiej. Następnie osiągamy piękny plac Obrońców Warszawy. Na most nad Wisłą wjeżdżamy tylko po to, żeby zobaczyć panoramę Płocka i rzekę. Pomimo wiatru warto wjechać i zobaczyć ten widok na własne oczy. W centrum stołujemy się fast foodem i ruszamy dalej za Płock. Na wylocie mijanka utrudnia komunikację, a my przez remont musimy ostro przyśpieszyć, żeby zdążyć przed przeciwnym ruchem. Tętno podwyższone, ale nam się udaje. Krajową 62, jedziemy aż za Słupno. Decydujemy się na drogi lokalne, ponieważ ruch staje się dla nas uciążliwy. Pomiędzy Bodzanowem a Małą Wsią łapie nas ulewa. Chronimy się pod daszkiem przystanku i korzystając z przymusowej przerwy jemy kolację. Gdy pogada się poprawia wracamy na krajową 62 i wjeżdżamy do Wyszogrodu, w którym objeżdżamy centrum i ruszamy dalej, ponieważ nie udaje się nam znaleźć dogodnego miejsca na nocleg, a to oznacza, że nie jesteśmy zmęczeni. Po ciemku, nic nie widząc jedziemy, na szczęście tylni lampka i kamizelki odblaskowe mamy. Przedniej lampki nie posiadaliśmy, bo moja była rozładowana, a Michałowi jedna się zgubiła w Toruniu na nierównych drogach i wysokich krawężnikach, a druga coś szwankowała. Jednak do Czerwińska nad Wisłą dajemy radę dojechać. Operator stacji LPG radzi nam rozbić namiotu u księdza. W sumie dobry pomysł, w końcu w Czerwińsku nad Wisłą znajduje się znane opactwo Kanoników Regularnych. Proboszcz zezwala nam na obozowisko na polanie, ale żałuje, że nie zapowiedzieliśmy swojej wizyty.

12. Czerwińsk nad Wisłą - Warszawa Wola (84 km)

Zakroczym, Nowy Dwór Mazowiecki

ModlinZ rana obudziły nas kościelne dzwony, a wyjeżdżając obok kościoła mijaliśmy dużo ludzi idących na mszę oraz wracających z niej. W niedzielę taki widok nikogo nie dziwi. Krajową 62 jechaliśmy aż do Zakroczymia, gdzie przecięliśmy drogę ekspresową S7. Już jesteśmy w Nowym Dworze Mazowieckim, a dokładniej wjeżdżamy do Twierdzy Modlin. W mieście znajduje się sporo zabudowań powojskowych. Jednak funkcjonuje tutaj nadal archiwum wojskowe. Wchodzimy na wieżę widokową z której roztacza się widok na zabytkowy spichrz nad Wisłą, mosty nad Wisłą i nad Narwią oraz na Warszawę. Pałac Kultury, biurowce i wieżowce robią wrażenie. Na wieży od mieszkańca dowiadujemy się, że Warszawa nie jest przyjazna rowerom. Opowiada, że jak kiedyś uprawiał kolarstwo ruch był minimalny i było o niebo bezpieczniej. Na dole kustosz zaprasza nas, żebyśmy kiedyś odwiedzili pobliskie twierdze i okolice, on może bez problemu nas oprowadzić. Wymieniamy się wizytówkami i ruszamy dalej do centrum Nowego Dworu Mazowieckiego. W mieście kończy się akurat wyścig kolarski, mamy okazję obejrzeć finisz najlepszych zawodników. Szkoda, że nie startowaliśmy z przyczepkami byłoby ciekawie, a dodatkowo dostalibyśmy bony na jedzenie. Tak to musieliśmy posilić się fast foodem. Za miastem dochodzi do małej sprzeczki między nami. W sumie prawie dwa tygodnie w podróży robią swoje. Warunki na drodze są nam bardziej przychylne i do drogi krajowej 61, mamy dobry ciąg pieszo rowerowy. W Jabłonnej wjeżdżamy w leśną ścieżkę, którą kierujemy się do Warszawy. Od przejeżdżającej na rowerze mieszkanki dowiadujemy się, że jesteśmy już w Warszawie, a dokładniej w Choszczówce. Przez Tarchomin i Białołękę dojeżdżamy na Żerań, gdzie widzimy Fabrykę Samochodów Osobowych. Kierowca autobusu nie umie nam wytłumaczyć jak dojechać rowerem z przyczepką na Wolę, na tak nietypowym pojeździe to nie takie proste. Wisłę przecinamy mostem Gdańskim. Skąd bez większych problemów trafiamy na kemping, znajdujący się na Woli. Do celu dojeżdżamy jadąc trochę chodnikami, drogami oraz ścieżkami rowerowymi. Tym ostatnim niestety przemieszczamy się najmniej jak to w miastach się zdarza. Nocą robimy jeszcze tourne po Warszawie. Po zmroku wrażenie robią biurowce przy rondzie ONZ, Pałac Kultury, most Świętokrzyski, budowany Stadion Narodowy na Euro 2012, Katedra na Pradze, panorama centrum z prawego brzegu Wisły. Po takim objeździe dojeżdżam na rynek z pięknym pomnikiem syrenki, następnie podziwiam w szacie nocnej Zamek Królewski oraz kolumnę Zygmunta III Wazy i już jestem na Krakowskim Przedmieściu, bardzo przyjemny warszawski deptak, szkoda, że nadal toczy się spór o krzyż. Starając się nie myśleć o tym motłochu przyglądam się pałacowi prezydenckiemu. Po nocnym objeździe w centrum spotykam się z Michałem i wracamy na kemping.

13. Warszawa

palac_kultZ rana ruszam przez rondo ONZ na punkt widokowy znajdujący się na XXX piętrze Pałacu Kultury. Z góry roztacza się niepowtarzalny widok na całą Warszawę i okoliczne miejscowości. Jest to miejsce, gdzie musimy wejść, a konkretniej wjechać windą. Zjeżdżam dalej, siadam na rower, jadę przez ogród Saski, plac Piłsudzkiego, obok pomniku Nike i pomniku Poległych i Pomordowanych na Wschodzie i docieram na most Gdański. Następnie oglądam fort legionów i dojeżdżam na rynek Nowego Miasta. Dalej podziwiam liczne kościoły, barbakan, Stary Rynek, Zamek Królewski oraz kolumnę Zygmunta III Wazy. Z placu Zamkowego pięknie prezentuje się budowa Stadionu Narodowego. Krakowskie Przedmieście tym razem widzę w świetle dziennym. Dojeżdżam do alej Jerozolimskich, gdzie rośnie jedyna palma w centrum Warszawy. Przejeżdżając przez plac Trzech Krzyży osiągam Kancelarię Prezydenta RP, a następnie Sejm i Senat RP. Jadąc dalej Traktem Królewskim, dojeżdżam do Zamku Ujazdowskiego. Drogą rowerową udaję się do Parku Łazienkowskiego. Największe wrażenie robią na mnie pomnik Fryderyka Chopina oraz Pałac na Wyspie. Z Łazienek pod Zamek Królewski jadę szlakiem rowerowym. Czasami zamienia się w ciąg pieszo rowerowy, miejscami lubi się kończyć i zaraz zaczynać, ale jedzie mi się nim przyjemnie. Dalej jadę bulwarem nadwiślanym w dół Wisły. Natrafiam na serwis rowerowy i zostawiam rower, ponieważ tylna piasta strasznie mocno lata, a ja nie mam czym jej dokręcić. Z serwisu wracam pieszo do domu, ale nie od razu. Idę wzdłuż Wybrzeża Gdańskiego, docierając do mostu Śląsko-Dąbrowskiego. Dalej przez plac Zamkowy dochodzę pod Pałac Kultury, żeby dostać się do Złotych Tarasów, które architektonicznie robią ogromne wrażenie. Późny obiad w Złotych Tarasach i wychodzę z centrum handlowego o zmroku. Mijam rondo ONZ, przyśpieszam krok podczas goniącego mnie deszczu i osiągam kemping.

14. Warszawa

palac_prezydenckiWstaje, a rower w serwisie, nie chce powtarzać wczorajszego miasta i wszędzie chodzić pieszo, więc częściowo nastawiam się na komunikację miejską. Tramwajem z pętli dojeżdżam na Dworzec Gdański, następnie wsiadam w metro i jadę trzy przystanki i wysiadam w Centrum. Metro bardzo ładne, szkoda, że tylko jedna nitka. Budują drugą, ale to i tak tylko namiastka kolei podziemnej. Stamtąd pomimo nie sprzyjającej aury przechodzę całe Krakowskie Przedmieście i znowu cieszę wzrok placem Zamkowym. Stąd udaję się bulwarem do serwisu i odbieram rower. Nareszcie na dwóch kółkach. Dziś pomimo deszczowej pogody planuje jeszcze objechać Wisłę dookoła i zobaczyć wszystkie warszawskie nadwiślańskie mosty. Trasę zaczynam standardowo z mostu Gdańskiego jadąc lewym brzegiem Wisły. Potem przejeżdżam pod mostem Śląsko-Dąbrowskim i dojeżdżam w miejsce budowy Centrum Nauki Kopernik. Inwestycja znajduje się przy samym moście Świętokrzyskim. Za mostem widzę pomnik warszawskiej Syrenki. Kolejnym przeprawą przez rzekę na trasie jest most kolejowy, a już kawałek dalej wypoczywam od deszczu pod mostem Piłsudzkiego. Deszcz cały czas pada, a ja tylko w bluzie i nie chce mi się wracać do "domu" po coś przeciwdeszczowego. Po drugiej stronie przed mostem znajduje się Stadion Narodowy. Dalej przejeżdżam koło pomniku Płyta Desantu oraz przez śluzę, za którą znajduje się pomnik Chwała Saperom i jestem przy moście Łazienkowskim. Już widzę dobraną nadwiślańską parę Chudego Wojtka i Grubą Kaśkę. Przy wodociągach droga jest ogrodzona i muszę odbić do ulicy Czerniakowskiej. Po dłuższym czasie dojeżdżam na ostatni most leżący na południu Warszawy. Jest to trasa Siekierkowska, z której widać panoramę centrum, które jest już stosunkowo daleko. Teraz jadę prawym brzegiem Wisły, wjeżdżając na wszystkie mosty pod którymi dziś przejeżdżałem. Wzdłuż brzegu do mostu Gdańskiego jadę w większości drogami rowerowymi. Następnie drogą ułożoną z płyt dojeżdżam do ostatniego mostu na północy, czyli mostu generała Stefana Grota-Roweckiego. Do mostu Gdańskiego wracam już lewym brzegiem jadąc drogą rowerową. Potem udaję się do Złotych Tarasów, gdzie jemy z Michałem późny obiad. Na kemping dojeżdżam cały przemoczony. Na noc gorący prysznic i w kimono.

15. Warszawa

Pierwszy września, czyli szkoło witaj. My dalej na wyciecze, napiszę więcej dalej w Warszawie, z powodu deszczu decydujemy się zostać w stolicy. Michał oddaje rower do serwisu, bo jego piasta w tylnej feldze już nie daje rady. Odbiór dopiero jutro, więc kolejnego dnia również zostajemy w Warszawie. Ze względu na brzydką pogodę cały dzień spędzamy w Pizza Hut na promocji festiwal makaronów, czyli płacisz 22 zł i jesz ile chcesz. Czyli dzień pełen luz i wypoczynek, a nocą na campingu zająłem się serwisem roweru.

16. Warszawa

71ad96e3e7ecbe0amedNareszcie w stolicy budzi mnie słońce. To trzeba jakąś atrakcyjną trasę zrobić. Planuje większość drogi przejechać ścieżkami rowerowymi, ponieważ dysponuje mapą rowerową jestem w stanie to bez problemu osiągnąć. Udaję się na Okęcie i oglądam Port Lotniczy im Fryderyka Chopina. Największe lotnisko w Polsce robi wrażenie. Następnym punktem na trasie jest Pałac w Wilanowie. Bardzo piękny, ale ze względu na renowację zwiedzanie jest bardzo utrudnione. W ogrodach przy pałacu dowiaduje się ile wody było w poszczególnych latach przed zbudowaniem wału nad Wisłą. Najwięcej wody w Pałacu Wilanowskim było w 1813 roku. Poziom wody był dwa razy wyższy ode mnie. Masakra. Szlakiem rowerowym dojeżdżam pod Belweder, a następnie do Parku Łazienkowskiego. Tym razem dokładniej zwiedzam Pałac na Wyspie. Trochę dalej spotkałem człowieka, który na przyczepkach i na rowerach zna się jak mało kto. Jest znany z udziału w masach krytycznych swoim motorowerem z potężną przyczepką. Sprzęt zrobił na mnie wrażenie, więc dogłębnie wypytałem o sprawy techniczne. Następnie udałem się przez park Ujazdowski, plac Trzech Krzyży, koło palmy, przez Krakowskie Przedmieście, plac Zamkowy na przystanek metro Ratusz Arsenał, gdzie z Michałem zjedliśmy obiad. On w Pizza Hut, a ja obok w fast foodzie. Standardowo później udałem się na plac Zamkowy. Dalej jeździłem po parku J. Piłsudzkiego oraz po Polach Mokotowskim. Później dojechałem prawie pod kemping i zrobiłem jeszcze jedną peltę po centrum, tylko w scenerii nocnej.

17. Warszawa - Dęblin (146 km)

Konstancin-Jeziorna, Góra Kalwaria, Kozienice

przedawkowanie_roweruCałe cztery dni spędziliśmy w stolicy, także czas ruszać w drogę. Z Michałem mieliśmy wyjechać razem, ale już przy al. Prymasa Tysiąclecia się pogubiliśmy. On pojechał przez centrum, a ja ominąłem centrum jadąc w większości ścieżkami rowerowymi. Znowu przejechałem przez Pola Mokotowskie, bo bardzo mi się spodobały. Za Belwederem dałem do serwisu rower, ponieważ łożysko przy korbie się zużyło. Naprawa usterki zajęła serwisantowi 20 minut, a ja w tym czasie zjadłem śniadanie. Nadal coś hałasowało w rowerze, ale nie miałem pojęcia co to. Jak się okaże w Kazimierzu Dolnym z rana nagle ucichnie i będzie wszystko w porządku, a w Krakowie znowu zacznie być uciążliwe akustycznie. Z Michałem spotkaliśmy się w Wilanowie. Dojechaliśmy niemalże równo. Michał rozmawiał z rowerzystą informatykiem, okazało się, że też by z nami pojechał, bo nie ma z kim jeździć, ale jutro kończy urlop. Poradził nam wyjechać drogą biegnącą obok ulicy Przyczółkowej. Ja powiedział tak zrobiliśmy. Wylot Warszawy był strasznie zakorkowany, ale my z przyczepkami jakoś się przecisnęliśmy. Przed miejscowością Konstancin-Jeziorna złapał nas deszcz, schowaliśmy się pod przystankiem. W ogóle dzisiejszy dzień był w kratkę. Raz deszcz, raz słońce. Raz gorąco, raz zimno. Konstancin-Jeziorna strasznie nam się nie spodobała. Nazywana najbogatszą dzielnicą Warszawską, ale kiepski stan dróg, chodników, duży ruch i brak ścieżek rowerowych kazał nam jak najszybciej opuścić to miejsce. Następnym miastem na trasie była Góra Kalwaria przez, którą świsnęliśmy. Potem zjechaliśmy do Czerska, żeby zobaczyć Zamek Książąt Mazowieckich. Udało nam się wejść płacąc za jedną osobę. Przyznam, że warto tu wejść zarówno zamek, jak i widoki z wież są piękne. Michał wypatrzył nawet w oddali widoczny Pałac Kultury. Patrząc w drugą stronę było widać nas dzisiejszy cel, czyli elektrownie Kozienice. Przy drodze krajowej 79, zjedliśmy na obiad po kiełbasie z grilla z dodatkami oraz parę kilometrów dalej posililiśmy się jabłkami z sadu. Oczywiście kupiliśmy je od przydrożnych sprzedawców, sady są często ogrodzone, więc na dziko ciężko skosztować jabłko. Trzeba przyznać, że jabłka mają tu naprawdę pyszne. Przed przejazdem przez Pilicę doszło do drobnej kraksy. Michał się zagapił i wjechał we mnie. Na szczęście nic poważnego się nie stało. Lekkie otarcia i wygięty hak pozwoliły nam chwilę później jechać dalej. Dopiero w nocy byliśmy przy kominach elektrowni Kozienice. Kawałek dalej wjechaliśmy do samego miasta. Wychodząc ze sklepu spotkaliśmy gościa, który mijał nas samochodem. Pochwalił nas za dobrą widoczność na drodze. Okazał się mieszkańcem Warszawy, a do Kozienic przywiózł swoją teściową i teraz wraca. Już przed Kozienicami szukaliśmy noclegu, ale nic sensownego nie mogliśmy znaleźć. Drogą Krajową 48 dojechaliśmy prawie do samego Dęblina, bo dopiero w Opactwie znaleźliśmy dogodne miejsce na nocleg. Obsługa stacji paliw pozwoliła nam rozbić namiot. Jednak nie zdążyliśmy rozbić namiotu i zaproponowali nam przenocowanie pod dachem. Zaprowadziliśmy rowery z ekwipunkiem do gospodarstwa i spaliśmy w dawnej dystrybutorni, gdzie ważono buraki do cukrowni. Jednak fabrykę zamknęli i wszystko padło. Od bardzo miłego chłopa, który ugościł nas w nietypowym miejscu jeszcze dużo ciekawego się dowiedzieliśmy.

18. Dęblin - Kazimierz Dolny (50 km)

Puławy

michal_i_kazimierzPobudka i ruszamy w trasę. Po niedługim czasie przekraczamy Wisłę i wjeżdżamy do województwa Lubelskiego. W Dęblinie dowiadujemy się, że sytuacja u góry Wisły może być nieciekawa. Mimo wszystko po objeździe przez Dęblin ruszamy dalej. Na moście nad Wieprzem spotykamy dwóch turystów na rowerach, którzy jadą z Dęblina do Kazimierza Dolnego. Do Dęblina przyjechali pociągiem. My również jedziemy do Kazimierza. Mamy nadzieję, ze jeszcze spotkamy, bo my robimy sobie przerwę, a oni jadą dalej. Dalej jedziemy drogą wzdłuż Wisły, dolina rzeki na tym odcinku jest piękna. W miejscowości Gołąb widzimy znaki z napisem "Muzeum nietypowych rowerów". Bez zastanowienia zjeżdżamy z trasy. O muzeum słyszeliśmy już wcześniej w telewizji i czytaliśmy w miesięczniku Rowertour. Eksponaty, czyli nietypowe rowery oglądamy i jeździmy na nich razem z pięcioosobową rodziną. Widzimy rowery napędzane na pasek, z korbami pedałów w przedniej piaście oraz na wałkach. Mamy okazję jeździć na nietypowej hulajnodze, rowerem, w którym człowiek czuje się jakby jechał po bardzo nierównej powierzchni, rowerem transportowym oraz specjalnym urządzeniem do fitnessu. Uczymy się jeździć również na steperze składającym się z dwóch kół, także jazda na nim to jak popis cyrkowy, ale parę metrów udaje się przejechać po kilkunastu próbach. Nauki jazdy na rowerze poziomym nie możemy uznać za owocną, ale ważne, ze się odważyliśmy, natomiast monocykl zostawiamy na później. Tandemem i rikszą miałem okazję przejechać się razem z Michałem. Na końcu mieliśmy okazję porozmawiać z prezenterką TVP Lublin. Kustosz muzeum okazał się dla nas bardzo miły i pobrał od nas minimalną opłatę. Poza tym, dowiedzieliśmy się, że podróżował kiedyś na rowerach poziomych i jest zapaleńcem rowerów, co od razu widać. W muzeum spędziliśmy ponad 2 godziny, także dojeżdżając do Puław mamy mało czasu na zwiedzanie. W Tesco jemy bardzo tanio obiad, a w centrum oglądamy pałac Czartoryskich. Z miasta wyjeżdżamy piękną drogą rowerową, gdzie prowadzę jeden z najkrótszych dialogów w życiu. Babka mnie pyta: - Gdzie można kupić taką przyczepkę ?, a ja odpowiadam: - Na Allegro. Po niedługiej trasie już jesteśmy w Kazimierzu Dolnym. Do centrum miasteczka wjeżdżamy nadwiślańskim bulwarem. Rozmawiamy z kolejnym rowerzystą, którego interesują przyczepki. Opowiada również jak kiedyś sam podróżował po kraju. Poziom rzeki jest faktycznie wysoki. Na rynku robimy sobie przerwę i wchodzimy bez rowerów na Górę Krzyżową. Widok na ryneczek miejski jest przepiękny, a do tego zachód słońca. Na rynku spotykamy dwóch rowerzystów z Warszawy, którymi rozmawialiśmy już nad Wieprzem. Postanawiamy razem rozbić obóz gdzieś na dziko, póki jeszcze jest widno. Jedziemy dalej wzdłuż Wisły. Za zjazdem na prom, który nie kursuje z powodu wysokiego poziomu rzeki, skręcamy odbijając od rzeki i podjeżdżamy pod górę tak ostrą, że zaraz zaczynamy prowadzić rowery. Dogodne miejsce na rozbicie namiotu znajdujemy za drzewami w kamieniołomie. Wbrew pozorom przy rozbijaniu namiotów wbijanie śledzi nie jest trudne. Turyści rowerowi częstują nas drinkiem, żeby łatwiej było rozbić namioty. Michał nocą jedzie jeszcze zwiedzać Kazimierz, a my zasypiamy w namiotach.

19. Kazimierz Dolny - Tarnobrzeg (129 km)

Opole Lubelskie, Annopol, Zawichost, Sandomierz

sandomierz3Z rana żegnamy się z kolarzami i zjeżdżamy z góry, gdzie rozbiliśmy namiot. Nad rzeką zauważamy, że przez noc Wisła przybrała. Wcześniej woda była za znakiem, a teraz znak był do połowy zanurzony w wodzie. Bulwarem dojeżdżamy na rynek, gdzie jemy śniadanie i od profesora jednej z lubelskich uczelni dowiadujemy się, że rzeka tutaj przybrała 2 metry w ciągu nocy. Najlepsze jest to, ze z rana tylko lekko padało, więc to fala z góry Wisły. Dowiadujemy się również, że lepiej jechać przez Opole Lubelskie, bo gmina Wilków po powodzi jest jeszcze nie przejezdna. Stosujemy się do tej rady i wyjeżdżamy z Kazimierza oraz dojeżdżamy do drogi wojewódzkie 824. Szybko osiągamy Opole Lubelskie, gdzie mam dalszą rodzinę, ale nie chcemy wpadać w gości na 5 minut, więc jedziemy dalej. Do Annopola również dojeżdżamy ekspresowo. Kupujemy prowiant, który konsumujemy nad Wisłą na granicy województw Lubelskiego i Świętokrzyskiego. Po posiłku skręcamy w szczęśliwą drogę 777, którą dojeżdżamy przez Zawichost do Sandomierza. Przed miastem mieliśmy strasznie ciężki podjazd do pokonania, ale za to po wjeździe mieliśmy widok na piękną panoramę okolicy. Na starówkę Sandomierza musieliśmy pokonać kolejny podjazd. W centrum miasta trafiliśmy akurat na koncert Peji. Przez bramę Opatowską wjeżdżamy na rynek i podziwiamy zabytkowy ratusz. Prowadzimy bardzo wesołą rozmowę z dwoma młodymi gośćmi. Żartobliwie nazywają nas fanami Peji, którzy za nim jeżdżą po całej Polsce oraz podejrzewają nas o transport narkotyków w przyczepkach. Pozytywnie nastrojeni podziwiamy stare miasto i dojeżdżamy do Zamku, z przed którego mamy widok na Wisłę. Po powodzi wybrzeże im. marszałka Piłsudzkiego jest nadal zalane. Z centrum zjeżdżamy w dół, a następnie wjeżdżamy na most, z którego oglądamy panoramę Sandomierza. Na wylocie miasta stołujemy się fast foodemy i ruszamy dalej. Wjeżdżamy dziś do kolejnego województwa, tym razem do Podkarpackiego. Od razu wita nas Tarnobrzeg. Dziesięć kilometrów przed centrum, ale w pierwszych dzielnicach rozbijamy namiot przy stacji. Przed snem rozmawiamy jeszcze z dwoma mieszkańcami. Jednemu z nich w tym roku dwa razy woda przekroczyła wysokość 1,2 metra w domu. Opowiadają również, że wał pękł na długości kilku metrów i pomagali nosić worki z piaskiem, a łącznie fal powodziowych było w tym roku na Wiśle aż pięć. W nocy, jak jeszcze nie spaliśmy straż graniczna dla żartów rzuciła przez megafon: "Pobudka".

20. Tarnobrzeg - Wyszogród (131 km)

Baranów Sandomierski, Szczucin

Pawel__gmina_Baranow_SandomierskiTarnobrzeg to prawdziwe blokowisko, miasto niezbyt ładne do zwiedzania. Wczoraj w mieście odbywały się Dni Tarnobrzega, dzisiaj widzimy jak składane są scena i różne akcesoria wesołego miasteczka nad Wisłą. W mieście spędzamy czas poszukując bankomatu. Kluczyliśmy po mieście i popytaliśmy trochę ludzi i w końcu trafiliśmy. Okazało się, że odpowiedni bankomat znajduje się przy najwyższym budynku w mieście, czyli przy sądzie. Z Tarnobrzegu wylatujemy bardzo dobrą drogą rowerową, która biegnie obok porządnej dwupasmowej drogi oddzielonej pasem zieleni. Mijamy jeszcze byłą kopalnię siarki, która obecnie jest zalana wodą, aby wpłynąć na poprawę krajobrazu. A po drugiej stronie wału znajduje się Wisła. Przejeżdżamy przez budowę węzła drogi wojewódzkie, którą jedziemy z krajową 9. Z wiaduktu nad główną widać most na Wiśle. Następuje zmiana planów, ponieważ mieliśmy przejechać Wisłę mostem i zobaczyć miejscowości Osiek i Połaniec, ale decydujemy się jechać dalej bardzo ruchliwą drogą, ale potem zjeżdżamy w drogę lokalną i już jesteśmy w Baranowie Sandomierskim, gdzie robimy przerwę na zwiedzenie zamku. Rozmawiamy z kierowcą busa, który wczoraj nas widział. Okazuje się, że zobaczył nas w Kazimierzu Dolnym. Poruszamy różne ciekawe tematy. Za Zadusznikami robimy sobie przerwę nad mostem kolejowym. Jadąc dalej drogami wzdłuż Wisły przecinamy Wisłokę. W tym rejonie występują tereny zalewowe. Miejscami widać wodę przy drodze, a w jednym miejscu droga jest podtopiona. Dalej wjeżdżamy do województwa Małopolskiego. Następnie według mapy wjeżdżamy do wsi Szczucin, ale okazuje się, że od 2009 Szczucin jest miastem. Bardzo ciekawa nazwa, zwłaszcza, że wystarczy zmienić jedną literę i będzie to miasto w którym studiujemy. W Szczucinie stosujemy wczorajszą taktykę z Annopola, kupujemy prowiant w sklepie i jemy go nad Wisłą, tym razem na granicy województw Małopolskiego i Świętokrzyskiego. W trakcie posiłku oglądamy strażaków wypompowujących wodę z jednej posesji. Mój aparat siada, ale na szczęście pozostaje jeszcze sprzęt Michała. Lokalnymi drogami dojeżdżamy do Nowego Korczyna. Mgła, zmrok i stosunkowo duży ruch na drodze krajowej 79 utrudnia nam podróż. Za Opatowcem, gdzie do Wisły z drugiej strony wpada Dunajec, w Wyszogrodzie zatrzymujemy się na stacji i rozbijamy namiot. Bardzo mili chłopacy z obsługi poczęstowali nas herbatą oraz doładowali nam sprzęt, ale co najważniejsze ciekawie się rozmawiało.

21.Wyszogród - Kraków (103 km)

Niepołomice

Wawel_nocaMglisty poranek, tego jeszcze nie grali. Krajową 79 ponownie wjeżdżamy do województwa Małopolskiego i od razu w Piotrowicach skręcamy w drogę lokalną. Bocznymi drogami dojeżdżamy w Sokołowicach do wojewódzkiej drogi, którą dojeżdżamy do Szczurowej. Po drodze mijamy Wisłę, która jest bardzo szeroka i za nic ma swoje koryto. Co ciekawe, gmina Szczurowa całkiem niedługo będzie miała obwodnice. Ruch może nie jest aż tak wielki, ale dobrze, że się myśli o każdym rejonie. Drogą wojewódzką 964 ze Szczurowej jedziemy aż do Niepołomic. W trasie zauważamy zniszczony most, który został podmyty przez wodę. Woda to jest jednak żywioł. Za Ujściem Solnym przecinamy rzekę Raba. Niepołomice witają nas słoneczną pogodą, a mgłą gwałtownie znika. W centrum zwiedzamy zamek renesansowy. Rynek miejski jest remontowany, więc nie możemy na nim wypocząć. Skręcając na kopiec Grunwaldzki gubię Michała i spotkamy się dopiero nad Wisłą za Wawelem. Z kopca roztacza się piękny widok na podkrakowskie fabryki. Dalej jadę wojewódzką 964, którą przejeżdżam pod autostradą A4 i dojeżdżam do Zakrzewa, żeby skręcić w drogę lokalną, która doprowadzi mnie do stolicy Małopolski. Droga ta jest w wyjątkowo kiepskim stanie. Na obrzeżach Krakowa kolejny raz przecinam autostradę A4 i wjeżdżam w dzielnicę Bieżanów. Do centrum wjeżdżam ulicą Kamieńskiego, dalej kieruję się ulicą Konopnickiej na bulwar Wołyński i podziwiam Wawel. Potem odbijam na most Zwierzyniecki, z którego jadę lewym brzegiem wzdłuż Wisły prosto do kempingu Smok, gdzie się kwateruję, zostawiam przyczepkę i ruszam pustym rowerem w miasto. Robię przejażdżkę po bulwarze nadwiślańskim, starym rynku i na Wawelu czekam na Michała. Robi się chłodniej, więc jadę po bluzę na kemping i odbieram Michała z bulwaru. Okazuje się, że hak mu się rozleciał w przerzutkach. Wpadamy na pomysł, że ja zawożę jego przyczepkę na kemping, a on prowadzi pusty rower. Jak już wracam pustym rowerem Michał jest prawie przy samym kempingu, podobno rozwinął 20 km/h odpychając się jak na hulajnodze. Nocą jeszcze jadę do Tesco kupić coś na kolację, a Michał w tym czasie rozkłada namiot. Trochę mi zajęła wyprawa na zakupy, ponieważ trochę drogę pokręciłem. Dodam, że jadąc do Tesco opanowałem jazdę bez trzymania kierownicy. Prawdopodobnie zawdzięczam to muzeum nietypowych rowerów w Gołębiu. Na koniec dnia mało pozytywne zakończenie, gdyż pod prysznicem jest zimna woda, ale cóż wykąpać się trzeba. Brr.

22. Kraków

Wawel_za_mostemZ rana niespodziewanie rower znowu zaczyna hałasować, jest to prawdopodobnie zużyty pedał, ale do końca wycieczki coraz bliżej, więc się nie przejmuje. Z rana na szczęście woda jest już ciepła pod prysznicem. Po kąpieli ruszam rowerem nad Wisłę. Przejeżdżam mostem Zwierzynieckim i prawym brzegiem jadę w górę rzeki. Dojeżdżam przyjemnym bulwarem do Trasy Pychowickiej, gdzie osiągam 73 kilometr Wisły, gdzie zawracam i jadę bulwarem w stronę centrum. Za mostem Zwierzynieckim, osiągam most Dębnicki, potem most Grunwaldzki, most Piłsudzkiego, nową kładkę dla pieszych na Wiśle, przy tym cały czas podziwiam zabytki i widoki otaczające rzekę. Przed kładką zjeżdżam na Podgórze. Na rynku Podgórskim przed kościołem św. Józefa jem śniadanie. Następnie wracam na bulwar Podolski za kładkę dla pieszych. przejeżdżam pod mostem Powstańców Śląskich, a następnie mijam most kolejowy. Dalej dojeżdżam do mostu Kotlarskiego, który najbardziej mi się podoba. Z brzegu widzę Galerię Kazimierz i jedyny wyższy nowoczesny biurowiec w Krakowie. Kolejnym mostem znowu jest most kolejowy, potem dojeżdżam do stopnia wodnego Dąbie. Ulicą Nowohucką przemieszczam się do mostu Nowohuckiego, z którego widzę elektrociepłownię. Jest to ostatni most na mojej trasie. W Krakowie nie widziałem tylko mostu Wandy i dwóch przepraw przez rzekę w ciągu autostrady A4. Od Wisły odbijam na Nową Hutę. Na Plac Centralny dojeżdżam drogami rowerowymi. Zabudowa Nowej Huty robi naprawdę wrażenie, wszystkie drogi, chodniki są tutaj szerokie. Sporo miejsca dla każdego. Budynki proste i równe. Idealne miejsce do mieszkania. Nowa Huta posiada swój specyficzny komunistyczny klimat. Podoba mi się również okoliczny park z Zalewem Nowohuckim. Jadę dalej w stronę huty im. Tadeusza Sendzimira w poszukiwaniu kopca Wandy. Nie mogąc znaleźć kopca poddaję się i zawracam, jednak zauważam znak nakierowujący mnie na cel, który wcześniej przegapiłem. Wchodzę na kopiec Wandy i widzę za chmurami zabudowę Krakowa. Wracam nad Wisłę do mostu Nowohuckiego i po drodze ponownie mijam Plac Centralny. Tym razem staram się jechać lewą stroną Wisły. Do okolicy Dąbia udaje mi się to osiągnąć, potem jednak zbaczam i wracam nad Wisłę dopiero na wysokości mostu Kotlarskiego. Lewym brzegiem jadę do mostu Powstańców Śląskich, którym przekraczam Wisłę i kieruję się do fabryki Schindlera, a następnie na kopiec Krakusa. Na tym kopcu jestem kolejny raz, ale nie żałuje, że wspiąłem się na niego ponownie. Widok na Kraków, starówkę, kamieniołom jest porażający. Po tym pięknym widoku wracam na bulwar Kurlandzki i jadę na wzgórze Wawelskie. Wchodzę na Wawel, podziwiam wszystkie zabytki oraz nadwiślańską panoramę. Następnie jeżdżę rowerem po Kazimierzu, gdzie podziwiam najpiękniejsze miejsca tej żydowskiej dzielnicy. Kolejnymi punktami na mojej trasie są mały Rynek, brama Floriańska, Barbakan oraz Planty otaczające całe Stare Miasto. Po całym dniu zwiedzania jadę coś przekąsić do niedaleko położonej Galerii Krakowskiej. Potem spotykam się z Michałem i jedziemy do Galerii Kazimierz, gdzie Michał siada w Pizza Hut i korzysta ze znanej promocji, a ja poszukuje kafejki internetowej, żeby znaleźć dogodne połączenie pociągiem z Wisły do Piły. W informacji turystycznej dowiaduje się, gdzie znajdę takową i wszystkie dogodne połączenia już mam wydrukowane. Wybieram się na Jasne Błonia, żeby wypoczynkowym tempem pokręcić się rowerem po ścieżce rowerowej. Po objechaniu praktycznie całej pętli dostaje szokujący telefon, Michał informuje mnie, że ukradli mu rower. Najlepsze, że cały czas jadł w ogródku na dworze (po krakowsku: na polu), a rower znikł jak poszedł skorzystać z toalety. Pojechałem pod Galerię Kazimierz i przywitałem się z policjantami na tym moja rola się skończyła. Michał pojechał z policjantami i dalej to już wiem tylko co się stało z opowieści kuzyna. Podobno od razu wiedzieli kto to jak usłyszeli, że to rower unibike z przed centrum handlowego. Rower odzyskali, ale do odbioru miał być dopiero jutro po 11, ponieważ ma posłużyć jako materiał dowodowy. Najważniejsze, że rower się znalazł. Na kemping Michał wrócił dopiero o 2 w nocy. Ja w czasie jak Michał brał udział w akcji, to ja zjadłem kebaba na starówce, a następnie pojechałem na dworzec sprawdzić połączenia koleją Krakowa z Piłą, bo jeszcze nie wiedziałem, że rower się znalazł. Potem zjechałem do naszej bazy.

23. Kraków - Piła(Wałcz) (Pociągiem)

Z rana zadecydowaliśmy, ze wracamy do Piły z Krakowa, ponieważ po pierwsze musielibyśmy późno wyjechać w trasę, po drugie jesteśmy już ponad 3 tygodnie w trasie i trzeba powoli wracać bo studenckie terminy wzywają, a po trzecie z Krakowa mamy takie dobre połączenie, aż nie chce się dalej jechać. Michał pojechał komunikacją miejską na Komisariat Policji, a ja w tym czasie miałem dotransportować dwie przyczepki pod komisariat. Wsiadając na rower zauważyłem brak powietrza w przednim kole, więc dodatkowo wymieniłem dętkę. Także z Michała przyczepką pojechałem do centrum, następnie wzdłuż plant, a wokół starego miasta dojechałem pod komisariat na ulicy Lubicz. Zostawiłem przyczepkę i ruszyłem z powrotem na kemping, aby zabrać swoją przyczepkę i znowu dojechać pod komisariat. Tam troszkę czekałem na Michała, aż załatwi wszystkie formalności i ruszyliśmy na dworzec. Sprawdzony plan - najpierw sprawdzamy peron, potem ustawiamy rowery w odpowiednim miejscu, a potem dopiero zakup prowiantu na podróż. Pociąg, który podjechał miał mieć wagon na rowery, którego niestety nie miał, ale nie było tak źle, ponieważ pociąg był w miarę pusty. W pociągu jak zwykle poznaliśmy dużo ciekawych ludzi, co przyśpieszyło nam podróż do Poznania, gdzie mieliśmy przesiadkę. Na dworcu Michał kupił kolejny prowiant i ruszyliśmy pociągiem dalej. Z Krakowa wyjechaliśmy o 13, a w Pile byliśmy przed 23. Pociągi były stosunkowo puste, więc transport 2 rowerów z 2 przyczepkami plus my, nie był jakimś problemem. W centrum Piły się pożegnaliśmy, Michał ruszył do domu, a ja pojechałem w scenerii nocnej drogą krajową do Wałcza. O godzinie pierwszej już leżałem w łóżku z całym rozpakowanym bagażem.

26

AGH
Akademia Górniczo-Hutnicza
im. Stanisława Staszica
Wydział Geologii, Geofizyki
i Ochrony Środowiska
Katedra Geologii Ogólnej i Geoturystyki
al. Mickiewicza 30,
30-059 Kraków
link: journals.agh.edu.pl/geotour