Wyprawy - Rowerem przez świat
Wyprawa rowerowa dookoła Polski
Piotr Stokłosa 2009-08-20 Galeria
3965 kilometrów pokonane na rowerach, wzdłuż granic Polski, w ciągu 30 dni, przygoda i setki wspomnień. Dla Joanny Zabielskiej z Wrocławia, Piotra Stokłosa z Jasienia i Mateusza Jamrozika z Żar - trójki przyjaciół, był to sposób na spędzenie wakacji. Udało im się zrealizować swoje marzenie – przejechać na rowerach trasę dookoła naszego kraju i przez miesiąc, każdego dnia, czerpać radość i przyjemność z pokonywania kolejnych kilometrów, poznawania nowych miejsc i podziwiania piękna otaczającej nas przyrody. Przedstawiamy relację jednego z uczestników tej wyprawy.
Bo marzenia trzeba spełniać...
Wyprawa rowerowa dookoła Polski była naszym marzeniem od bardzo dawna. Jazda na rowerze jest dla nas jednym z tych zajęć, które lubimy robić najbardziej. Ja zacząłem o tym myśleć już w wieku trzynastu lat. Czas mijał, a marzenie czekało, gdzieś w kolejce, za innymi ważnymi sprawami... W maju 2008 roku, razem z Mateuszem wybrałem się na rowerach do Pragi. Po tym krótkim wypadzie szybko poszliśmy za ciosem, i jeszcze tego samego roku odwiedziliśmy duński Bornholm. Wydarzenia te sprawiły, że myśl o dużej wyprawie stawała się coraz jaśniejsza i śmielsza. Minęło kilka tygodni i wreszcie, podczas jednej z rozmów z moją dziewczyną Asią, doszliśmy do wniosku, że nie ma na co czekać i jeśli chcemy przejechać rowerami trasę wzdłuż granic Polski, to trzeba to zrobić w najbliższe wakacje. I tak, na kilka miesięcy przed planowanym wyjazdem, razem z Asią i Mateuszem zaczęliśmy stawiać pierwsze kroki na drodze do realizacji swojego wspólnego marzenia.
Przygotowania
Najważniejszą i niezbędną rzeczą podczas przygotowań było wygospodarowanie dużej ilości wolnego czasu w wakacyjne miesiące. Ostatecznie udało nam się przeznaczyć na wyprawę 30 dni. Stało się jasne, że przejechanie liczącej blisko 4000 kilometrów trasy nie będzie prostym zadaniem, ponieważ by tego dokonać, musielibyśmy każdego dnia przejeżdżać około 130 kilometrów wioząc ze sobą dodatkowo po 25 kilogramów ekwipunku w sakwach. To nas jednak nie zraziło, niemal od razu zabraliśmy się do pracy nad wytrzymałością i kondycją jeżdżąc na rowerach jeszcze więcej niż do tej pory. Na dwa miesiące przed startem wyprawy zafundowaliśmy sobie tygodniowe wojaże po Litwie, tak by mieć świeże przetarcie przed wyjazdem. Dużo czasu poświęciliśmy na kompletowanie niezbędnego sprzętu, kładąc spory nacisk na ekwipunek biwakowy oraz zabranie odpowiedniej odzieży na trasę. Tutaj pomogli nam bardzo nasi Rodzice oraz takie firmy jak Szumgum.com, Stoor, Airbike i BIKEstats.pl. Odrębną sprawą było dokładne zaplanowanie trasy oraz przygotowanie map, tak byśmy mogli odwiedzić dużo ciekawych miejsc, błądząc przy tym jak najmniej się da. Zadbaliśmy też o odpowiedni patronat honorowy i medialny, dzięki czemu mogliśmy wypromować nasz pomysł i podzielić się z innymi naszą przygodą. Na potrzeby promocji wyprawy została stworzona przez nas strona internetowa. Ostatnim punktem przygotowań było pieczołowite sprawdzenie stanu technicznego naszych rowerów i usunięcie drobnych usterek, by zminimalizować ryzyko występowania defektów na trasie. W końcu byliśmy gotowi do jazdy i z niecierpliwością oczekiwaliśmy pierwszego dnia wyprawy.
Początek przygody
13. lipca 2009 roku już zawsze będzie dla nas
ważną datą zajmującą szczególne miejsce w naszej pamięci.
Tego dnia rankiem rozpoczęliśmy wyprawę „Dookoła Polski”, o
której tak długo marzyliśmy. Wystartowaliśmy z Jasienia
(woj. lubuskie) - mojej rodzinnej miejscowości. Żegnani przez
naszych rodziców, przyjaciół, a także Panią
Burmistrz i pracowników Urzędu Miejskiego, z uśmiechami na
twarzy zaczęliśmy pokonywać pierwsze kilometry długiej trasy. Na
odcinku z Jasienia do Żar nasz „peleton” w porywach liczył
ponad piętnaście osób, wśród których był
nawet sześcioletni Igorek Kawecki z bratem Wiktorem (niewiele
starszym). Pierwsze chwile na trasie były dla nas szczególne,
w głowach przeplatały się setki myśli, to był dopiero początek,
a przed nami jeszcze tak dużo niewiadomych. Zastanawialiśmy się
czy na pewno damy radę. Ale wiedzieliśmy jedno, wiedzieliśmy że
postawiliśmy pierwszy krok na drodze do realizacji naszego marzenia,
w tym momencie już nie było odwrotu. Mieliśmy wspólny cel,
wspólne marzenie i olbrzymią chęć zrealizowania go.
Góry, góry, góry
Planując trasę wyprawy zdecydowaliśmy, że najcięższy jej etap przebiegający przez góry, przejedziemy na początku. Uznaliśmy, że skoro jesteśmy dobrze przygotowani do wyjazdu, to nie powinniśmy obawiać się pokonywania ciężkich podjazdów już w pierwszych dniach jazdy. Wiedzieliśmy, że będzie ciężko, jednak woleliśmy skorzystać ze świeżości, którą mieliśmy na starcie niż ryzykować, że zostawiając górski odcinek na koniec wyprawy może dojść do sytuacji, w których zabraknie motywacji i sił do pokonywania kolejnych przełęczy. Zgodnie z naszymi oczekiwaniami było ciężko, mimo to poradziliśmy sobie.
W góry wjechaliśmy drugiego dnia wyprawy.
Mocno dał się nam wtedy we znaki ciężki podjazd do Karpacza
Górnego. Kolejne dni to kolejne wyczerpujące wspinaczki na
nowe przełęcze. Na szczęście konsekwentnie pedałując i
rozkładając odpowiednio siły udawało nam się przejeżdżać
niemal każdego dnia dystans przekraczający sto kilometrów,
nawet w dniach, w których łączna różnica pokonanych
wzniesień wynosiła blisko dwa tysiące metrów. Zadziwiająco
dzielnie z górami radziła sobie Asia. Na pewno niebagatelne
znaczenie miało dla nas towarzystwo naszych przyjaciół,
którzy przejechali z nami sporo górskich kilometrów.
Monika Kosmala z Dąbrowy Górniczej, Jacek Paszke z Poznania,
Paweł Wiktor z Borowa Wielkiego (woj. lubuskie), Darek Kawecki z
Zabrza, Paweł Banaszkiewicz z Łodzi czy też Piotrek Sitnik z
Jaworzna bardzo motywowali nas do jazdy zwłaszcza w najtrudniejszych
momentach. Niektórzy z nich byli z nami w drodze nawet przez
900 kilometrów. Oprócz tej szóstki towarzyszyły
nam w górach inne osoby, z którymi pokonywanie
kilometrów było przyjemnością w najczystszej postaci.
Trzeba zdać sobie sprawę z tego, że trudność pokonywania długich podjazdów bardzo wzrasta, jeśli wiezie się ze sobą w sakwach bagaż ważący dwadzieścia pięć kilogramów. Niejednokrotnie forsując spore wzniesienia poruszaliśmy się z prędkościami w okolicach sześciu kilometrów na godzinę. Zdarzało się, że niekiedy podjazdy ciągnęły się nieprzerwanie przez ponad dwadzieścia kilometrów i zdawały się nie mieć końca. Wśród najbardziej wymagających przełęczy wyprawy znalazły się: przełęcz Puchaczówka (864 m n.p.m.), przełęcz Krowiarki (1010 m n.p.m.), przełęcz Lisia (790 m n.p.m), przełęcz Spalona (788 m n.p.m.), przełęcz Jaworowa (707 m n.p.m.), Rozdroże Izerskie (767 m n.p.m.), przełęcz Kowarska(727 m n.p.m), przełęcz Kubalonka (761 m n.p.m.), przełęcz Koniakowska (766 m n.p.m.) i przełęcz Wyżna (872 m n.p.m.). Na Puchaczówce w czasie wjeżdżania pod górę nacisku nie wytrzymał łańcuch w moim rowerze, pod siłą nacisku pękło jedno z jego ogniw i przerwał się. Podobna sytuacja powórzyła się na przełęczy Wyżnej w Bieszczadach.
Góry, góry, góry... To nie
tylko wycieńczające podjazdy, to przede wszystkim zapierające dech
w piersiach widoki, to zielone lasy, to szumiące potoki, to
wspaniała natura, którą mogliśmy chłonąć codziennie.
Podczas wyprawy poznaliśmy piękno Karkonoszy, Gór Stołowych,
Beskidów, Tatr, Bieszczad i wielu innych. Jeden dzień
poświęciliśmy też na niemal sto kilometrów jazdy drogami
biegnącymi wzdłuż Dunajca i Popradu. Praktycznie w każdej
miejscowości odwiedzaliśmy kościółki i inne ciekawe
budowle. Obserwacja zmieniającego się każdego dnia otoczenia i
architektury oraz poznawanie spotykanych ludzi były dla nas czymś
ekscytującym. To wszystko połączone z bliskością naszych
wspaniałych gór rekompensowało nam wysiłek, który
wkładaliśmy w kręcenie korbami przy zdobywaniu licznych przełęczy.
Chciałbym też dodać, że poza samym pięknem gór z
przyjemnością wspominamy naszą wizytę w Starym Sączu, gdzie
spotkaliśmy się z miejscowymi zapaleńcami dwóch kółek:
Karoliną, Arkiem i Markiem, którzy swoim towarzystwem i
pomocą umilili nam dziesiąty dzień wyprawy. Także pamiętnym jest
dla nas dzień, gdy w wielkim upale pokonywaliśmy odcinek biegnący
przez Opolszczyznę. Był on ważny zwłaszcza dla mnie, ponieważ w
tym dniu przejechaliśmy przez Głuchołazy, w których się
urodziłem, a także odwiedziliśmy moje dwie babcie, które
nas ugościły - był to dodatkowy, bardzo miły akcent naszej
wspólnej podróży.
Góry pożegnaliśmy trzynastego dnia wyprawy. W tym dniu wyjechaliśmy z Ustrzyk Dolnych i po pokonaniu wzniesień Pogórza Przemyskiego znaleźliśmy się w Przemyślu, gdzie zostaliśmy wspaniale ugoszczeni przez rodzinę Mateusza. Właśnie w tym mieście zakończyła się najcięższa część naszej wyprawy – na licznikach mieliśmy już ponad 1500 przejechanych kilometrów. Kolejne dni miały przynieść nam odpoczynek na płaskich terenach wschodniej i północnej Polski.
Spotkanie ze Wschodem
Szturmowanie wschodniej granicy zaczęło
się wczesnym rankiem 26. lipca. W tym dniu po raz piąty na wyprawie
przyszło jechać nam w deszczu, doświadczyła nas także burza. Jak
się okazało był to ostatni dzień mokrej aury, później
sprzyjała nam już tylko dobra słoneczna pogoda. Od wyjazdu z
Przemyśla naszą podróż kontynuowaliśmy w trzyosobowym
składzie. Akurat wschodni odcinek był tym jedynym, na którym
właściwie nie mieliśmy towarzystwa. Miało to też swoją dobrą
stronę - jazda w mniejszym składzie pozwala na sprawniejsze
przemieszczanie się, szybsze rozbijanie i zwijanie obozów
oraz lepszą współpracę na trasie dzięki czemu pokonywanie
dłuższych odcinków dziennych jest łatwiejsze. My jednak od
efektywniejszej jazdy wolimy towarzystwo przyjaciół na
trasie. Trochę nam ich tam brakowało, nie mniej jednak przygoda ze
wschodnią granicą była dla nas czymś wspaniałym.
Zarówno dla Asi, Mateusza, jak i dla mnie była to praktycznie pierwsza styczność ze wschodnią częścią naszego kraju. To sprawiało, że z olbrzymią ciekawością przemierzaliśmy kolejne gminy Podkarpacia, Lubelszczyzny i Podlasia. Ta część Polski była dla nas nieco egzotyczna, chwile tam spędzone pozostawiły w naszej pamięci niezwykle miłe wspomnienia. Zapamiętaliśmy je, jako kilometry przebyte wśród pięknych lasów i tysięcy hektarów pól uprawnych. Przyszło nam tam odwiedzić dziesiątki spokojnych wiosek z drewnianymi zagrodami, a także poznać ładne miasteczka. Codziennie napotykaliśmy na swej drodze mnóstwo pomników, kapliczek i obelisków upamiętniających wydarzenia związane z losami miejscowej ludności w czasach Pierwszej i Drugiej Wojny Światowej. Niemal w każdej mijanej miejscowości nasz wzrok przyciągały przepiękne cerkwie. Różnorodność tych budowli wprawiała nas w zdumienie. Niezależnie od tego czy przyszło nam odwiedzać stare drewniane cerkwie, czy też były to bogato zdobione świątynie ze złotymi kopułami, za każdym razem nie potrafiliśmy oprzeć się urokowi tych perełek architektury sakralnej. Również mieszkańcy wschodniej Polski wywarli na nas wielce pozytywne wrażenie. Okazali się bardzo sympatycznymi, serdecznymi i pomocnymi ludźmi, którzy z dużą ciekawością podchodzili do naszej rowerowej eskapady. Praktycznie zawsze, gdy zatrzymywaliśmy się na drobne zakupy znalazła się jakaś osoba skora do rozmowy i zawsze były to dialogi prowadzone w sposób wesoły i żywiołowy.
Ta „egzotyczność” wschodniej Polski
sprawiła, że każde odwiedzane miejsce było dla nas czymś bardzo
ciekawym. Jeśli miałbym jednak się pokusić o wymienienie tych
najbardziej interesujących, wspomniałbym przede wszystkim o Świętej
Górze Grabarce, która jest sercem polskiego
prawosławia. Na jej szczycie znajduje się cerkiew, kapliczki oraz
tysiące drewnianych krzyży prawosławnych stanowiących swoisty
„las krzyży”, coś niesamowitego. Innym osobliwym miejscem,
które poznaliśmy były Kruszyniany, tatarska osada, w której
do dzisiaj mieszkają potomkowie Tatarów walczących u boku
polskiej armii dowodzonej przez Jana III Sobieskiego w czasie wojny
z Turkami. W tej wiosce znajduje się cmentarz tatarski i drewniany
meczet. Na wschodzie kraju odwiedziliśmy też miejsca martyrologii w
Bełżcu i Sobiborze, gdzie w czasie II Wojny Światowej usytuowane
były obozy zagłady - dziś są to bolesne pamiątki przeszłości.
Pisząc o szczególnie ciekawych miejscach wschodniej Polski
nie sposób pominąć Puszczę Białowieską. Pokonanie na
rowerach puszczańskich duktów, bliskość dziewiczej,
nieskazitelnej przyrody, zapach prastarych drzew, a także możliwość
obserwacji z bliska wspaniałych zwierząt jakimi są żubry, były
dla nas czymś znakomitym. Ostatnim z miejsc odwiedzonych na
wschodzie, które warto szczególnie wyróżnić
jest dwór w Romanowie, gdzie tworzył i spędził młodość
jeden z najwybitniejszych polskich pisarzy Józef Ignacy
Kraszewski. W tamtejszym dworku mieści się jego muzeum, po którym
oprowadziła nas pani kustosz. Dzięki jej barwnym i pasjonującym
opowieściom wizyta w Romanowie jest dla nas przemiłym wspomnieniem.
Jazda drogami biegnącymi wzdłuż wschodniej granicy pozwoliła nam także odetchnąć i zregenerować mocno nadszarpnięte podczas pokonywania gór siły. Płaski teren i sprzyjająca pogoda sprawiły, że z powodzeniem udawało nam się przez siedem kolejnych dni przejeżdżać odcinki dzienne przekraczające 150 kilometrów. W ciągu pierwszego tygodnia po wyjeździe z gór przemierzyliśmy aż 1060 kilometrów. Przyspieszyliśmy i mocno posunęliśmy się naprzód.
Warmia, Mazury i wybrzeże Bałtyku
Dwudziestego dnia wyprawy poranek przywitał nas nad jeziorem Wigry. Następnie, po przemierzeniu Suwalszczyzny i dotarciu na północno-wschodnie rubieże naszego kraju, znaleźliśmy się w miejscu gdzie spotykają się granice trzech państw: Litwy, Polski i Rosji. Dokładnie w tym miejscu zakończył się wschodni etap naszej wyprawy, w nogach mieliśmy już ponad 2500 km pokonanego dystansu. Nadszedł czas na poznawanie uroków Warmii, Mazur i Pomorza.
Od momentu, w którym opuściliśmy wschodnią granicę Polski na naszej trasie przestały pojawiać się drewniane cerkwie, a zostały one zastąpione przez gotyckie budowle. Monumentalne katedry, kościoły i zamki zachwycały nas swą architekturą. Wśród najwspanialszych budowli jakie przyszło nam podziwiać na północnym etapie podróży znalazły się: zamek krzyżacki w Malborku, zamek w Reszlu, zamek w Lidzbarku Warmińskim, katedra we Fromborku, katedra w Kamieniu Pomorskim oraz Bazylika Mariacka w Gdańsku. Poza obiektami gotyckimi na trasie trafiały się także inne perełki architektury, takie jak zabytkowe wiadukty kolejowe w miejscowości Stańczyki, czy chociażby latarnie morskie. Innymi bardzo interesującymi miejscami, które mieliśmy okazję bliżej poznać na tym etapie, są: muzeum obozu koncentracyjnego „KL Stutthof” w Sztutowie, Muzeum Wsi Słowińskiej - skansen w Klukach, a także Elbląg, Kołobrzeg i Trójmiasto. To tylko część ciekawych miejsc, które odwiedziliśmy.
Dwudziestego drugiego dnia wyprawy zawitaliśmy w Elblągu, w którym zostaliśmy wspaniale ugoszczeni przez miejscowych rowerzystów. Dzięki pomocy Darka Korsaka, jego przesympatycznej żony oraz ich elbląskich kolegów mogliśmy poznać atrakcje Elbląga i jego okolice, przy okazji odwiedzając najniżej położony punkt Polski - depresję w Raczkach Elbląskich (1,8 m p.p.m.). Serdeczność elblążan nie znała granic, towarzyszyli nam na trasie przez dwa dni, nakarmili i napoili nas do syta, a także pozwolili nam wypocząć w swoich progach. Po tej niezapomnianej wizycie w Elblągu nadszedł czas na odwiedzenie Trójmiasta, po którym naszym przewodnikiem był Tomek Bagrowski, znany rowerzysta z Gdańska. Dzięki niemu sprawnie przemieszczaliśmy się w trójmiejskiej aglomeracji poznając zarazem najciekawsze jej zakątki z sopockim molem na czele.
Nadszedł dwudziesty piąty dzień wyprawy. Zapamiętaliśmy go jako ten, w którym żar lał się z nieba niemiłosiernie, było ciężko. W tym dniu zdarzyła się także nieprzyjemna sytuacja, doszło do wypadku. Na jednym ze zjazdów w rowerze rozpędzonej Asi zawiodły hamulce... Szczęście w nieszczęściu, że udało uniknąć się zderzenia z jadącymi samochodami i skończyło się tylko na obtarciach po awaryjnym hamowaniu w przydrożnych krzakach. Najedliśmy się jednak strachu. Ta mrożąca krew w żyłach sytuacja sprawiła, że tego dnia już nic nam nie wychodziło, dokonaliśmy nawet niemożliwego czyli... zabłądziliśmy na drodze wojewódzkiej. Dziś jednak wiemy, że taki dzień musiał się przytrafić na naszej wyprawie, bo wszystko wyglądałoby zbyt pięknie gdybyśmy mówili, że każdego dnia wyprawy wszystko szło nam jak z płatka.
Po feralnych
wydarzeniach z dwudziestego piątego dnia wszystko znów
wróciło do normy. Jazda szła bardzo sprawnie. Dołączali do
nas znajomi, dzięki którym nasze morale znacznie wzrosły. W
jeździe pomagało nam towarzystwo Moniki Kosmali (była z nami na
początku wyprawy i dołączyła także na pięć ostatnich dni),
Sebastiana Jeżewskiego z Trzemeszna (dzień wcześniej
pokonał trzysta kilometrów, by spotkać się z nami), Jurka z Kołobrzegu (dzięki niemu poznaliśmy najciekawsze zakątki
Kołobrzegu) oraz Leona Noconia z Paniówek (jeden dzień
swojego nadmorskiego urlopu przeznaczył na jazdę z nami).
Przejeżdżając tak dużą ekipą przez morskie kurorty wzbudzaliśmy
spore zainteresowanie plażowiczów. Co więcej, jeszcze tego
samego dnia skład ekipy powiększył się o trzy osoby. Stało się
tak dzięki moim rodzicom, którzy korzystając z wolnego
weekendu przyjechali nad morze samochodem, by móc wspólnie
z nami przejechać część wyprawy. Towarzyszył im pan Zygmunt -
przyjaciel rodziny. Zrobili nam w ten sposób ogromną
niespodziankę. Razem z nimi dojechaliśmy do Dziwnowa, w którym
oddaliśmy się beztroskiej uczcie w tawernie...
W stronę domu
Wreszcie nadszedł ten moment, gdy kilometry dzielące nas od domu zaczęły topnieć w zawrotnym tempie. Gdy wyjeżdżaliśmy z Dziwnowa rankiem dwudziestego siódmego dnia podróży, do celu zostało nam już tylko 480 kilometrów. Powoli zaczęliśmy żegnać się z morzem, chwilę spędziliśmy w Wolińskim Parku Narodowym i dotarliśmy do Międzyzdrojów, gdzie nasze szeregi zasilił Jurek Hille z Buku oraz Błażej Łyjak z Wrocławia (Błażej jest twórcą serwisu społeczności rowerowej bikestats.pl). Wspólnie z nimi, a także z Moniką, przyszło nam jechać do samej mety naszej wyprawy - te końcowe kilometry były czystą sielanką, to była rowerowa przyjemność w najdoskonalszej postaci. Wtedy mieliśmy już świadomość, że wyprawa zakończy się pełnym powodzeniem. Pogoda dopisywała, kondycja i humory też - mogliśmy z uśmiechami na twarzy pedałować w stronę domu.
Te ostatnie cztery dni jazdy zostały nam jeszcze dodatkowo umilone przez Milenkę i Bartka, którzy wspaniale nas ugościli w swoim szczecińskim mieszkaniu. Po noclegu w Szczecinie, pełni wigoru zaczęliśmy poruszać się wzdłuż zachodniej granicy kraju. Odwiedziliśmy wiele osobliwych miejsc, takich jak: Kłopot - znany jako „Bociania Wioska”, Cedynia - miejsce słynnej bitwy z 972 roku, Czelin - miejsce, w którym postawiono pierwszy słup graniczny na Odrze w 1945 roku, Siekierki - w ich bliskim sąsiedztwie jest cmentarz żołnierzy 1 Armii Wojska Polskiego, Osinów Dolny - najdalej na zachód wysunięty punkt Polski, Brody - znajduje się tam okazały pałac Brühla.
Dzień trzydziesty wielkiej przygody był ostatnim dniem wyprawy. Rozpoczęliśmy go porankiem nad Odrą, przez którą przeprawiliśmy się promem w Połęcku. Byliśmy bardzo szczęśliwi. Nasza życiowa przygoda dobiegała końca, nasze marzenie było już bliskie pełnej realizacji. W ostatnich chwilach na trasie wyprawy towarzyszyli nam rodzice, była też pani Danusia, pani Ania i pan Zygmunt (przez cały miesiąc mocno nas dopingowali) oraz nasz przyjaciel Darek Kawecki, który wraz z Moniką pomagał nam bardzo w czasie wyprawy prowadząc relację na stronie internetowej. W tak wspaniałym towarzystwie przyszło nam świętować nasz sukces. O godzinie 15:00, 11. sierpnia 2009 roku naszym oczom ukazała się upragniona tabliczka z napisem Jasień. Wjechaliśmy na ulice mojego rodzinnego miasta. Zostaliśmy wspaniale przywitani przez pracowników Urzędu Miasta, którzy bardzo docenili naszą wyprawę - sprawili nam tym sporą radość. Kilka chwil spędziliśmy opowiadając na gorąco o wrażeniach z wyprawy przedstawicielom lokalnych mediów. Było bardzo wesoło. Byliśmy już w domu!
Przyjaciele
Nasza wyprawa była dla nas wielkim przeżyciem. Była tym o czym bardzo marzyliśmy. Kochamy jeździć na rowerach, kochamy podróżować. To nasza pasja. Najpiękniejsze w pasji jest to, że można dzielić ją z innymi. Ta wyprawa, te trzydzieści dni na trasie, były dla nas cudownym doświadczeniem. To co przeżyliśmy w czasie pokonywania na rowerach niemal czterech tysięcy kilometrów wzdłuż granic Polski, przeszło nasze najśmielsze oczekiwania. To, że każdego dnia wyprawy mogliśmy jechać z radością i uśmiechami na twarzy; to, że każdy pokonany kilometr dawał nam satysfakcję i sprawiał przyjemność; to, że nasze marzenie mogło się spełnić, to zasługa naszych Przyjaciół i Rodziny! Bez tych osób które pokonywały z nami wspólnie kilometry, które nas wspierały na trasie i poza nią, które nas motywowały, służyły pomocą, które przekazywały nam swoje pomysły i humor... bez tych osób ta wyprawa nie byłaby taka sama. Za każdym razem, gdy wspominamy naszą wyprawę, w pierwszej kolejności przychodzą nam na myśl ludzie. Ludzie, dzięki którym przez trzydzieści dni mogliśmy czuć się najszczęśliwszymi podróżnikami na świecie. Dziękujemy Wam za to!
„Udało się!”
13. lipca 2009 roku postawiliśmy pierwszy krok na drodze do
realizacji naszego wspólnego marzenia. Asia, Mateusz i ja,
wspierani przez rodzinę, przez przyjaciół, przez wielu
dobrych ludzi, mogliśmy nie schodzić z tej drogi przez kolejne
trzydzieści dni.
Trzydzieści dni w trasie. Jazda w strugach deszczu, jazda w burzy, jazda z wiatrem i pod wiatr, jazda w dzień i w nocy, jazda gdy z nieba lał się słoneczny żar. Jazda, ciągle do przodu, na rowerach - tak jak kochamy. Prawie cztery tysiące przejechanych kilometrów. Codzienne podróżowanie przez nowe okolice. Spanie w namiotach, tak jak lubimy, przy górskich potokach, w lesie, czy na skraju pola - gdzie się da. Ponad tysiąc odwiedzonych miejscowości, setki nowych poznanych miejsc. Odkrycie pięknych zakątków polskich gór, wschodniej Polski, polskiego wybrzeża i zachodniej granicy. Ponad siedemset niezwykle przyjemnych godzin spędzonych w podróży, wciąż obcując z naturą i niesamowitymi ludźmi. Ten czas, to był czas spełniania naszego marzenia, naszego celu.
Wymarzona wyprawa - to wynik naszej pasji. Udowodniliśmy sobie, że można. Wiemy, że gdy człowiek ma marzenia, ma pasję, jest uparty i konsekwentnie krok po kroku realizuje kolejne cele, może zrobić naprawdę coś bardzo fajnego. Gdy dojdą do tego jeszcze ludzie, którzy ci pomagają i cię wspierają, to możesz postawić ten ostatni krok. Ten nasz ostatni krok postawiliśmy właśnie 11. sierpnia 2009 roku, gdy pełni szczęścia, z olbrzymią satysfakcją wróciliśmy do Jasienia kończąc wyprawę dookoła Polski. Otoczeni przez przyjaciół i rodzinę mogliśmy cieszyć się z sukcesu, mogliśmy wreszcie z uśmiechem powiedzieć, że „udało się”! A udało się, bo... marzenia trzeba spełniać.
Uczestnicy:
Joanna Zabielska - Wrocław
Od ponad czterech lat zawodowo stoję na straży prawa i dbam o bezpieczeństwo wrocławian. Jednak praca to nie wszystko. Każdy ma jakiegoś bzika...
Na rowerze nauczyłam się jeździć w wieku 6 lat. Od tamtej pory przez moją rowerową stajnię przewinęły się: Salto, Wigry 3, Arkus Leopardo, Kelly's Exquisite SF i Felt Q720. Moja prawdziwa przygoda z rowerem zaczęła się, gdy do tejże stajni w kwietniu 2007 roku przybył ten ostatni pieszczotliwie nazywany przeze mnie "Flecikiem". Wtedy to spróbowałam swoich sił w maratonach MTB i zaczęłam wypuszczać się na dalsze samotne wycieczki. Nowe rowerowe znajomości skutkowały tym, że słowo "samotne" schowałam na dno szafy. I tak to się zaczęło kręcić.
Człowiek chciał jeździć więcej, dalej, szybciej; oglądać z perspektywy siodełka coraz to ciekawsze miejsca; wsiadać z rowerem w pociąg i pedałować gdzieś daleko od domu. Tak też kręci się do dziś.
Wynikiem mojej rowerowej ewolucji jest "Wyprawa rowerowa dookoła Polski". Po cichu marzyłam o niej od dawna. I wreszcie na mojej drodze stanął Ktoś (czyt. Mój Kochany Piotruś), z kim udało mi się to marzenie zrealizować!
Mateusz Jamrozik - Żary
Mieszka w Żarach od 24 lat. Na co dzień pracuje w zakładzie rehabilitacji. Jeszcze student ale już niedługo. ;) Tak pisze o sobie: Jeżdżę wyczynowo na rowerze od 2005 roku kiedy to dostałem w prezencie rower jak dla mnie z prawdziwego zdarzenia. Od tamtej pory nauczyłem się trochę nie tylko o dbaniu o rower ale i o jego konserwacji i ewentualnych naprawach.
Na swoim koncie miałem już kilka wypraw, począwszy od samotnej w kierunku Francji (2007) i do Karpacza (2007), czy wspólnie już z Młynarzem do Pragi (2008) i na Bornholm (2008), a ostatnio jeszcze z Asią, Młynarzem i Krzysztofem na Litwę (2009).
Były to dla mnie ciężkie wyprawy, gdyż głód, zmęczenie i mrozy dawały znać o sobie ale satysfakcja jaka później pozostała, spowodowała że podóżowanie na rowerze stało się moim sposobem na życie i spędzaniem urlopowego czasu z przyjaciółmi, gdzie wspólnym zainteresowaniem jest właśnie rower.
Rower jest doskonałym sposobem na odreagowanie wszechobecnego w dzisiejszych czasach stresu, a wyścigi sprawdzianem dla mnie samego. Nigdy jeszcze nie stałem na podium ale już samo dojechanie do mety powoduje u mnie niesamowite przeżycie, które pozwala mi być dumnym z tego co robię. Tak samo każdą wyprawę można docenić czasami dopiero po jej ukończeniu. Ta dookoła Polski jest moim największym osięgnięciem rowerowym.
Piotr Stokłosa - Jasień
Podróż dookoła Polski stała się moim marzeniem już w trzynastym roku życia. Dziś, po trzynastu latach od tamtej pory, mogę być szczęśliwy, że udało się je spełnić. To przede wszystkim zasługa wspaniałych ludzi, z którymi przyszło mi wspólnie pokonać całą trasę wyprawy: Asi (moja kochana dziewczyna) i Mateusza (przyjaciel od dziecka).
Cała moja rowerowa pasja zaczęła się bardzo wcześnie. Jeszcze jeżdżąc na składaku lubiłem wyjeżdżać poza Jasień i odwiedzać okoliczne wioski, duża w tym zasługa moich rodziców, bo to oni byli moimi pierwszymi towarzyszami podróży. Z biegiem czasu zwiększałem pokonywane przez siebie dystanse i tak w wieku czternastu lat udało mi się pierwszy raz pokonać w jeden dzień więcej niż 100 kilometrów. Dziś taka długodystansowa jazda jest dla mnie tym, co w jeździe na rowerze lubię najbardziej.Mam już na swoim koncie ponad sto takich dziennych przebiegów przekraczających barierę 100 km, jest też i kilkanaście przekraczających 200 km, a mój rekord (który zamierzam pobić) wynosi 323 kilometry. Pokonywanie takich odległości pozwala mi na poznawanie wielu ciekawych miejsc w stosunkowo bliskiej okolicy, jak i dalszej - podczas wypraw z sakwami.
W chwili obecnej mam na swoim koncie wyprawę dookoła Polski, wyprawę na Bornholm oraz zdobycie rowerem Pragi i Wilna.
I tak właśnie wygląda ta moja zabawa z rowerem. :) Pokonywanie dystansu i własnych słabości, poznawanie nowych miejsc i ludzi (w niektórych można nawet się zakochać :D ), zdrowe i przyjemne spędzanie wolnego czasu - o to w tym wszystkim chodzi!
Sponsorzy:
Patronat honorowy:
Helena Sagasz - Burmistrz Miasta Jasień
Marek Cieślak - Starosta Żarski
Roman Pogorzelec - Burmistrz Miasta Żary
Władysław Sidorowicz - Przewodniczący Senackiej Komisji Zdrowia, Senator RP
Jarosław Kropski - Dyrektor I LO im. B. Prusa w Żarach
Patronat medialny:
TeleŻet – telewizja kablowa
Bike Board – magazyn rowerowy
Gazeta Lubuska
Magazyn Lubski
Globtroter – magazyn podróżniczy
Potral Rowerowy Wrocław
FAN – Promocja sportu
Bike World – magazyn rowerowy
Cyclo.pl – portal rowerowy
Cykloid.pl – portal podróżników rowerowych
SportowyStyl.pl
Interia.pl
ESR – Elbląska Strona Rowerowa
Zagłębiowska Masa Krytyczna – portal rowerowy
Bike Forum – forum rowerowe
Forumrowerowe.org
Extremium
Cyklomaniak
Aktywni.pl
Outdoor.org.pl
Dlastudenta.pl
Odyssei.com
Rowerowe.net
Geoturystyka
Podróżnik.net
Podróżerowerowe.info

Wyprawy 





