Geoturystyka

Wyprawy - Górskie wyzwania

Kaukaz Centralny. Z głowami w chmurach - wyprawa 2003

÷Europa, Rosja, Kaukaz

Czekam na wiatr, co rozgoni
ciemne, skłębione zasłony.
Wstanę wtedy na raz
i pójdę na Kaszkatasz!

min_14_002 W 2003 roku grupa eastmenów ze Speleoklubu Bielsko-Biała tradycyjnie ruszyła na "Dziki Wschód". Bracia Tomek i Paweł Kudłacz znowu połączyli swe siły i współdziałając z różnymi zespołami dokonali wielu mniej lub bardziej ambitnych przejść na Kaukazie.

Snując wakacyjne plany postanowiliśmy powrócić w Kaukaz do doliny Adył-Su. Jednak nad naszym wyjazdem stale snuły się (dosłownie i w przenośni) ciemne chmury i nasze ambitne plany zostały zweryfikowane przez pogodę. Ale wracając do początków ...

Podstawową przeszkodą (czasową i finansową) był problem uzyskania wiz do Rosji, które planowano wprowadzić 1 lipca. Na szczęście termin ten przesunięto na październik (chylimy czoła przed urzędnikami MSZ-u).
Wyruszyliśmy więc 19 lipca razem z Radkiem, Kingą i Jackiem (znajomymi ze Skarżyska-Kamiennej). Po trzech i pół dniach podróży pociągiem przez upalne polskie, białoruskie i rosyjskie niziny (3436 km) dotarliśmy do Nalczika - stolicy lokalnej republiki. Zetknięcie z rosyjską biurokracją było pierwszą szkołą cierpliwości, przydatnej w ciągu całego wyjazdu. Uzyskanie zezwolenia na pobyt w strefie przygranicznej oraz rejestracja (zameldowanie) zajęło nam ponad pół dnia - na szczęście uniknęliśmy płacenia łapówek.

Wieczorem dojechaliśmy taksówką do obozowiska alpinistycznego Polana Koszej. Tutaj spotkała nas przykra niespodzianka. Niegdyś dzikie, okazało się być obozowiskiem płatnym. Dla świętego spokoju zapłaciliśmy za 3 dni (Paweł wynegocjował połowę stawki), a potem chowaliśmy się przed zbierającymi haracz "cieciami" u gościnnych Białorusinów, w lesie albo nad rzeką. Było to swego rodzaju atrakcją, ale czasami było stresujące.

Kaukaz przywitał nas nieprzychylnie, chowając się za woalami z chmur oraz siekąc po twarzy deszczem i śniegiem. Pogoda była najgorsza od kilkudziesięciu lat! Często padało, drogi wspinaczkowe były zaśnieżone lub zalodzone, warunki były niestabilne.
Następnego dnia trenowaliśmy więc poruszanie się po lodowcu na pobliskim Lodowcu Kaszkatasz. Nazajutrz, wykorzystując poprawę pogody, przeszliśmy na biwak Ture Oziera (Jeziora Kozic) (2800 m). 26 lipca ruszyliśmy na Czegietkarabaszi (3667). Ledwo zipiąc (słaba kondycja i brak aklimatyzacji) doszliśmy lodowcem na przełęcz pod 200-metrowej wysokości kopułą szczytową. Stąd ładną i eksponowaną skalną drogą "rączo pomknęliśmy" na szczyt. Szybki powrót w padającym deszczu wymęczył nas do końca.

min_14_007Po powrocie na Polanę spotykamy się z wrocławianami - Maćkiem i Mateuszem, z którymi byłem na Kaukazie 2 lata temu. Przyjechali oni tydzień wcześniej i działali w sąsiedniej dolinie Adyr-Su. Teraz połączyliśmy nasze moce, a nasi dotychczasowi towarzysze samodzielnie działali w Adył-Su i na Elbrusie. Nastały jednak kolejne dni niepogody, podczas których pocieszaliśmy się w pobliskim barze.
Wreszcie jednak pogoda poprawiła się i 1 sierpnia ruszyliśmy na Pik Giermagienowa. Boczną skalno-śnieżną granią podeszliśmy pod kopułę szczytową. Wspinając się stromym żebrem znaleźliśmy się oko w oko z kluczowym odcinkiem - zaśnieżoną piątkową rysą. Paweł stanął w rakach na taśmie ze stanowiska i dokonując ekwilibrystycznych wyczynów przeszedł ją bez odpadnięcia, następni mniej lub bardziej latali. Potem brnąc po pas w śniegu wyszliśmy na grań. Według opisu do szczytu był spory kawałek, co w połączeniu ze zmęczeniem i pogarszającą się pogodą zachęcało do odwrotu. Jednak Paweł zaparł się - przełoił ostatni trudny fragment i po chwili był na szczycie, a za Nim my. Wracaliśmy innym wariantem, spore odcinki pokonując zjazdami.

Następnego dnia, po wysuszeniu mokrych ubrań, przeszliśmy klucząc między szczelinami lodospadu na górne plato lodowca Kaszkatasz. Nazajutrz chłopcy ruszyli na Ułłukarę (4302) zachodnim filarem. Ja, zmęczony atrakcjami poprzednich dni, zostałem w namiocie topiąc śnieg na obiad i z utęsknieniem wypatrując chłopaków. Wrócili dość późno, chwaląc widoki i narzekając na kruszyznę. Stroma i niełatwa droga wyprowadzała na wielką i płaską kopułę szczytową z olbrzymimi nawisami. Powrót to 5 godzin zjazdów w kruchym terenie.
Po powrocie na Polanę "zdobyliśmy" bar i sklepy w pobliskiej wiosce. Po tradycyjnym już czekaniu na pogodę, ruszyliśmy w czwórkę z zamiarem wejścia na Uszbę (4694) - jedną z najbardziej legendarnych gór Kaukazu. Ja z wrocławianami chciałem dokończyć wejście sprzed dwu lat, kiedy to weszliśmy na pierwszy przedwierzchołek. Jednak i tym razem niepogoda zmusiła nas do odwrotu z Uszbijskiego Lodospadu.
Z powodu niepogody także kolejne wyjście - próba trawersu Donguz-Oruna (4468 m) zakończyła się na rozbiciu namiotu w dolinie, eksploatacji zapasów żywności oraz rezygnacją z wejścia. Trzy kolejne noce spędziliśmy w czwórkę z trzema śpiworami w 2-osobowym namiocie (przykład odlekczania a nie odmiennych preferencji seksualnych). Poznaliśmy jednak malowniczą, rzadko odwiedzaną przez turystów, dolinę Jusengi. Wracając zostaliśmy "gorąco" powitani przez pograniczników, którzy uznali nas za gruzińskich bandytów i wybiegli na nasze spotkanie z kałasznikowami, psami i okrzykiem "ruki wierch!". Wszystko jednak skończyło się dobrze.

Wrocławianie musieli już wracać (mieli wykupione bilety powrotne). My natomiast, zachęceni poprawą pogody, przeszliśmy w górę doliny Adył-Su z zamiarem wejścia na Dżantugana (3991). Ambitne plany wejścia trudnym północno-wschodnim grzebieniem zostały zweryfikowane po konfrontacji z rzeczywistością - droga była mocno zalodzona. Zdecydowaliśmy się więc na wejście drogą "klasyczną" - wschodnią granią. 15 sierpnia przeszliśmy przez przełęcz Dżantugan (szczeliny) i kruchą granią dostaliśmy się pod szczytową basztę, którą pokonaliśmy zaśnieżonym kuluarem. Po sesji zdjęciowej na szczycie i konsumpcji resztek jedzenia, wycofaliśmy się zjazdami. Sypiące się kamienie i bryły lodu na drodze zejścia parę razy przyprawiły nas o szybsze bicie serca.

min_14_011 W obozie "Elbrus" spotkaliśmy znajomych Ukraińców - Ihora, Nazara i Alieksieja, którzy prowadzili kilkudziesięcioosobowy "obóz harcerski". Pomogliśmy im, prowadząc zajęcia skalne i lodowcowe. Razem z nimi przyjechała dwójka Czechów z Liberca - Martin i Peter. Postanowiliśmy, że razem zrobimy Uszbę. Musieliśmy jednak poczekać aż się zaaklimatyzują.
   Po kilku dniach restu na Szachtiorskich Stojankach, spotkaliśmy się z Czechami i ruszyliśmy w górę doliny Szcheldy po kamienistej i upalnej powierzchni lodowca. Męczący, siedmio godzinny marsz, kończymy błądzeniem pomiędzy szczelinami, docierając w końcu do Niemieckich Nocziwek. Kolejnego dnia pokonaliśmy mocno uszczeliniony o tej porze roku Uszbijski Lodospad (stromy i niebezpieczny 800-metrowy uskok lodowca) i wyszliśmy na Uszbijskie Plato (lodowy płaskowyż na wys. 4000 m). Razem z nami Plato osiągnęli dwaj Austriacy - Roland i Christian (ojciec i syn), którzy następnego dnia weszli na Uszbę.

Na Plato rozstawiliśmy namiot, stojak do suszenia (wykonany z kijków, czekanów i sznurka) oraz płachtę do topienia śniegu przy pomocy słońca. W nocy Paweł się rozchorował, ale nie chciał zejść na dół. "Przespacerowałem" się więc z Czechami na pobliski Czatyn (4310 m).
27 sierpnia chłopcy ruszyli na Uszbę. Ja, zmęczony ciężkim podejściem i słabą aklimatyzacją, zostałem w namiocie. Chłopcy szybko pokonali kluczowe trudności - skały Nastienki i 350-metrowy lodowy "Nóż", potem długą, piękną grań i w ciągu 3,5 godziny osiągnęli szczyt. Idealne warunki lodowe pozwoliły ekspresowo pokonać wycenianą na 6-8 godzin drogę. Niesamowite widoki na Kaukaz, zielone doliny Gruzji i Morze Czarne wynagrodziły im trudy wspinaczki. Powrót ułatwia radziecki patent - lodowa śruba samowykręcalna (tzw. wiertolot), jednak zajmuje on prawie godzinę więcej od wejścia i o 14-tej szczęśliwi meldują się przed namiotem.

Następnego dnia powrót Lodospadem dostarcza kolejnej dawki adrenaliny - w ciągu kilku dni zmienił się układ szczelin i seraków. Po paru godzinach lawirowania i kilku zjazdach wreszcie osiągamy płaską część lodowca.
W obozie zastaliśmy Ukraińców powracających z Elbrusa (większość weszła) oraz sprzęt zostawiony dla nas przez sympatycznych Austriaków. Wieczorem alpinistycznej tradycji dopełniła wizyta w bani (rosyjskiej saunie) i "internacjonalistyczna" impreza.

min_14_013Jest już koniec sierpnia i cała dolina jest wyludniona - znak, że czas także na nas. Wczesnym rankiem 30 sierpnia pakujemy się razem z Ukraińcami do wynajętego, rozklekotanego autobusu i ruszamy w dół doliny Baksanu. Po kontroli na milicyjnym "poście" kierowca traci dokumenty i szansę na zarobek z powodu stanu technicznego pojazdu. My zaś tracimy nadzieję, że zdążymy na pociąg wsłuchując się w odgłosy serii z automatów dochodzące z gór - okazuje się że jakieś "bandy" grasują w pobliżu. Dłuższe nerwowe negocjacje z milicjantami kończą się przyjazdem dwóch busów, które zabierają nas do Piatigorska, gdzie w końcu po paru godzinach możemy ulokować się w pociągu do Kijowa.

 Powrót via Rostów, Kijów i Lwów trwa jeszcze 4 dni. W końcu, po ponad 6 tygodniach nieobecności, we wtorek 2 września przyjeżdżamy do Bielska prosto na klubowe spotkanie.
 Nasze głowy nadal jednak tkwią w chmurach (tym razem jasnych) - marzymy, aby kiedyś powrócić w "tak piękne okoliczności" kaukaskiej przyrody, spotkać Przyjaciół i posmakować kaukaskiej kuchni. "Da swidanja Kawkaz!"


okl_04mala