Geoturystyka

Wyprawy - Górskie wyzwania

Alpy 12 x 4000

÷Europa, Alpy

Jak opisać ten miesiąc samotnej włóczęgi, pełen wspinaczek, wspaniałych widoków, zmęczenia, rezygnacji, kapryśnej pogody? Emocje opadły, ale chwile spędzone w Alpach wciąż mam przed oczami.

Wstęp

Już przed wyjazdem z Polski wiedziałem, że "ALPY 12 X 4000" będą dla mnie początkiem nowej drogi. Poprzedni etap stanowiły Karpaty, na których skupiałem swoją aktywność przez lata. Zwieńczeniem tamtego okresu jest dla mnie przejście Łuku Karpat w 2004 roku, po którym zacząłem moją przygodę ze wspinaczką. Po kilku sezonach spędzonych w Tatrach przyszedł czas na Alpy.

Moim pierwszym pomysłem był samotny wyjazd na Mont Blanc, poprzedzony aklimatyzacją na jakimś niższym szczycie. Jednak im dłużej myślałem o tym planie, tym mniej podobała mi się wizja "przygody jednej góry". Po doświadczeniach Łuku Karpat zdecydowanie bardziej cenię udział w dłuższych wyprawach, gdzie trudności skumulowane są przez cały czas ich trwania. Doszedłem do wniosku, że dużo lepszym pomysłem będzie wyjazd dłuższy, dający możliwość wejścia na kilka gór. Długie planowanie z mapą i przewodnikiem w ręku utwierdziło mnie w przekonaniu, że mając do dyspozycji miesiąc będę w stanie wejść na dwanaście czterotysięczników. Plan krótkiego wypadu w Alpy przekształcił się więc w wyjazd poświęcony najwyższym wierzchołkom tych gór. Realizując go chciałem też sprawdzić samego siebie podczas długiego przebywania w środowisku wysokogórskim.

Celem wyjazdu było 12 szczytów czterotysięcznych: Weissmies, Allalinhorn, Bishorn, Dürrenhorn, Hochberghorn, Stecknadelhorn, Nadelhorn, Mont Blanc, Dufourspitze, Zumsteinspitze, Signalkuppe i Matterhorn. Były to więc góry o zróżnicowanej wysokości, trudności i ukształtowaniu, umożliwiające stopniową aklimatyzację. Ze względu na ograniczony czas poruszałem się "na lekko", z niedużym bagażem. Moją bazą były położone w dolinach miejscowości: Saas Fee, Zermatt i Chamonix, gdzie rozbijałem na stałe duży namiot, w góry zabierając tylko niezbędny sprzęt.

Bishorn - pierwsze cztery tysiące

1Jeśli tylko coś może nawalić - z pewnością nawali. Pociąg z Zurichu do Visp dociera na miejsce już po odjeździe ostatniego autobusu w góry. Czeka mnie noc na ławce peronu. Na szczęście nazajutrz już o 9 jestem w Zinal, pierwszym miejscu biwaku. Jeszcze tego samego dnia startuję na Bishorn, pierwszy zaplanowany szczyt, będacy zarazem celem aklimatyzacyjnym. Choć technicznie łatwy, daje mi w kość ponad półtorakilometrowym podejściem z doliny Val d'Anniviers, które kończę dopiero o dziesiątej wieczorem i fatalnie przespaną nocą na przełęczy Tracuit. Jednak nazajutrz o świcie góra wita mnie piękną pogodą, zachęcając do wyjścia. Wraz z kilkoma zespołami mam do pokonania 900 m przewyższenia przez lodowiec Turtmann. Idę ostatni, dość nieswojo czując się samotnie na lodowcu, droga okazuje się jednak bezpieczna.

O piątej wschodzi słońce, rozświetlając lodowiec i otaczające go skały niezwykłym światłem. Sceneria zmienia się z chwili a chwilę, ja zas nie mogę nadziwić sie urodzie lodowcowej doliny. Co chwilę przystaję, robiąc zdjęcia.

Około 3500 m pojawiają się pierwsze oznaki braku aklimatyzacji: oddech staje się ciężki, nogi niczym z ołowiu, lekki plecak zaczyna dziwnie ciążyć. Ostatnią godzinę idę odliczając po pięćdziesiąt kroków, odpoczywając i tak w kółko. Około dziesiątej staję na szczycie. Pierwsze cztery tysiące padły!

Widok jaki mi się ukazuje jest wspaniałą nagrodą za wysiłek - dokoła aż po horyzont rozciąga się morze ośnieżonych gór otulonych chmurami. Długo podziwiam moją pierwszą alpejską panoramę, po czym schodzę lodowcem do namiotu.

Weismiess

Idąc na Weismiess zrezygnowałem z podejścia drogą normalną, od zachodu, gdyż wiedzie ona długim lodowcem. Zamiast tego zdecydowałem sie na wspinaczkę nieco trudniejszą granią południową.

Z miasteczka Saas Almagell długa dolina wyprawadza do schroniska na prawie 2900 m. Po pierwszym wejściu czuję się dobrze i decyduję zanocować na przełęczy Zwischenbergenpass, czterysta metrów wyżej. Tuż pod nią napotykam na strome zbocze pokryte lodem, którym kluczę przez prawie godzinę, międzyczasie chroniąc się przed ulewą. Deszcz na tej wysokości zupełnie mnie zaskakuje! Tego wieczoru, zmęczony i pełen wątpliwości co do jutrzejszego wejścia, rozbijam namiot na przełeczy. Okolicę spowijają deszczowe chmury, niedaleko słychac pomruki burzy.

W nocy chmury nieco się podnoszą, około piątej pojawia się kilka zespołów idących z położonego niżej schronu. Długi łańcuch milczących ludzi podchodzi śnieżnym zboczem, które wyżej przechodziło w skalistą grań południową. Wszyscy asekurują się wzajemnie, tylko ja przemykam między zespołami, wchodząc na żywca. Kilka miejsc na grani zmusza do szczególnej czujności ruchów i precyzji w stawaniu na stopniach, jednak na ogół nie stwarza większych problemów.

Po raz pierwszy widzę kilkuosobowe "tramwaje" złożone ze związanych blisko siebie ludzi holowanych przez przewodników. ten kto decyduje sie na korzystanie z tej opcji skazuje sie na wędrówkę w tempie najsłabszego, częste postoje, a w trudnym terenie ryzyko kopnięcia przez poprzednika. Ja sam, wspinając się tuż za takim łancuchem ludzi, omal nie dostaję rakiem w czoło. To uczy mnie trzymania bezpiecznego dystansu od przewodników i ich klientów.

Po dwóch godzinach wspinaczki mijam ostatnie skały, pokonuję eksponowaną grań szczytową i staję na płaskim wierzchołku Weismiessu. Radość z pokonanej drogi, chwila odpoczynku, zdjęcia - i długa droga w dół. Czujnie przechodzę przez skały na grani, potem mozolne brnięcie przez mokry śnieg i jestem przy namiocie. Czeka mnie jeszcze zejście w dolinę, na kemping.

Allalinhorn

2Przewodnik nazywa go "czterotysięcznikiem dla starszych pań" i trudno odmówić mu racji - z pobliskiej stacji kolejki zaledwie 500 m podejścia dzieli od wierzchołka. Jako drogę podejścia wybieram więc wschodnią gran Hohlaub, oferującą ponad tysiącmetrowe podjeście oraz wspinaczkę w kopule szczytowej. Decyduję się na nocleg w schronie Britaniahutte, gdzie docieram po długim, ale bardzo malowniczym podjeściu z doliny Saas. Zupełnie nieuczęszczana ścieżka wije się zboczami, mijając liczne wodospady, a na koniec przecinając niewielki lodowiec Chessjen. Wokół schroniska sielanka - tłumek turystów, którzy przyszli tu z pobliskiej kolejki wypełnia jadalnię i kłębi się przed wejściem do budynku. Kilku młodych Szwajcarów biega boso po śniegu ku uciesze ogółu.

Zmęczony zasypiam około 18, budząc się około drugiej w nocy. O czwartej ubieram się, zakładam raki i wąską ścieżką schodzę na lodowiec Hohlaub. Ślady zespołu idącego przede mną omijają strefę szczelin, po czym wychodzą na grań. Tam wita mnie zimny wiatr i gęste chmury. Idę wolno, stopy bolą od wbijania w twardy śnieg, co jakiś czas z trudem próbuję "rzeźbić" w stoku przednimi zębami raków.

Około 3600 m wiatr staje się tak silny, że uniemożliwia normalny marsz, zmuszając mnie co chwila do zatrzymywania się. Przychodzą gęste chmury i ogarnia mnie piała pusta, w której nie widze nic poza czubkami własnych butów. Niebo i śnieg zlewają sie w jedno i boję się, że w tych warunkach nie dostrzegę pobliskich nawisów i potężnych uskoków w grani. Jest mi zimno, pojawiają się pierwsze myśli o odwrocie, jednak szczęśliwie odnajduję przełecz pod szczytem. Dalszą droge blokuje kilkudziesięciometrowy uskok skalny, który pokonuję wspinając się z liną.

Zakładam stanowisko na dole i szeroką rysą ze stopniami pełznę do góry. wyżej duże bloki skalne umozliwiają asekurację. Zakładam górny "stan" i już chcę zjeżdżać, gdy spod mojej liny ukazuje się wspinacz. Okazuje się, że na tą samą drogę wybrały sie trzy włoskie "tramwaje", a ich przewodnicy, nic sobie nie robiąc z wspianającego się człowieka, idą tą samą drogą. Bezslinie obserwuję jak nasze liny plączą się, gdy Włosi przechodza pod i nad moją żyłą, i pół godziny czekam , zanim dwa zespoły przejdą. Potem uwalniam linę podciagając sie na niej pokonuję kluczowe miejsce uskoku. Wyżej teren jest łatwiejszy, więc klnąc moich przygodnych towarzyszy na czym świat stoi omijam ich "na żywca" i docieram do szczytu. Pół godziny później schodzę łatwym już, północnym zboczem, w stronę Saas Fee.

Grań Mischabel

Tym razem moim celem jest przejście grani Mischabel - eksponowanego łańcucha skalnego, złożonego z czterech wierzchołków: Nadelhornu, Stecknadelhornu, Hohberghornu i Durrehornu. Grań biegnie na wysokości ponad czterech kilometrów, jest klasyczną drogą, jedną z piękniejszych w masywie Nadelhornu.

Ścieżka z miasteczka Saas Fee wspina się zboczem, które stopniowo przechodzi w strome żebro skalne. Jego kulminacją prowadzi via ferrata, droga ubezpieczona stalowymi linami, którą wspinam się ok. 500 m wyżej do schronu Mischabelhutte. Choc niezbyt trudne, podejście to zabiera mi mnóstwo sił - po raz kolejny okazuje się, że nie tylko same wspinaczki, ale i podejścia pod alpejskie drogi potrafią odebrać wszystkie siły. Tej nocy rozbijam namiot nad schronem, na wysokości około 3300 m.

Około czwartej, jeszcze przed świtem, budzi mnie człowiek idący na lodowiec. Przez cienką ścianę namiotu słyszę śmiech w jego głosie, gdy krzyczy przechodząc obok: "Morgen! Aufstehen!" Zrywam się, jem śniadanie i zwijam namiot, chowając go wraz z niepotrzebnym sprzętem między kamieniami. Przede mną widzę jeden z zespółów idących ku górze, na lodowiec Hohbalm. Mijamy obszar niebezpiecznych szczelin i wspinamy się na przełęcz w południowej grani Nadelhornu. Coraz silniejszy wiatr oznajmia nam, że na górze szaleje wichura i droga nie będzie łatwa. Trójka wspinaczay idąca niedaleko wyraźnie przystaje w miejscu, jej lider co chwila odpoczywa dysząc ciężko, wyraźnie ma problemy.

Na grani bardzo silny wiatr, który zbija z nóg i zmienia marsz w powolne pełznięcie. Co chwilę odpoczywam, osłaniając twarz od wichury, by móc oddychać. Zespół, który razem ze mną szedł przez lodowiec wycofuje się z powodu zimna i wyraźnego braku aklimatyzacji; dostrzegam ich poniżej, wracających przez lodowiec.

Grań jest stroma i w wielu miejscach oblodzona, pomału zdobywam wysokość, około 9 dochodząc do kopuły szczytowej. Czeka mnie kilkadziesiąt metrów dwójkowej wspinaczki przez skały i lód, po których wychodzę na wierzchołek. Widoków prawie nie ma, decyduję się na dalszą drogę granią Mischabel.

Ostrzem grani, w dużej ekspozycji, kieruję się na północ. Po lewej stronie skalista przepaść, po prawej – stromy stok lodowca usiany szczelinami. Po przejściu „powietrznego” odcinka staję na wierzchołku Stecknadelhornu (4241 m). Dalej grań staje się bardzo nieprzyjemna i krucha, oceniam, że na jej pokonanie zużyłbym sporą część dnia. Jak na złość we tej właśnie chwili nadchodzą kolejne gęste chmury i śnieg, radykalnie zmniejszając widoczość. Rezygnuję z przejścia dalszego odcinka, poprzestając – z żalem – na dwóch wierzchołkach, dalsza wspinaczka mogłaby jednak oznaczać przymusowy biwak gdzieś między skałami. Wracam na lodowiec Hohbalm, do miejsca biwaku i jeszcze tego wieczoru opuszczam masyw Nadelhornu.

Trawers Mont Blanc

3Po kilku wyjściach, które zapewniły mi odpowiednią aklimatyzację, przyszedł czas na najwyższy szczyt Europy. Planując tę wyprawę zamierzałem po prostu wejść na wierzchołek Mont Blanc, jednak już w trakcie wyjazdu naszedł mnie pomysł, aby spróbowac przetrawersować cały masyw, po drodze wchodząc na dwa mniejsze "satelity" Blanca - Mont Maudit oraz Mont Blanc du Tacul. Choć trudniejsze w realizacji, uznaję takie przejście za wykonalne pod warunkiem dobrej pogody. Postanawiam spróbować.

Ze Szwajcarii do francuskiego Chamonix przyjeżdżam kolejką "Mont Blanc Express". Noc spędzam wśród międzynarodowego towarzystwa (w tym polskiego) na kempingu w Les Houches. Nazajutrz wąskotorowa kolejka, wioząca tłumy turystów do podnóża Góry, dowozi mnie do mnie do stacji Nid d'Aigle, skąd jeszcze tego samego dnia wspinam się do schronu Aiguille du Gouter (3817 m), obok którego rozbijam namiot.

W drodze do schronu pokonuje się nieprzyjazne i potencjalnie niebezpieczne miejsce, jakim jest żleb u podnóża Aiguille du Gouter. Zazwyczaj wypełnia go śnieg, a jego dnem śmigają lawiny kamienne, czyhające na nieostrożnych wspinaczy idących bez asekuracji. W moim przypadku przejście żlebu oznacza uważny rzut oka ku górze i szybki marsz na drugą stronę. Tym razem miałem szczęście - pół minuty po moim przejściu gdzieś ze szczytu spada grad kamieni. Największe są rozmiarów trzydziestocalowych telewizorów...

Noc dłuży się nieprzespana. Silny wiatr targa namiotem, tak iż w pewnym momencie boję sie o los mojego lichego schronienia. Cienkie ścianki szybko pokrywają sie lodem i wystarczy nieznaczny ruch, bym strząsnął sobie mroźny pył na twarz. Lekkie szable śnieżne mojego pomysłu, które zaimprowizowałem z zapasowych stelaży, nie zdają tej nocy egzaminu, luźny materiał namiotu głośno łopocze na wietrze.

O drugiej w nocy wychylam sie z namiotu i ze zdumieniem widze rząd pięćdziesięciu światełek człapiących w stronę szczytu. Dołączam do tej pielgrzymki, ale widzę, że wiele osób nie radzi sobie z trudnościami prostego przecież podejścia - po zaledwie pięciuset metrach dostrzegam przewodnika rozmawiającego z klientem, któremu najwyraźniej odmarzają place. Nieco dalej mija mnie podobny zespół zawracający do schronu. Jest bardzo zimno i wietrznie, pogoda szybko weryfikuje słabości naszych organizmów. Po trzech godzinach ląduję w schronie Vallot, wśród głośnego tłumu wspinaczy. Wszyscy mają niewyraźne miny, zmęczeni siadają pod ścianami blaszanej budy i zagryzają zmęczenie batonikami energetycznymi. naprzeciwko mnie widze czterech turystów leżących pokotem pod ścianą i przez chwilę zastanawiam się czy nie umierają, tak bezwładnie i przypadkowo są ułożeni. Dłuższa obserwacja pozwala stwierdzić, że żyją, ale są przemarznięci i wykończeni z powodu słabych ubrań, niewyspania i ewidentnego braku aklimatyzacji. Pod ścianą, na pryczach, kilka osób zawiniętych w śpiwory, w których od razu rozpoznaję Polaków.

Tego ranka pogoda nie poprawiła się. Wiele zespołów po dotarciu do Vallota zawraca. Postanawiam odpocząć kilka godzin w tym miejscu, po czym zostawiam bagaże i na lekko ruszam w stronę wierzchołka. Wraz ze mną rusza Witek, który tę noc spędził w Vallocie, oraz Gosia, Marcin i Zbyszek, idący nieco za nami, w trójkowym zespole. Przez cały czas walczymy ze śnieżycą i gęstą mgłą. Grań Bosses, prowadząca na szczyt, nie jest trudna technicznie, ale złe warunki powodują, że wzmagamy czujność, gdyż wśród białej pustki nawisy i uskoki skalne są całkowicie niewidoczne. Gdy po dwóch godzinach docieramy z Witkiem na szczyt jesteśmy pełni wątpliwości - to tu? Najpierw we dwóch, a potem w piatkę, przez trzy kwadranse kręcimy sie wokół szukając najwyższego punktu na grani. Wreszcie stajemy mówiąc "To tu!". Kilka łyków herbaty, zdjęcia i uciekamy na dół.

4Resztę dnia spędzamy w schronie. Nazajutrz pogoda nie poprawia się. Dylemat - wracać czy zostać? Decyduję się czekać na zapowiadaną na kolejny dzień poprawę pogody. Jedzenia mam na jeszcze dwa dni - jeśli się poprawi ide na szczyt ponownie, jesli nie - schodze do Chamonix. Tymczasem ekipa Polaków jednogłośnie decyduje sie na zejście. Niestety - wracają po dwóch godzinach, nie mogąc odnaleźć we mgle drogi powrotnej przez Dôme du Gouter. Jesteśmy niemal odcięci od świata. Zła to prognoza dla mnie, ale coż robić? Mogę tylko czekać na koniec śnieżycy, mając nadzieję, że żywioły na zewnątrz poddadzą się zanim skończą sie zapasy... Tego wieczoru dociera do nas duża grupa Litwinów, skuszona dobrą prognozą pogody. W schronie robi się tłoczno, na zewnątrz pogoda nie wróży nic dobrego, a ja staram się zasnąć wciśnięty w kąt metalowego baraku, spychany z karimaty przez sąsiada, który chyba miał równie bezsenną noc jak ja.

Budzik wyrywa mnie z letargu o drugiej. Nie czekając na nikogo pakuję się i z ciężkim plecakiem wychodze na grań. jest zimno i wietrznie, ale chmury, które jeszcze kłębią się w dolinach, okazują sie rozpływać. Księżyc oświetla mi drogę gdy staję na początku podejścia. Potem jest już tylko monotonny rytm kroków, skrzypienie czekana wbijanego w śnieg i głośne bicie własnego serca. Czuję, że spełniło się moje wielkie marzenie - jestem na Górze całkiem sam, przy pieknej pogodzie, czekając na wschód słońca. Jakby w uniesieniu, niemal bez zmęczenia pokonuję najbardziej eksponowany odcinek grani i staję w najwyższym punkcie. Jak okiem sięgnąć wszystkie drogi prowadzą tylko w dół.

Na wschodzie niebo już jaśnieje, oświetlając szczyty i opływające je chmury, sceneria pode mną zmienia się z minuty na minutę. Obserwuję wzruszony panoramę wokół - przede mną wznosza się wierzchołki Mont maudit i Grandes Jorasses, w oddali nad horyzontem Matterhorn i Monte Rosa, a daleko na zachodzie - odległy masyw Écrins. W pewnej chwili jakaś chmura na horyzoncie przesuwa się i cały krajobraz zalewa ciepłe światło słońca. Spektakl światła, gór i obłoków był tak piękny, że nie sposób było oderwać od niego wzrok. Dach Europy obdarował mnie jednym z najpiękniejszych widoków jakie pamiętam, wartym całego wysiłku ostatnich tygodni.

5Na szczyt dociera ekipa Litwinów i inne zespoły podchodzące z obu stron Góry. Zostawiam ich na wierzchołku, po czym szeroką granią schodze na przełęcz Brenva, za którą wznosi sie ostra, pełna nawisów, grań Mont Maudit. Omijając niebezpieczne miejsca docieram do eksponowanego wierzchołka. kluczowe okazuje sie jednak zejście stromą, ścianą zachodnią. W pewnej chwili jeden fałszywy krok zamienia się w upadek. zaczynam zjeżdżać po stromym, oblodzonym zboczu, nabierając prędkości niczym pociąg ekspresowy. Odruchowo wbijam czekan i zatrzymuję się po kilku metrach. Tym razem skonczyło sie na strachu, ale konsekwencje zjazdu między szczeliny na lodowcu poniżej byłyby bardzo poważne.

Czeka mnie jeszcze strome zejście po lodowcu, za którym wychodzę na grań Mont Blanc du Tacul. W nogach i ramionach czuję już zmęczenie, mimo to udaje mi się wspiąć na strome skały kopuły szczytowej. Trzeci wierzchołek tego dnia, tak jak dwa poprzednie, obdarza mnie piękną pogodą, która utrzymuje sie cały dzień. Na lodowcu poniżej widzę dziesiątki zespołów, droga od tej strony jest już zakorkowana, znakomite warunki wywabiły z doliny istne tłumy. na szczęście dla mnie to już finał. Pozostaje tylko zejście niepewną ścieżką wśród pełnego szczelin lodowca na przełęcz Col du Midi. O 16.00, po trzynastu godzinach od startu, konczę trawers Mont Blanc w schronisku Aiguille du Midi.

Jestem szczęśliwy.

Masyw Breithornu

6Wznoszący się na południe od Zermatt szczyt Breithornu nie jest szczególnie trudny do osiągnięcia, jednak jego dalsze wierzchołki stanowią prawdziwe wyzwanie.

Pierwsze widoki nie zachęcają do wspinaczki - kolejka linowa z Zermatt wywozi turystów i narciarzy na 3800 m, skąd jedynie 360 m dzieli ich od wierzchołka. Gdy rozbijam swój namiot u stóp szczytu, na rozległym plateau Breithornu, długie tramwaje związanych linami przewodników i ich klientów ciągną w tamtą stronę. Dopiero około 18.00 chmury i wiatr wyganiają wszystkich z tej okolicy. Mogę wtedy, nie spiesząc się, w ciągu półtorej godziny wejść na wierzchołek i podziwiać efektowny zachód słońca nad Matterhornem. Najtrudniejszym momentem dnia okazuje się jednak przejście wąską „powietrzną” granią na Breithorn Środkowy.

Następnego dnia wychodze późno, bo około 9.00. Idę przez lodowiec Verra, ciągnący się po włoskiej stronie grzbietu, po dwóch godzinach docierając do stóp Castora i Polluxa. Dwa sąsiadujące ze sobą szczyty są najdalej na wschód wysuniętymi przyczółkami dużego masywu. Pollux, choć nieco niższy, okazuje się znacznie trudniejszy.

Podejście prowadzi z początku stromym kuluarem, w górnej części mocno zalodzonym, po czym skałami wyprowadza pod eksponowaną płytę. Droga prowadzi na niewielki balkon skalny kilkanaście metrów wyżej, gdzie właśnie utknęło w małym korku kilku Włochów. Podchodzę po płycie, jednak brakuje mi dobrego miejsca na postój, probuję więc wejść na zatłoczoną półkę. Jednak gdy tylko wystawiam głowę by tam wejść, jeden ze stojących tam wspinaczy wali mnie rakiem w czoło. Na szczęście dostaję tylko plastikową blokadą, kolce omijają moją czaszkę, niewiele jednak brakowało. Guz na głowie i przepaśc pod nogami uczą mnie ostrożności podczas wymijania dużych zespołów na drodze.

Za półką skalną zieje poteżna przepaś, której dna nie widać wśród mgły. Perspektywa lotu w pustkę nie zachęca, z braku liny wycofuję się i omijam kluczowy moment sąsiednim zboczem, tracę jednak dużo sił i czasu na próbie pokonania problemowego miejsca. Na szczycie Polluxa staję późnym popołudniem, w chmurach i przy zimnym wietrze. Mimo zmęczenia decyduję się na wejście jeszcze tego samego dnia na sąsiedni wierzchołek.

Castor okazuje się technicznie łatwiejszy, choć kilkusetmetrowa ściana południowo-zachodnia odbiera mi resztę sił. Zaskakują mnie też duże szczeliny w jej górnej partii, jedna z nich 20 metrów pod granią szczytową.

W drodze powrotnej idę sam przez pusty lodowiec Verra, już przy dobrej pogodzie i w promieniach zachodzącego słońca. Choć cztery wierzchołki masywu Breithornu okazały się dla mnie łaskawe, najlepszą pogodę otrzymuję od gór na pożegnanie, podczas zejścia na mój samotny biwak.

Monte Rosa

Z Zermatt dostałem się do podnóża lodowca Grenz, skąd ścieżka prowadziła do odległego o (podobno) dwie godziny schroniska Monte Rosa Hutte. Na górze wita mnie silny wiatr, wiejący od strony włoskiej. Wichura jest tak silna, że chwilami zatrzymuje mnie w marszu, wciakając w oczy tumany pyłu.

Powierzchnia lodowca jest wolna od śniegu, wszystkie szczeliny widać jak na dłoni. Mimo to co chwila gubię drogę, wchodząc w ślepe uliczki, klucząc lub całkowicie schodząc pomiędzy boczne moreny. Silny fen wiejący od wschodu odbiera siły i zasypuje piaskiem oczy. Kilka razy jestem już zdecydowany by zawrócić, jednak zawsze w takich momentach dostrzegam ślady lub przechodzących ludzi. W końcu zamiast po dwóch, staję pod schronem po pięciu godzinach. Rozbijam się około 200 metrów wyżej, mając w sąsiedztwie plac budowy nowego schronu, którego nieregularna bryła szpeciła całą okolicę.

Budzik nastawiam na drugą, jednak zmęczenie poprzednim dniem jest zbyt silne bym go usłyszał. Wstają o dziewiątej, wściekły, bo na wyjście jest o wiele za późno. Przenoszę jedynie mój biwak na skraj Obere Platje, w dolnej części lodowca Monte Rosa, na 3200 m. Mimo wieczornego deszczu prognozy na kolejny dzień także są znakomite, postanawiam spróbować.

7W tamtej chwili wiem, że do wyjazdu pozostały mi jedynie trzy dni. Góra na której się znajduję będzie więc moją ostatnią podczas tej wyprawy, gdyż na ostatni zaplanowany wierzchołek - Matterhorn - nie starczy mi czasu. Siedząc w namiociku na niewielkim plateau zastanawiam się jaką podjąć decyzję - iść na Dufourspitze czy wracać i atakować Matta? Ta druga możliwość wydaje się kusząca, jednak biorąc pod uwagę, że wszedłem już dość daleko w masyw Monte Rosy, dużo większe szanse mam właśnie tu. Postanawiam zostać i pozostałe trzy dni wykorzystać na atak na Dufourspitze oraz mniejsze szczyty masywu Monte Rosy - Zumsteinspitze, Parrotspitze i Signalkuppe.

Późną noca wychodze na lodowiec Monte Rosa. Początkowe podejście dość łagodnym zboczem zmia się nagle w nieprzyjemnie popękane pole szczelin. Próbuję wyminąć niebezpieczny obszar, ale obejścia nie ma, wszędzie pojawiają sie rozpadliny i popękane bloki lodowe. Zaczynają mnie mijać pierwsze idące z dołu zespoły, podobnie jak jak poszukujące drogi między szczelinami, jednak gdy próbuję iść ich śladem dostrzegam, że to co wziąłem za ścieżkę, jest w rzeczywistości zamaskowaną szczeliną! To, co dla dwójkowego zespołu jest jeszcze akceptowalnym ryzykiem, dla mnie staje się śmiertelnym zagrożeniem. Gdy wchodzę na coś, co zdaje się być stabilnym blokiem lodu, słyszę nagle gdzies w głębi pod sobą alarmujące chrupnięcie. Wschodzi słońce, mija mnie ostatni z kilku zespołów idących do góry, ale moja sytuacja nie poprawia się - przejścia przez tę część lodowca nie ma. Muszę zawrócić.

Gdy jednak zaczynam odwrót widzę, że nie wiem już którędy doszedłem do tego miejsca, a droga w dół oznacza dalsze kluczenie między ukrytymi rozpadlinami. Co kilka kroków lód pode mną odzywa się niepokojąco. Czuję się jak w pułapce. Ostatecznie, przechodząc dwa lub trzy lodowe mosty, staję na bezpiecznym gruncie. Zrozumiałem, że na szczyt nie wejdę sam. Słońce wznosiło się coraz wyżej, chmury odsłoniły wschodnią ścianę Matterhornu, a ja żałowałem trzech dni i straconej okazji.

Dom

Po nieudanym wejściu na Dufourspitze, do wyjazdu ze szwajcarii pozostały mi dwa dni. Postanawiam wykorzystać je na zdobycie Domu - najwyższej góry położonej w całości na terenie tego kraju. Wierzchołek ten słynny jest z burz, a także długich podejść, wymagających pokonania ponad 3 km przewyższenia. Zwłaszcza to ostatnie powoduje, że na szczyt o wysokości 4545 m docierają jedynie nieliczni.

Z miejscowości Randa w dolinie Matter, ścieżka prowadzi do kilkusetmetrowej skalnej ściany, która prowadzi wysiłkowa via ferrata. Po jej pokonaniu trafiam do schroniska Domhutte, gdzie spędzam noc. Około 3 w nocy pobudka i wyjście do góry. Z początku idę szybko wznoszącą się, kamienistą moreną, z której schodzę na lodowiec Festi. Teraz czeka mnie długie podejście na przełęcz Festojoh (3723 m), pod którą znajduje się jedno z kluczowych miejsc drogi – pięćdziesięciometrowy próg skalny. Po jego pokonaniu schodzę z przełęczy na lodowiec Hohberg i nim pod północną ścianę Dom.

Długie i monotonne podejście pół kilometra w górę szybko odbiera siły tym kilku małym zespołom, które tego dnia zaatakowały wierzchołek. Skromne towarzystwo dla mnie oznacza jednak radość z samodzielnego pokonywania drogi. Potężna północna ściana zdaje się nie miec końca, idziemy stromymi zboczami, omijając zdradliwe seraki czyhające po obu stronach ścieżki na nieostroznych. Na grani po szczytem znowu walka z wiatrem, a dla więszości z nas - także brakiem tlenu. Jeszcze kwadrans i staję na wyniosłym szczycie Domu. Wokół mnie jedynie niższe góry, a dokoła – wspaniały widok na całe Alpy Walijskie.

Mój trzynasty czterotysięcznik, ostatni podczas tej wyprawy, nie tylko wpuścił, ale i wypuścił mnie w jednym kawałku. Jeszcze tego samego dnia pokonuję trzykilometrowe zejście w dolinę, chcąc uciec przed nadchodzącą niepogodą. Nazajutrz, po dokładnie czterech tygodniach pobytu w Alpach, opuszczam góry.

8

Zakończenie

Jak podsumowac tę wyprawę? Trudno nawet zawrzeć w słowach to, czego dane mi było doświadczyć przez ten miesiąc. Plan ilościowy został zrealizowany, choć kilku szczytów zabrakło do pełnej satysfakcji. Ale czy sukces w górach można w ogóle zmierzyć kilkoma marnymi cyframi?

Trzynaście alpejskich szczytów okazało się bardzo łaskawych. Poznałem wspaniałe góry i jedne z najpiękniejszych miejsc jakie kiedykolwiek widziałem. Mam też nadzieję, że zdobyte doświadczenia zaprocentują w przyszłości w górach wysokich. Wyjazd stał się też inspiracją dla kilku innych projektów alpejskich, mam nadzieję - do zrealizowania za jakiś czas. Może niekoniecznie samotnie.

Żal mi Matterhornu i Dufourspitze. Żal także straconego sprzętu, zbyt słabego chwilami "spręża", odwagi czy straconych okazji. Mimo to wracam do Polski zadowolony. Góry zawsze będą, gdyby tylko czasu na nie było wiecej...

Kompletna lista zdobytych szczytów:
1. Bishorn (4153)
2. Weissmies (4023, granią południową)
3. Allalinhorn (4027, granią Hohlaub)
4. Nadelhorn (4327)
5. Stecknadelhorn (4241)
6. Mont Blanc (4807, granią Gouter)
7. Mont Maudit (4465, granią południowo-zachodnią)
8. Mont Blanc du Tacul (4248)
9. Breithorn (4164)
10. Breithorn Środkowy (4159)
11. Pollux (4092)
12. Castor (4223)
13. Dom (4545)

Strona Łukasza



Dziękuję wszystkim którzy przyczynili się do powodzenia tej wyprawy. Moim bliskim i znajomym jestem wdzięczny za wsparcie, patronującym redakcjom za życzliwe zainteresowanie całym przedsięwzięciem, Magdzie z HiMountain oraz Grzegorzowi ze Sklepu Podróżnika za pomoc w kwestiach sprzętowych. Dziękuję także wszystkim osobom napotkanym w górach, których wsparcia doświadczyłem na mojej drodze.

Special thanks to Mrs. Jeannine Venetz from Saas Grund for great hospitality and help.


Patronat medialny:

npm_logo

extremium_logo

egory_logo

geozeta_logo

aktywni_logo

kww_logo

logomin

26

AGH
Akademia Górniczo-Hutnicza
im. Stanisława Staszica
Wydział Geologii, Geofizyki
i Ochrony Środowiska
Katedra Geologii Ogólnej i Geoturystyki
al. Mickiewicza 30,
30-059 Kraków
link: journals.agh.edu.pl/geotour