Geoturystyka

Wyprawy - Górskie wyzwania

Aconcagua 2008 - śladami polskich podróżników

÷Ameryka, Argentyna, Andy, Aconcagua 

4 x A. Ameryka, Argentyna, Andy, Aconcagua 2008

"Są tylko trzy prawdziwe dyscypliny sportowe, walki byków, wyścigi samochodowe i alpinizm, reszta to tylko gry" (E. Hemingway)

Dzień ataku.
1Spoglądam po twarzach współtowarzyszy, widać po nich ogromne zmęczenie, 11 dni regularnego wycisku, który zafundowała nam góra, widać w każdym centymetrze ciała, brak odpowiednich posiłków, które dostarczają tak ważne kalorie, tak potrzebne do normalnego funkcjonowania, mróz i wiatr, który tnie powietrze z prędkością do 70km/h szarpiący nasze ciała jak marionetkami zrobił już swoje. Resztka woli walki, którą zachowaliśmy aby zdobyć Acconcahuac - Kamiennego Strażnika jak zwą miejscowi Aconcague każe nam szarpnąć jeszcze raz ciała i wejść na tą diabelska górę.

Warszawa - 3 miesiące wcześniej.
Zasiadam do komputera po obfitym śniadaniu aby przeczytać poranna pocztę. List od Magdy potwierdzający jej uczestnictwo w wyprawie na Aco nie jest niczym dziwnym. Twarda zawodniczka z Poznania nie zastanawiała się ani minuty gdy zaproponowałem jej w styczniu wyprawę na dach Ameryki Południowej. Skład kompletował się dość długo, na sam koniec jednak wypadła nam z listy Ania Czerwińska ale pewne sprawy pokrzyżowały jej plany. W ostatniej chwili dołączył do nas Michał. 3 miesiące załatwiania spraw, korespondowanie z agencjami mulników, załatwianie sprzętu, biletów, ubezpieczenia sprawiło, że zleciały jak z bicza strzelił. Pozostało tylko czekać na dzień wylotu.

Santiago - 14 dni wcześniej.
Lądujemy w stolicy Chile po 24 godzinach lotu bez większych przygód. Na odprawie celnej tylko Magdę dopadają labradory z sekcji narkotykowej, na szczęście to tylko zabronione wwozem jabłka ale słychać czasami o podrzucanych zakazanych towarach turystom.
Samo miasto zaskakuje czystością, bezpieczeństwem, mnóstwo policji i wojskowych, uśmiechniętymi obywatelami, na ulicach widać mnóstwo obejmujących się par, może dlatego, że styczeń to u nich pora wakacji, środek lata.
Nocnym autobusem przedostajemy się do Mendozy, miasta wypadowego w Andy w Argentynie. Lekkie "trzepanie" bagaży na granicy przypomina nam nie tak odlegle PRL-owskie czasy.
Mendoza - zaskakuje zielenią i kameralnym charakterem, choć to 700 tysięczne miasto. Zamieszkujemy w Independencii, rodzinnym hostelu z górskim klimatem.
Po załatwieniu permitów na atak szczytowy robimy zakupy żywności i gazu do naszych palników. Resztę czasu poświęcamy na zwiedzanie city zniszczonego doszczętnie 200 lat temu przez trzęsienie ziemi.

Los Penitentes - 12 dni wcześniej.
2Wieczornym busem dostajemy się do Los Penitentes, miejscowości wypadowej do doliny Horcones i Vacas, a także siedziby firmy Fernando Grajalesa zajmującego się transportem na mułach sprzętu do Plaza de Mulas i Plaza Argentina, baz pod Aco. My pójdziemy Puerta de Vacas, drogą dłuższą ale zdecydowanie ciekawszą obfitującą w więcej zieleni, potoki i wodospady. I na dodatek dużo spokojniejszą, dziennie przemierza ją ok. 20 osób, gdzie przy Horcones i 200 osobowych pielgrzymkach to oaza spokoju.
Słońce pali niemiłosiernie i już po paru godzinach widać, że mimo kremów będą poparzenia. Po drodze spotykamy stado mułów pasących się swobodnie bez opieki. Są zbyt zadbane aby były dzikie. W Papa Lenias (2800m) gdzie stajemy na pierwszy nocleg okazujemy pozwolenia strażnikom parku, w zamian dostajemy worki na śmieci, które przy wyjściu z parku musimy zdać. Wieczór mija wesoło, poznajemy jeszcze parę ekip polskich, które to zdecydowały się wchodzić drogą którą 74 lata wcześniej wytyczyli nasi rodacy (Narkiewicz, Ostrowski, Osiecki).
Rano skoro świt zrywamy się i rozległym korytem rzeki idziemy do Casa de Piedra na 3200m. Susza, która tego roku nawiedziła te rejony, pozwala zaoszczędzić nam drogi bo rzeka i potoki dają się pokonywać bez omijania ich szerokim łukiem. Mijamy po drodze kości mułów, nieszczęśnicy skończyli swą karierę pewno łamiąc nogi podczas pokonywania tej trudnej drogi. Nagle niespodziewanie u kresu popołudniowej wędrówki miedzy dwoma górami ukazuje się nam po raz pierwszy - Aconcagua, w blasku zachodzącego słońca stała w pełnym majestacie ośnieżona przy wierzchołku, piękna a zarazem straszna jakby znała swoja wartość i ostrzegała następnych śmiałków przed sobą.

7 dni wcześniej.
3Tym razem jeszcze po ciemku wychodzimy do bazy. Musimy przeprawić się przez rzekę i to w paru miejscach. Niektórzy w klapkach, niektórzy na bosaka a niektórzy skacząc niby jak zające przeprawiają się może w niegłębokiej ale rwącej i zimnej wodzie. Zaczyna się ostre podejście. Coraz więcej przystanków, żar z nieba, pot leci ciurkiem po plecach, góra, dół, góra, dół, obsuwające się kamienie nie ułatwiają sprawy a do tego wysokość 4000m, tlenu coraz mniej... mijający Anglik na pytanie czy daleko do celu pokazuje następny pagórek mówiąc "home, sweet home my friend :)". Rozbijamy obozowisko, jest nas tu 18 Polaków. Spotykamy Michała, który koczuje już tutaj od 2 dni. Zatykam na szczycie namiotu polską flagę, od razu jakoś przyjemniej. Duma nas rozpiera ale będzie jeszcze większa jak zatkniemy ją na 6963m. Robimy badania lekarskie, saturacja 85, bicie serca 115, wszystko w normie na tej wysokości.

6 dni wcześniej.
4Z bazy PA wnosimy trawersem do camp I na 5100 depozyt w postaci jedzenia i gazu. Droga wiedzie lodowcem pomieszanym z piargami, mnóstwo usypujących się kamieni, uskoków, zamarzniętych szczelin, popękanych lodów na zamarzniętych jeziorkach. Ostatni fragment wiedzie po piargach i na wpół zamarzniętym potoku. Spotykamy Michała, który od wczoraj już się tutaj aklimatyzuje. Słońce smaga po twarzach że nie idzie wysiedzieć. Każdy za parę tysięcy złotych może pokusić się o zdobywanie Aconcaguy. Odmrożenia i poparzenia są w cenie. Schodzimy z powrotem do bazy. Na dole lekkie krawieckie zabiegi. Magda klei popalony śpiwór a ja ceruję spodnie w kroku.
Następnego dnia zwijamy obozowisko i w górę do camp I. Ta sama droga, idzie się znacznie lepiej, aklimatyzacja działa choć i tak każda czynność wymaga wiele wysiłku, nawet przy założeniu butów człowiek sapie jak lokomotywa. Rozbijamy obóz w camp I. Przychodzi Michał z brzoskwiniami w puszce, smakują nieziemsko.

4 dni wcześniej.
Dzień wnoszenia depo do camp II. Cały ten himalajski system jest trochę denerwujący, Wygodnie tym co maja szerpów, tragarzy. Po pół godzinie dopada nas zawieja, śnieg sypie jak z wywrotki. Na pewnych odcinkach przydałyby się raki bo droga wiedzie po lodowym zboczu. Jak na razie najgorszy dzień wyprawy. Chętnie zostawiłoby się depo gdzieś pod kamieniami ale skoro inni idą to trzeba zagryźć zęby i do przodu. Inni pewnie myślą podobnie...W końcu w całej tej zadymce dostrzegam namioty obozu drugiego. Nie jest ich za wiele ale to na pewno tu. Pomagamy Michałowi rozbić namiot którym wiatr szarpie jak żaglem i szybko w dół. Droga powrotna mija szybko, śnieg który napadał amortyzuje kroki lecz ani na chwile nie rozluźniamy uwagi. Nasz namiot wygląda jakby przebiegł po nim Yeti, naszych sąsiadów są podobne, to skutki krótkiej nawałnicy. Padamy w namiotach ale szalejąca tej nocy burza śnieżna nie pozwala za bardzo pospać Nikt nie mówił że będzie łatwo...
Następny dzień przeznaczamy na odpoczynek, suszymy ciuchy, buty, pełna regeneracja organizmów, wsypujemy w siebie tony jedzenia. Dziś na zmianę to słonce i żar, to znowu czarne chmury i sypie, jak w kalejdoskopie. Pakujemy resztę gratów i spać, jutro zwijamy obóz i w górę do camp II. Dołącza do nas Rafał z Zawiercia. Wychodzą tez z depo Lucek, Monika, Magda, Adam, Paweł i Gosia choć całą noc bolał ją ząb, brawo za wolę walki.
Historia znowu się powtarza, zamieć śnieżna w obozie II. Ledwo rozstawiamy namiot. Pod wieczór dochodzą jeszcze Ilona i Przemek. Udostępniamy im na noc namiot bo warunki są nie do schodzenia a sami śpimy u Michała. Szarpie namiotami całą noc.

Dzień ataku.
5Wiatr szarpie namiotem niemiłosiernie, Magda mówi coś o przełożeniu ataku na inny dzień ale dochodzące z innych namiotów odgłosy szykowania się do wyjścia każą zapomnieć o zmianie planów. Gotujemy wodę na herbatę natopioną wczoraj ze śniegu. Ostatnie sprawdzenie sprzętu i w drogę. Wychodzimy najpóźniej bo o 6.30. Jest ciemno. Włączamy czołówki i oświetlając ścieżkę wydeptana przed chwilą przez naszych kolegów kierujemy się pod Lodowiec Polaków gdzie dalej trawersem ku obozowi III na 6200m. Już ta droga zabiera nam dużo sił. Na wysokości 4500m n.p.m. godzina rozmowy jeżeli chodzi o utratę kalorii porównywalna jest z pół godzinnym joggingiem na poziomie morza, nawet czytanie i spanie powoduje dużą utratę kalorii, nogi zapadają się po kolana w śniegu, wiatr wieje w twarz. Po godzinie mijają nas wracający 3 Amerykanie, jeden z ich kolegów dostał choroby wysokościowej, góra okazała się dla nich niełaskawa. Już o świcie dochodzimy do Białych Skał skąd już blisko camp III.
Wiatr ucicha. Wschodzące słońce momentalnie zaczyna operować, robi się gorąco, ściągamy puchowe kurtki ale na tej wysokości niewiele to pomaga. Przed nami idzie ok. 20 osób, którzy atakują od Berlina (5850 m), obozu z drogi przez Plaza de Mulas (4300 m). Odliczam kroki do 100 i stop. Regulacja oddechu, i tak w koło . Wraz ze wzrostem wysokości zmniejszam liczbę odliczanych kroków, coraz ciężej łapać rozrzedzone powietrze. Doganiamy naszą trójkę znajomych. Na grani nad obozem III krótki odpoczynek. Wśród atakujących słychać języki z całego świata, od japońskiego, poprzez słowiańskie i germańskie a na miejscowych skończywszy. Uzupełnienie płynów, jakiś baton czekoladowy i znowu trzeba się podnieść. Mijamy drewniany domek przy Independencji (6300 m), schronienie dla 3, 4 osób na wypadek załamania pogody.
Przed nami osławiony żleb Canaletta, każdemu pot leci ciurkiem choć mróz nie odpuszcza. Wymieniam parę słów z Masą, japończykiem który pozuje do zdjęcia przy nawisie, gdzie większość atakujących górę zostawia swoje plecaki. Dochodzi 15. Podobno jeszcze godzina, jeszcze!, aż! O tej godzinie słyszę już od południa. Liczba kroków między odpoczynkami zmniejszyła się do 30.

Zdejmuję sweter puchowy i tylko rozsądek nakazuje mi nie zdejmować koszulki z długim rękawem i czapki, żar z nieba, skwar jak na pustyni połączony z maksymalnym wysiłkiem ogranicza moją liczbę kroków do 10. Ostatnie 200 metrów jest katorgą ale dochodzące z góry okrzyki zwycięstwa podrywają człowieka do jeszcze jednego zrywu. W końcu jest.

6

Upragniony, wymarzony szczyt. Aconcagua zdobyta. Przez pierwsze parę minut nie dochodzi to do nas, rozglądamy się w około nie wierząc ze to już koniec naszej wspinaczki. Razem z nami jest parę osób, niektórzy reagują okrzykami, niektórzy całkowitą ciszą, jedno jest pewne, radość pokonania nie tylko góry ale i samego siebie, swoich słabości jest wielka. Seria zdjęć. Świadomość jednak że jeszcze trzeba zejść nie pozwala nam na długi zachwyt. W powrotnej drodze spotykamy naszych znajomych, jeszcze chwila i oni tez będą świętować. Na drogę powrotna też trzeba zostawić spory zapas sił, błąd może kosztować w najlepszym wypadku siniaki i zadrapania a w najgorszym śmierć. Moment kiedy lądujemy w namiocie z uczuciem zwycięstwa jest błogim stanem. Sam szczyt i moment jego zdobycia jest wspaniały ale droga do niego prowadząca jest najistotniejsza, ciężka, wymagająca dużej pracy, wytrwałości, potu i wyrzeczeń, ale jakże satysfakcjonująca.

Statystyki wyjazdu:
72 razy helikopter zabierał z bazy PA turystów z obrzękiem płuc, 4 turystów zabrał na ich wyraźne życzenie, zrezygnowali po 5 dniach wyjścia z Los Penitentes, 24 osoby nie dotarły wcale do Camp II (5800m) a to tylko te dane widziane na żywo od strony PA, co się dzieje od Plaza de Mulas gdzie średnio jest 10-krotnie więcej chętnych na przygodę tylko można sobie wyobrazić. Średnio szczyt zdobywa 30% atakujących. Rokrocznie na Aco ginie więcej turystów niż na wszystkich 8-tysiecznikach razem wziętych. Nie piszę tego po to aby kogoś wystraszyć ale góry to nie żarty i trzeba się do nich solidnie przygotować.

Na koniec chciałbym dodać aby każdy z nas stawiał sobie coraz wyżej poprzeczkę, nie tylko związaną z górami i podróżami ale i tą zawodową, i tą związaną z pasjami życiowymi bo tylko tak kiedyś będziemy mogli śmiało spojrzeć w tył i wspomnieć nasze życie i śmiało powiedzieć, że nie żałowało się jego ani jednej minuty. Niech każdy z nas wierzy mocno w swoje marzenia, nie tylko te związane z podróżami, z pracą ale i te zwykłe, malutkie bo jeżeli naprawdę mocno w nie wierzymy to na pewno się spełnią. Trzymam kciuki za Was i za nie wszystkie. Do szybkiego... 

26

AGH
Akademia Górniczo-Hutnicza
im. Stanisława Staszica
Wydział Geologii, Geofizyki
i Ochrony Środowiska
Katedra Geologii Ogólnej i Geoturystyki
al. Mickiewicza 30,
30-059 Kraków
link: journals.agh.edu.pl/geotour