Geoturystyka

Wyprawy - Górskie wyzwania

Chan Tengri. Relacja z wyprawy

÷Azja, Kirgistan, Góry Tien-Szan

1 Pierwsze wieści o wyprawie w Tien Szan pojawiły się w Klubie Wysokogórskim prawie rok temu. Pierwotny plan zakładał zdobycie szczytu Chan Tengri drogą poprzez Marmurowe Żebro. Chan Tengri leży w rejonie Piku Pobiedy (7439 m) i mimo sporów o jego wysokość jest zaliczany do klasy siedmiotysięczników. Najnowsze pomiary pokazują, że ma on 6995 m, ale na wielu mapach można znaleźć wysokość 7010 m. Najbardziej obleganą drogą jest oczywiście klasyczna, ale jest też słynne Marmurowe Żebro, pokonane dopiero w latach osiemdziesiątych. Jest to śliczne, ale trudne skalne żebro wiodące na sam wierzchołek, a zaczynające się powyżej 5500 m. Można do niego dotrzeć długim i niezbyt przyjemnym trawersem, albo pokonując ścianę czołową Chana ...

Początek wyprawy wyglądał tradycyjnie. Zebranie na warszawskim Dworcu Centralnym na peronie którymśtam. Komplet załogi, prawie każdy przydźwigał po dwa bagaże, pewnie około 50 kilogramów na głowę. Załadowaliśmy wszystko sprawnie do pociągu i pojechaliśmy.

Od Moskwy dzieliło nas 21 godzin jazdy pociągiem. Czas płynął całkiem zwinnie. Na dodatek w okolicach Brześcia załadowało się mnóstwo wszelakiej maści przekupek oferujących gotowaną kuricę, kartoszki, piwo, wódkę i oczywiście szampanskoje. W razie braków w podręcznym barze roznosicielki błyskawicznie leciały do domów po świeżą dostawę. Pełna obsługa. Nie omieszkaliśmy skorzystać z uprzejmości gospodarzy...

Potem kilka godzin czekania w Moskwie na małym skwerku, długa przejażdżka dziwnie znajomym metrem, autobus i już byliśmy na lotnisku. Po krótkich machlojkach z nadbagażem, załadowaliśmy się na pokład Tu-134. Cztery godziny później gładko wylądowaliśmy w stolicy Kirgistanu, Biszkeku, dawnym Frunze. Stąd zostaliśmy sprawnie przejęci przez Birjukowa, właściciela biura, które wcześniej zatrudniliśmy przez Internet. Prosto z lotniska autobus zawiózł nas do miejscowości Karakol. Przejażdżka trwała prawie cały dzień. Po drodze zapewniano nam jedzenie w jurtach albo na kirgizkich bazarach. Zakupiliśmy również dwa niesamowicie słodkie arbuzy po dolarze za sztukę, które błyskawicznie zniknęły w naszych żołądkach. Karakol znajduje się już tylko jakieś 100 km od bazy wojskowej w Majdaadyrze, kolejnego przystanku na drodze do celu. 100 kilometrów po drodze często bez asfaltu, przez kilka przełęczy, w tym jedną około 3800 metrów, w pojeździe terenowym na twardym zawieszeniu w całkiem sporym ścisku... Ale wieczorem byliśmy już w Majdaadyrze. Baza wojskowa znajduje się na poziomie około 2000 metrów, w przepięknej okolicy górskiej. Od bazy na lodowcu, tej pod Chanem, dzieliło nas niecałe 100 kilometrów. Można je pokonać helikopterem w jakieś pół godziny, albo piechotą w ... 3-4 dni. W Majdaadyrze zostaliśmy poddani gruntownej kontroli paszportowo-papierkowej, w której wyszło na jaw, że niektóre numery paszportów są nieprawidłowo wpisane w papiery....

Ranek. Osiem osób zdecydowało się na lot helikopterem. Dwie, czyli Marcin i ja, postanowiły pójść. Niestety wskutek pomyłki w papierach nie udało się naszej dwójce wyruszyć w górę z samego rana. Ale nie ma tego złego... Jeden z Kirgizów zaproponował nam jazdę na koniach pod czoło lodowca... jakieś 40 kilometrów. A koło 11-tej mocno skacowany po nocnej libacji naczelnik bazy wojskowej w końcu nas puścił. Ekipa rozdzieliła się.

2 Wieczorkiem po wielu wrażeniach nocleg niedaleko od czoła lodowca. Następne dwa pełne dni szybkiego i dosyć wyczerpującego marszu po lodowcu. Do celu dotarliśmy wieczorem trzeciego dnia. Znaleźliśmy resztę zespołu. Większość cierpiała już z powodu wysokości, baza znajdowała się na poziomie 4000 metrów. Następnego dnia całą dziesiątką poszliśmy na rekonesans i zdjęcia pod celem naszej wyprawy - Chanem. Czołowa ściana prezentowała się naprawdę imponująco, a Marmurowe Żebro zatykało dech w piersiach. Okazało się, że na Marmurowym w tym roku są bardzo kiepskie warunki śnieżno lodowe i wyjątkowo kiepska asekuracja. Ściana... hmmm... wyglądała wyjątkowo groźnie... Decyzja zapadła: najpierw próbujemy drogą klasyczną, a potem zobaczymy. Nie każdy był zadowolony, ale wejście drogą klasyczną na początek wydawało się (i słusznie jak się potem okazało) jedynym sensownym rozwiązaniem. Powstały różne koncepcje aklimatyzacji. Niestety kuluar, który rozpoczynał drogę na Chana był bezpieczny jedynie w nocy lub nad ranem. Z sąsiedniego Czapajewa bowiem ciągle leciały lawiny. Naprawdę nieprzyjemne miejsce i niewielu z nas chciało przechodzić je kilka razy. Ekipa po raz kolejny podzieliła się. Doktor z Prezesem chcieli zaaklimatyzować się na okolicznych pięciotysięcznikach, Marcin i ja zdecydowaliśmy się na rozpoczęcie wejścia na Chana już następnego dnia i aklimatyzację powyżej paskudnego kuluaru, a reszta ekipy wahała się, która idea jest lepsza...

3 Marcin obudził mnie jak zwykle o szóstej rano. Szybko zjedliśmy śniadanie i we dwóch wyruszyliśmy. Dźwigaliśmy ze sobą jedzenia na 10 dni, namiot, kilka niezbędnych ubrań, krótkofalówki, łącznie pewnie około 15-20 kilogramów na głowę. Pierwszego dnia wolno przeszliśmy sobie przez lodowiec i rozłożyliśmy namiot w obozie I na 4200 metrów. Wieczorkiem popatrzyliśmy w górę kuluaru... nie wyglądał już tak groźnie, a otuchy dodawała wyraźna transzeja. Położyliśmy się pełni optymizmu spać. Ale jak to złośliwie czasem bywa, w nocy sypał śnieg. Ślady przysypało, a ponadto czekało nas torowanie do samego obozu II. Wyruszyliśmy około 4 rano, chcąc jak najszybciej przebrnąć przez ten piekielny kuluar. Niestety po ciemku ciężko było znaleźć drogę wśród szczelin. W końcu po godzinnych poszukiwaniach zmuszeni zostaliśmy do postoju. Trzeba było poczekać, aż się trochę rozwidni.... Wkurzeni dosyć zdrowo usiedliśmy na plecakach i czekaliśmy... żeby się przekonać, że szczeliny, przy której czekamy nie da się tak łatwo obejść i trzeba ją przeskoczyć. Co po krótkim wahaniu uczyniliśmy. I potem już grzaliśmy do góry byle pokonać kuluar przed dziewiąta. O tej bowiem godzinie słońce zaczynało grzać Czapajewa i ruszały lawiny. Ciężkie plecaki, torowanie drogi w głębokim śniegu oraz wysokość robiły swoje. Posuwaliśmy się coraz wolniej, by na koniec ujrzeć kilka namiotów stojących w obozie II (5100 m.). Ale nie daliśmy rady... Zostało jeszcze ze 100 metrów, a my nie mieliśmy siły się ruszyć. Dogonił nas potem zespół rosyjski, który szedł po naszych śladach i przetorował ostatnie metry. Nareszcie, po niespodziewanie długim dniu, w obozie drugim...

4 Noc znowu nie była przyjazna. Nie dość, że męczył zwyczajny w tych okolicznościach ból głowy, to jeszcze sypało w nocy. Spaliśmy ze świadomością, że znowu czeka nas torowanie... Jednak wiele w nocy śniegu nie napadało... przyprószyło w ciągu dnia. Jeszcze do tego doszła mgła i czasem mieliśmy problemy (na prostym przecież podejściu) ze znalezieniem drogi. Znowu po długim dniu znaleźliśmy się w obozie III (5800), niecałe 100 metrów pod przełęczą. W bazie zostaliśmy poinformowani, że w obozie trzecim znajdują się wygodne i duże pieczary śnieżne, zatem namiotu nie braliśmy. Ale na szczęście wzięliśmy łopatę. Pieczary oczywiście zniknęły pod grubą warstwą śniegu, a inne zespoły które myślały tak samo jak my, zajęte były wykopywaniem nowych jam, albo pogłębianiem tych, które szybko wykopali poprzedniej nocy. Ledwo się ruszałem. We łbie mi huczało, tchu brakowało w piersi, a każdy ruch wymagał dużego wysiłku. Nie przeszkodziło mi to w zjedzeniu sutego posiłku, który potem mocno dał mi się we znaki. Marcin się powstrzymał. Na szczęście w obozie nocowali już poprzedniej nocy w celach aklimatyzacji bracia Czesi. Schodzili do obozu drugiego, zatem odstąpili nam swoją trochę przyciasną jamę. Zostawili też sprzęt, bo mieli zamiar w najbliższym czasie atakować szczyt... Otrzymaną w spadku pieczarę poszerzyliśmy i pogłębiliśmy, tak że nocleg był w warunkach nadzwyczaj komfortowych. Rano jeszcze trochę posiedzieliśmy pod przełęczą podziwiając grań Chana, która mieliśmy niedługo podążać. Szczyt wyglądał prześlicznie, ale jednocześnie groźnie... trójkątny i samotny... A potem zeszliśmy do obozu drugiego. Zdecydowaliśmy się następnego dnia założyć obóz na 6100-6200="ltr">   6100-6200 end_of_the_skype_highlighting, ponad przełęczą i stamtąd atakować wierzchołek. Po jednej nocy na niecałych sześciu tysiącach nie byliśmy jeszcze wystarczająco zaaklimatyzowani, ale postanowiliśmy spróbować. W międzyczasie z dołu przyszli Kopyś z Piotrkiem w celach aklimatyzacyjnych. Przynieśli namiot szturmowy. 

5 Rano, nasz namiot, jako że był duży i przestronny zostawiliśmy w obozie drugim do powszechnego użytku, zabraliśmy szturmowy i wyruszyliśmy do góry. Tym razem już po śladach (jak miło się szło!) i przy grzejącym słońcu, które uparcie wysysało z nas wodę i siły. Doszliśmy do przełęczy, gdzie znów poczuliśmy wysokość. Doczłapaliśmy się na 6100 i znaleźliśmy jakąś platforemkę pod nasz nowy dom. Byliśmy na grani, wiało całkiem porządnie, a w głowach huczało. Platforemka nie zapewniała nawet minimum wygody. Po długich, powolnych przygotowaniach wpełźliśmy do ledwo (jak nam się wydawało) stojącego namiotu i w warunkach skrajnie niekomfortowych coś upichciliśmy. Ciężko było w środku leżeć... zastanawialiśmy się nawet przez moment, czy nie spać siedząc. Ale w końcu znaleźliśmy jakieś rozwiązanie, nawet udało nam się wyprostować nogi i zasnęliśmy. W nocy obudziła mnie wichura i śnieżyca prosto w nas waląca. Marcin spokojnie chrapał, a ja już resztę nocy spędziłem na zastanawianiu się kiedy nas zdmuchnie w przepaść. Do środka nawiało tony śniegu, zasypało nasze plecaki, skorupy, śpiwory.... Budzik zadzwonił o 4 rano. Przez następne trzy godziny czekaliśmy aż wichura przycichnie, leniwie topiliśmy śnieg. Nie chciało się nam wychodzić... Ale wyszliśmy...

6 Chan jeszcze tonął w porannym cieniu. Zaraz nad naszym prowizorycznym obozem zaczynały się poręczówki. Nad podziw szybko zdobywaliśmy kolejne metry. Nie było żadnych śladów, wyglądało na to, że idziemy pierwsi, albo jedni z pierwszych w tym sezonie. Za nami, spod przełęczy wystartowały jeszcze dwie osoby. Jak się potem okazało, Rosjanie. Poręczówki były, o dziwo, w całkiem dobrym stanie. Ale i tak im za bardzo nie ufaliśmy. Pełni optymizmu dotarliśmy pod dwudziestometrowy kominek, który jak sądziliśmy oddziela nas od szczytu. Po drodze jeszcze pojawiło się słońce, wyszło dokładnie znad wierzchołka Chana... Coś niesamowicie pięknego... Wbiliśmy się w komin. Byliśmy pewnie na jakiś 6700 metrach. Dopiero teraz dała o sobie znać nasza niepełna aklimatyzacja. Nasze ruchy stały się niebezpiecznie powolne, co kilka kroków robiliśmy odpoczynek. Zaraz po tym jak wyszliśmy ponad komin dogonił nas jeden z dwóch Rosjan. Drugi zawrócił. Czas gonił i co pewien czas nerwowo spoglądałem na zegarek. Ale parliśmy do góry. Kilka kroków i kolanami w śnieg. Szybkie, urywane oddechy, które nie zapewniały wystarczająco dużo tlenu, znowu na nogach, kilka kroków i znowu w śnieg.... Wlekliśmy się i wlekliśmy. Kolejne 70 metrów do góry zabrało nam prawie 2 godziny... Ale przełęcz była blisko. Dotarliśmy do niej i... okazało się, że jeszcze została do pokonania stroma ścianka. Wbiliśmy się w nią pełni nadziei, że szczyt jest tuż, tuż. Na dole zbierały się chmury, słońce schodziło coraz niżej... Wyszliśmy nad ściankę.... Przed sobą zobaczyliśmy długą, prawie poziomą śnieżną grań i w oddali szczyt. W Tatrach grań może na jakieś 15 minut marszu, jak nie mniej. W naszym obecnym tempie... Nadeszła 16-ta, godzina kontaktu z bazą. Usiedliśmy z Marcinem, czekaliśmy aż baza się zgłosi, a w głowie szalała niepewność: o której będziemy na szczycie, czy w ogóle damy radę tam się dowlec, a jak już wejdziemy to czy damy radę zejść. Pierwsze głosy kolegów z bazy nie były optymistyczne... zostawili decyzję nam. Rosjanin wyprzedził nas i dalej dzielnie napierał... Był kilkanaście kroków przed nami, w naszych realiach pewnie jakieś 10 minut drogi. Poszliśmy za nim. Prawie dwie godziny... kilka kroków... upadek na kolana... głowa nisko do dołu, oparta o dziabę, by móc chwycić oddech... na nogi... znów kilka kroków. Po pewnym czasie, patrzę jak grań staje się coraz szersza, potem wypłaszcza się i potem nagle... zobaczyłem, że jestem na najwyższym punkcie... przewróciłem się ze zmęczenia. Ledwo co wstałem. Nagle poczułem, że na szczycie potwornie wieje... dopiero po chwili dotarło do mnie, że jestem na górze... euforia wdarła się w otępiały mózg. Rzuciliśmy się całą trójką w ramiona. Niestety, na wierzchołku nie dało się długo wytrzymać. Zaczęliśmy szybkie zejście. Przed nami śnieżna grań przecięta naszymi śladami, pod nami chmury zalegające nad całym lodowcem, wokół nas bezchmurne niebo i błyszczące szczyty okolicznych sześciotysięczników, a do tego wszystkiego powoli zachodzące słońce... eh, warto dla takich chwil się pomęczyć...

7 Przy zejściu przez cały czas używaliśmy poręczówek. Już nie zastanawialiśmy się, która może puścić. Szliśmy jak najszybciej, by zdążyć przed nocą... Totalnie wyczerpani dotarliśmy do namiotu dopiero po jedenastej w nocy. Wpełźliśmy w oblodzone śpiwory, wysypaliśmy ze środka trochę śniegu, ugotowaliśmy herbatkę. Prawie nieprzytomni poszliśmy spać nie zwracając uwagi na zamarznięty namiot, zimno, śnieg i rozkręcającą się wichurę.

A rano wolnym krokiem dowlekliśmy się do obozu drugiego. Spędziliśmy w nim cały dzień i nazajutrz zeszliśmy już wcale nie tak nieprzyjemnym kuluarem na dół. Po drodze spotkaliśmy kilku naszych, którzy szli do góry. Około godziny ósmej rano dotarliśmy wymęczeni, ale zadowoleni do bazy.... Dzień później przyszło załamanie pogody. Trzy dni nieustannie sypał śnieg. Cały lodowiec, baza i oczywiście nasze namioty zostały przysypane grubą białą warstwą puchu. Kolejne dwa dni trzeba było czekać, by śnieg trochę się stopił. Pierwszy raz byłem w górach wysokich i właśnie zdobyłem mój pierwszy siedmiotysięcznik. Do Marcina przyjechał partner, z którym wybierali się na Pobiedę, reszta naszej ekipy nadal szturmowała Chana, nie miałem już co robić w bazie i samotnie zszedłem na dół, by zwiedzać Kirgizję...


Termin: 15.07.2001 - 17.08.2001


Skład:
Michał Ziółkowski (Ziółek vel Doktor) - kierownik wyprawy, a także jedyny lekarz
Artur Paszczak (Prezes) - prezes KWW incognito
Mariusz Wilanowski (Wilan) - redaktor naczelny biuletynu A0
Jarosław Dubczyk (Lemur) - trzeba posłuchać jego żartów
Andrzej Dutkiewicz (Duduś) - na pewno nie nowicjusz w tym regionie (i nie tylko oczywiście)
Piotr Bucki (Bucek) - nie tylko wspinacz ale i zapalony fotograf
Tomek Kopyś (Kopyś) - ciągle ze swoją kamerą
Piotrek Jankowski - najmniejszy, a jadł, jadł i jadł
Marcin Kaczkan - jeden z najświeższych nabytków KW, już kiedyś szturmował Pik Pobiedy
Piotr Morawski - najmłodszy uczestnik i autor poniższego tekstu
Osiągnięcia: dwóch na szczycie drogą klasyczną (Marcin Kaczkan i Piotr Morawski)


26

AGH
Akademia Górniczo-Hutnicza
im. Stanisława Staszica
Wydział Geologii, Geofizyki
i Ochrony Środowiska
Katedra Geologii Ogólnej i Geoturystyki
al. Mickiewicza 30,
30-059 Kraków
link: journals.agh.edu.pl/geotour