Geoturystyka

Wyprawy - Górskie wyzwania

Monte Rosa - wyprawa w najwyższy masyw w Alpach

÷Europa, Włochy, Monte Rosa (Val de Aosta)

1 Nasza najbliższa wyprawa to wyjazd w najwyższy masyw w Alpach - Monte Rosa. Mówię nasza, bo jadę ze swoją stałą ekipą, z czego bardzo się cieszę. Wszyscy wiedzą, że najwyższym szczytem w Alpach jest Mont Blanc, ale pozostałe góry tego masywu są znacznie niższe niż szczyty Monte Rosy. Grań Monte Rosy przebiega bardzo wysoko (od Breithorna 4160 m, Roccia Nera 4075 m, Polluce 4091 m, Castore 4221 m, Piramide Vincent 4215 m, Ludwigshohe 4342 m, Gnifetti 4554 m, Zumstein 4563 m, z kulminacją na Dufor 4634 m).

Wyprawa w ten rejon Alp pozwoli nam wspinać się, oraz postawić bazę na dużej wysokości. Bardzo mi zależy na tym, by nocować jak najwyżej (ok 4500m) ponieważ organizm "pamięta" wysokość na której już przebywał i kiedy pojedzie się ponownie w wysokie góry to wszyscy lepiej i szybciej się adaptują do wysokości na której już przebywali. Zależy mi na tym szczególnie, ponieważ moje plany na przyszłość to wyprawy w góry znacznie wyższe od Alp i chcę sprawdzić jak moi przyjaciele znoszą dużą wysokość. Zależy mi na tym żeby zaadoptowali się możliwie do jak największej wysokości, bo od tego może zależeć nie tylko powodzenie przyszłych przedsięwzięć ale również nasze bezpieczeństwo.

2Bardziej od wejść na poszczególne szczyty zależy mi na wspinaczce po lodowcach i na dużej wysokości, gdzie występują szczeliny, seraki, zchodzą lawiny. W Polsce nie ma lodowców i wyprawa w Monte Rosę, zrozumienie lodowców, opanowanie własnego strachu oraz technik wspinaczki i ratownictwa na nich, będą dla moich przyjaciół przepustką w góry najwyższe.


Na takiej wysokości nie trudno o odmrożenia, czy chorobę wysokościową. Znajduje się tam dwa razy mniej tlenu niż nad poziomem morza, i organizm musi przystosować się do takich warunków. Pogłębia się nam oddech, i przez kilka pierwszych dni bez przerwy serce wali młotem jak podczas bardzo forsownego biegu - nawet podczas niewielkiego wysiłku. Potem oddech robi się głębszy i płuca "chwytają " więcej tlenu. Wewnątrz organizmu krwinki zwiększają swoją objętość, a więc zdolność do transportu tlenu do poszczególnych komórek organizmu. Skutkiem tego krew transportuje więcej tlenu, który kompensuje nam jego niedobór w powietrzu. Niestety ta specyficzna adaptacja ma bardzo poważny mankament. Taka "przystosowana" krew jest znacznie gęstsza i wolniej porusza się w żyłach. Serce ponosi większy wysiłek pompując taki "ketchup" do żył, jest bardziej obciążone (to dlatego tyle jest zgonów wśród osób chorych na serce w górach). Gęsta krew nie dociera tak swobodnie jak rzadka do małych naczyń krwionośnych i odległych od serca kończyn. Dlatego palce są źle ukrwione i zimne, bo przecież krew oprócz tlenu rozprowadza także ciepło. To gorsze ukrwienie jest powodem odmrożeń w warunkach wysokogórskich.

Trzeba również bardzo uważać na słońce które na tej wysokości, bez odpowiednich osłon i kosmetyków z filtrami, bardzo szybko doprowadzi do oparzeń i podskórnych ropni.

Dojazd był nieco skomplikowany. Ekspresem do Wrocławia, gdzie czekał na nas bus. W sprinterze było dostatecznie dużo miejsca dla 9 członków wyprawy i kierowcy. W miejscu wymontowanych foteli zmieściły się nasze bagaże, sprzęt alpinistyczny i zapasy jedzenia.

Z Wrocławia na przejście graniczne w Zgorzelcu, a dalej Niemieckimi autostradami najkrótszą drogą do Szwajcarii. Pierwszy nocleg spędziliśmy już w Szwajcarii. Następnie udaliśmy się przejścia granicznego w Como nad przepięknym jeziorem o tej samej nazwie. Tam wjechaliśmy do Włoch. Drugiego dnia po południu dojechaliśmy do Gressoney La Trinite - malutkiego górskiego miasteczka u podnóża alp położonego na wysokości 1600 m.n.p.m. Przed zmrokiem rozbiliśmy obóz powyżej miasteczka na polance, tuż przy górskiej, rwącej rzece o nazwie Lyss - takiej samej jak lodowiec z którego wypływa. W nocy lało jak z cebra. Rano następnego dnia rozpoczęliśmy proces aklimatyzacji. Zdawałem sobie sprawę że ludzie mogą ciężko znosić duże wysokości, zwłaszcza że nikt, poza Grzegorzem, nie spał powyżej 1600 m.n.p.m.

3 Naszą pierwszą wycieczką było podejście do stóp, a właściwie seraków lodowca Lyss, na wysokość 2600 m.n.p.m.. Trasa zajęła nam 6 godzin i wiodła w górę rzeki Lyss nad którą spaliśmy, a dalej granicą ogromnego stoku, który dopiero na szczycie okazał się moreną boczną lodowca. Następnie trzeba było pokonać rumowisko skalne z płyt i kamieni przyniesionych przez lodowiec by po dalszej wspinaczce podejść pod seraki skąd brały początek strumienie tworzące rzekę. Co jakiś czas dobiegał nas łoskot spadających lawin, lub też zwielokrotnione przez echo huki walących się seraków. Wszystko to w skali niespotykanej w Tatrach, co zrobiło na chłopakach ogromne wrażenie. Przewyższenie 100 m. w kilka godzin dało odczuć niewielkie zmęczenie i kłopoty z błędnikiem (równowagą).

Choć następnego dnia pogoda była świetna od samego rana postanowiłem że pośpimy trochę dłużej. Na dodatek gotowanie i przygotowania do wyjścia przedłużały się w nieskończoność tak więc dopiero kwadrans po 10-tej wyruszyliśmy na cały dzień do schroniska Quintino Sella na wysokości 3585 m.n.p.m. Sądziłem że uda nam się osiągnąć schronisko w przeciągu 5 godzin.

4Schronisko jest słynne z dwóch powodów. Po pierwsze końcowy odcinek dojścia do niego wiedzie trudną eksponowaną granią z linami, łańcuchami a nawet drewnianym mostem przerzuconym nad przepaścią. Po drugie na plateau pod schroniskiem znajduje się High Lab znanej firmy Ferrino który jest ośrodkiem badawczym sprzętu górskiego. Można tam zobaczyć porozstawiane namioty, porozwieszane śpiwory, plecaki, i inny sprzęt na który pada deszcz, śnieg itp. na którym prowadzi się testy przydatności w ekstremalnych warunkach. Góry okazały się większe niż ekipa się spodziewała. Mimo upału na dole, już po dwóch godzinach wspinaczki zrobiło się znacznie chłodniej choć słońce świeciło bez przerwy. Na każdym wierzchołku na który weszliśmy okazywało się że za nim jest następny, znacznie dalej i znacznie wyżej. Kiedy dobrnęliśmy w końcu do grani gdzie widoczny był już finalny stok, okazało się że jesteśmy dopiero na wysokości 3100 m.n.p.m., i że niestety jest już godzina 16. Do szczytu w najlepszym wypadku pozostawała nam godzina wspinaczki, i nawet przy założeniu że będziemy zaraz schodzić, zostawały nam tylko 4 godziny na zejście, gdyż o 20.30 był zachód słońca. Niestety nie mieliśmy ze sobą latarek i musieliśmy zejść do bazy zanim zrobi się ciemno. Na domiar złego szczytowy stok był ośnieżony czego nie spodziewałem się o tej porze roku. Spowalniało nam to dodatkowo wejście bo grzęźliśmy w śniegu i trzeba było ostrożnie piąć się w górę uważając żeby się nie poślizgnąć. Zaczęła psuć się pogoda. Co chwila zawiewały nas chmury i widoczność spadała do kilku metrów. Po wdrapaniu się na ośnieżony stok czekała nas jeszcze finalna partia wspinaczki bardzo eksponowaną z obu stron granią która po pół godzinie wiszenia na linach i łańcuchach kończyła się jak nożem uciął schroniskiem. Była 17.40. Pod schroniskiem dużo ludzi. Okazało się że jesteśmy jedyną ekipą która "uczciwie" weszła do góry. Wszyscy korzystali z wyciągu który wwoził ceprów na 3000 m.n.p.m. skąd szło się prosto granią aż do 3100 m.n.p.m. i zostawał już tylko końcowy stok oraz graniówka. Natomiast amerykanie wlatywali sobie pod schronisko wynajętymi helikopterami. I już.

A nam pozostały 3 godziny do zmroku. Wejście zajęło nam 8 godzin. Musieliśmy zejść w ciągu 3. Pognaliśmy na dół. Pilnowałem żeby schodzić miarowym, równym tempem bez konieczności robienia dużych odpoczynków, na które nie było czasu. Trzeba było również uważać żeby nie przeciążyć kolan i stawów - przecież to dopiero początek naszej wyprawy. Równo o 21.oo weszliśmy do obozu gdzie oczekiwał na nas bardzo zdenerwowany Zbigniew.

W obozie nastąpiło wielkie mycie i gotowanie. Morale ekipy znacznie się poprawiło - nic dziwnego - 2000 m. do góry i na dół w ciągu jednego dnia i jeszcze zdążyliśmy przed zmrokiem.

Następnego dnia zrobiliśmy sobie wolne. No, niezupełnie. Pranie, suszenie, i przygotowywania do wyjścia na tydzień i założenia bazy na 3500 m.n.p.m.

5 Teraz czekało nas duże wyjście. Z zapasami jedzenia i paliwa na 6 dni, sprzętem alpinistycznym, namiotami i wszystkim co potrzebne musieliśmy wejść na wysokość 3500 m.n.p.m. i zrobić tam bazę. Wstaliśmy o 6.00 rano. Dwie godziny później udało się wyjść. Trasa biegła przez alpejskie hale, dalej skalne rumowiska - bardzo podobne do tatrzańskich, choćby tych pod Rysami - do schroniska Mantova położonego u stóp lodowca Lyss. O 16.00 udało nam się dotrzeć do miejsca noclegu. Postanowiłem spać na skalnej grzędzie gdzie z jednej strony mieliśmy około 20 metrów do pola śnieżnego a z drugiej strony kilkusetmetrową przepaść i widok na lodowiec Indren z pięknie widocznymi szczelinami. Roboty było co niemiara z przekładaniem dużych kamieni i szukaniem płaskiego miejsca pod namiot. Postawienie obozu na płycie skalnej oznacza że nie można używać śledzi i wszelkie punkty odciągowe namiotu należy umocować do kamieni. Dodatkowo trzeba wyzbierać wszystkie ostre kamienie i uważać żeby nie zrobić dziury w podłodze namiotu. My podłożyliśmy pod podłogi namiotów folie NRC i płachty biwakowe. Po takiej katorżniczej pracy przed zachodem słońca "padliśmy jak kawki". Wysokość zwaliła z nóg najpierw Zbycha który przecież nie był z nami na Quintino Sella. Bardzo bolała go głowa i Paszczak praktycznie sam musiał postawić namiot. Następnie wszyscy padli pokotem z opóźnieniem kilku godzin. Po niewielkim posiłku poszliśmy spać.

6Następnego dnia czuliśmy się wciąż podle. Zawodził błędnik i apetyt. Mimo wszystko zrobiliśmy sobie mały spacerek na Rifugio Gnifetti - schronisko położone powyżej naszej bazy na wysokości 3700 m.n.p.m. Ja zrobiłem mały rekonesans na lodowiec. Szczeliny w tym roku były naprawdę duże. Zaskakująco dużo było też śniegu. Informacja że to był rekordowy rok jeżeli chodzi o opad śniegu okazała się prawdziwa.

Mimo tego że nie czuliśmy się najlepiej następnego powinniśmy wyjść w góry. Powody były dwa. Po pierwsze najlepszym lekarstwem na chorobę wysokościową jest wejść wyżej, po wtóre mieliśmy ograniczoną ilość jedzenia i siedzenie w bazie oznaczało marnowanie zapasów.

Wstaliśmy niestety późno. Dość nieudolnie szło również pakowanie się i robienie śniadania. Na plateau lodowca na 3700 m.n.p.m. związaliśmy się linami i w dwa zespoły poszliśmy do góry. Była niestety już 10.00. Słońce paliło niemiłosiernie. Odczuwaliśmy jeszcze wpływ wysokości. Rozpoczęliśmy wspinaczkę na Piramide Vincent 4215 m.n.p.m. Śnieg był już rozgrzany przez słońce i szło się po nim trochę jak po morskim piasku. Po dużym odpoczynku na siodle między wierzchołkiem Piramidy a schronem na Giordano Balmenhorn zaczęliśmy podejście na szczyt, który jak się okazało na górze był płaskim nawianym śniegiem plateau. Była 12.00. Podczas odpoczynku na szycie zauważyłem że nie wszyscy czują się dobrze, część ma kłopoty z oddychaniem, inni z równowagą. Rozpoczęliśmy ostrożne zejście. Śnieg był już bardzo mokry a szczeliny ziały przepaściami jeszcze bardziej niż rano. W słońcu na lodowcu było ponad + 50 C! Po 14.00 zmęczeni ale zadowoleni doszliśmy do obozu. Poszliśmy spać. Po południu podczas gotowania posiłków okazało się że Pinki oraz Śledź poważnie poparzyli sobie twarze. Pink wyglądał okropnie. Cała twarz czerwona, pokryta pęcherzami z których sączyła się limfa. Mimo kremów z filtrami od 12 do 18 i ciągłego smarowania się na każdym postoju, na skutek ciągłego pocenia się i zmywania kremu efekt był mizerny. Zbychu przez nieuwagę zostawił sobie odkryte ucho które strasznie mu spuchło od słońca a Kacper który miał kiepskie okulary skarżył się na ból oczu. Grzegorz w ogóle się poczuł gorzej i oznajmił że następnego dnia z nami nigdzie nie pójdzie. Wiedziałem że stan ekipy nie będzie się poprawiał a dalsze przebywanie na tej wysokości dla niektórych może oznaczać bardzo poważne konsekwencje.

Postanowiłem że jak najszybciej trzeba zrobić co jest do zrobienia i zmykać na dół.

7 Wstaliśmy przed 6.00 rano, było jeszcze ciemno i pięknie było już widać gwiazdozbiór Oriona, który u nas wyjdzie zza horyzontu na dobre dopiero późną jesienią. Pogoda idealna - niebo bez chmurki i żadnego wiatru. Za to bardzo zimno. Kilka stopni poniżej zera. Założyliśmy raki już pod obozem i pognaliśmy do góry. Wszyscy czuli się znacznie lepiej niż wcześniej. Szczeliny były coraz większe. Podczas codziennych upałów śnieg parował w zastraszającym tempie odsłaniając szczeliny w miejscach po których jeszcze kilka dni wcześniej chodziliśmy jak po pewnym gruncie, natomiast już istniejące dziury zamieniły się w przepaście. Żeby iść wyżej trzeba było lawirować między szczelinami i często na długości liny znajdowały się pod nami dwie, a nawet trzy szczeliny. Trudno było znaleźć choć kawałek bezpiecznego miejsca żeby zrobić odpoczynek. Pięliśmy się coraz wyżej i wyżej. Po zmrożonym śniegu szło się doskonale a słońce świeciło jeszcze mizernie. Nie powiedziałem chłopakom dokąd dzisiaj idziemy. Trzymałem tempo bo zależało mi żeby jak najszybciej minąć misę lodowca zanim słońce zacznie na niej operować. Po minięciu kolejnego wzniesienia z lewej strony ujrzeliśmy w całej krasie Matterhorn który Włosi nazywają Monte Cervino. Dalej, za następnym wzgórzem, odsłoniło się przed nami rozległe obnirzenie terenu za którym w dali zaczynało się pasmo potężnych szczytów. Za prawej strony było widać Rifugio Margerita - najwyżej położone schronisko w alpach, a zlewej... Zumstein 4563 m.n.p.m i za nim Dufor 4634 najwyższy szczyt w masywie Monte Rosa. Celem naszej wspinaczki był Zumstein - o czym wiedziałem tylko ja bo chciałem zrobić chłopakom niespodziankę na szczycie. Wejście na niego wiedzie dosyć stromym, stokiem śnieżnym ze strony włoskiej i bardzo eksponowaną 2000 metrową przepaścią, która znajduje się w Szwajcarii bo szczyt stanowi granicę włosko-szwajcarską. Przed samym wierzchołkiem grań śnieżna zamienia się w skalną i robi się jeszcze bardziej stromo. Sam wierzchołek jest niewielki. Na pierwszej linie weszliśmy ja, Pinki i Wiktor. Na drugiej linie kwadrans po nas weszli Śledziu, Paszczak, Zybi i Kacper. Wszyscy byli bardzo zaskoczeni że jesteśmy na wysokości ponad 4500 m. Rozpoczęliśmy schodzenie. Na siodle pod szczytem zrobiliśmy odpoczynek i czekaliśmy na drugi zespół. Trochę to trwało bo "drugą linę" sparaliżowała przepaść tak że schodzili bardzo wolno i ostrożnie. Początkowo chciałem jeszcze podejść do schroniska Margerita, ale oczekiwanie na resztę ekipy w palącym słońcu bez śladu cienia skutecznie wybiło mi to z głowy. Pink szedł cały czas w kurtce z kapturem nie wierząc już żadnym kremom słonecznym, a Śledziu miał chustkę na twarzy żeby osłonić poparzony nos i policzki.

8Schodzenie zaczęliśmy dobrze po 12.00. W dole widać było chmury. Mimo ogromnego gorąca nie zdejmowaliśmy wierzchnich ubrań w obawie przed poparzeniami. Śnieg nie był już zmrożony jak o świcie. Teraz była to kasza śnieżna, wilgotna, topniejąca i klejąca się do podeszew. W dolnej części lodowca mieliśmy ogromne kłopoty ze znalezieniem drogi do obozu. Szczelin było tyle że nie sposób było znaleźć bezpieczne zejście. Znajdowały się one nawet wzdłuż (!) naszej drogi. Było to bardzo stresujące. Po zejściu do obozu w końcu odetchnęliśmy z ulgą.

Ludzie byli zmęczeni. Część była poparzona, inni mieli kłopoty z aklimatyzacją i przemianą materii oraz nadwyrężone ścięgna i stawy. Chodzenie po lodowcu przestało być bezpieczne. Nawet tutejsi wspinacze odpuścili. Zmniejszyła się nawet ilość turystów podchodząca do schroniska Gnifetti.

Zdecydowałem o zejściu. Następnego dnia rano po śniadaniu i podsuszeniu namiotów, zapakowawszy dobytek, udaliśmy się na dół. Podczas zejścia razem ze Zbychem, Paszczakiem i Grzesiem wybraliśmy inną drogę, wiodącą koło szczytu Alta Luce, nieopodal którego było kiedyś schronisko. Roztacza się stamtąd przepiękny widok na lodowce Monte Rosy. Znajduje się też tam dzwon założony przez Towarzystwo Przewodników Górskich w 1971 r. Mimo upału zaczęło padać. Zdążyliśmy jednak zejść do Gressoney i rozbić obóz.

Dopiero teraz rozpoczęło się czyszczenie sprzętu, rekonwalescencja i gruntowne mycie.

Postanowiliśmy zjechać nad Lazurowe Wybrzeże - bo po pobycie na lodowcu wypad nad morze Śródziemne, zobaczenie palm i opuncji byłoby fajnym akcentem. Po 5 godzinach jazdy i dojechaniu do Genui. Stamtąd udaliśmy się wzdłuż wybrzeża do miasteczka Arenzano. Znajduje się tam piękny pałac wraz z rozległym ogrodem gdzie w sadzawkach pływają zarówno kaczki, gęsi jak i żółwie oraz Kolegiata. Z miasteczkiem był też związany konkwistador Bolivar, którego pomnik znajduje się nad samym morzem.

Kąpiel (woda 26 C) zrobiła dobrze szczególnie poparzonym. Wiedziałem z doświadczenia że bardzo słona woda z makroelementami doskonale regeneruje skórę. Następnego dnia Pink, Śledziu oraz Wiktor i Zbigniew a właściwie jego ucho wyglądali znacznie lepiej bo skóra zaczęła się łuszczyć i odpadać. Zmniejszył się też obrzęk. Po skokach do wody, łowieniu rozgwiazd i martwych jeżowców, obserwowaniu gry w Boce i zgłębianiu tajników oraz asortymentu tutejszej kuchni, po południu udaliśmy się w drogę powrotną do Polski. Nocleg wypadł nam już w Niemczech a dzień później po powrocie do Wrocławia, nocnym pociągiem wróciliśmy do Gdyni
.


26

AGH
Akademia Górniczo-Hutnicza
im. Stanisława Staszica
Wydział Geologii, Geofizyki
i Ochrony Środowiska
Katedra Geologii Ogólnej i Geoturystyki
al. Mickiewicza 30,
30-059 Kraków
link: journals.agh.edu.pl/geotour