Geoturystyka

Relacje z podróży - Europa

Wędrówka wokół Poznania

÷Polska, Wielkopolska

25 listopada 2006
Ten dzień zaczął się od pechowego przeglądu auta: nieczynne światła "stopu" i zużyte amortyzatory w moim volkswagenie zatrzymały mnie od rana w mieście. Po dwóch godzinach spędzonych w serwisie spakowałem plecak, założyłem wygodne buty i ruszyłem wokół Poznania. Kilka dni wcześniej zaplanowałem przebieg trasy tak, by jak najdokładniej pokrywała się z granicami administracyjnymi miasta.
O, wolności moja!
Do rogatek miasta dotarłem autobusem linii 88 przedpołudniową porą (fot. Morasko). Jak na zmierzch listopada, pogoda dla piechura wyśmienita. Na pierwszy etap podróży wokół miasta zaprosiła mnie i poprowadziła przez Las Moraski ulica Poligonowa. Po tygodniu spędzonym na zatłoczonych ulicach, w obliczu rozpościerających się przede mną widoków poczułem niezłe uderzenie obuchem w całe swoje jestestwo (fot. 2km).

1 Kierunek - wschód, potem - południe, zgodnie z odwiecznie nam panującym ruchem wskazówek zegara. Po przebyciu okolic poligonu docieram do Radojewa, za plecami zostawiam Rezerwat Kokoryczowe Wzgórze i podążam ulicą Nadwarciańską, która, gwoli ścisłości, wiedzie doliną Warty (fot. 6km).
Pogoda nawet nie musi trzymać fasonu, tak jest pewna swego, tylko ja tracę pewność siebie i zaczynam odczuwać skutki kontuzji kolana. Dwa miesiące temu podczas piłkarskich zmagań skręciłem kolano. Zdarza się.
Po drodze mijam spacerowiczów, w lasach komunalnych najpierw napotykam ślady końskich kopyt, później jeźdźców. Z oddali oglądam Wichrowe Wzgórze (fot. 11km). Ból nogi sprawia, że wręcz wlokę ją za sobą. Postanawiam zakończyć marsz. Pierwszy etap zamykam po 14 kilometrach na skrzyżowaniu Lechicka/Naramowicka i trochę zawiedziony wracam do domu.

9 grudnia 2006, dwa tygodnie później
Na rzeczonej krzyżówce zjawiam się o 9.00 i podążam Lechicką na wschód, na Warszawę. Przecinam Wartę i tuż przed "Centrą" skręcam w Chemiczną, znowu wzdłuż Warty, tym razem jej wschodnim brzegiem na północ (fot. 17km). Docieram do Gdyńskiej, która prowadzi mnie za miasto. Czerwonak wita mnie ostrzeżeniem rzuconym na wielką tablicę przy drodze i ozdobionym trupią czaszką: "Uwaga, smród z oczyszczalni". Smrodu jednak nie czuję. W granice Poznania wracam w Koziegłowach. Od tej chwili przez dłuższy odcinek nie spotykam żywej duszy (fot. 21km). Wchodzę do doliny rzeki Głównej, która znajduje ujście w Warcie poniżej mostu Lecha. Widok przede mną złamany: dolina w klasycznej formie, na której rozciągnięto drogi, sieci energetyczne, osiedla. Potrzebna mi chwila skupienia, by nie dostrzegać dzieła człowieka i dojrzeć jedynie dzieło natury.
W Janikowie mój szlak prowadzi wzdłuż zakładu "Wyborowej". Jest cicho, umilkła gorzelnia, jedynie pies wartownik prowadzi mnie szczekaniem wzdłuż płotu. Gdy zbliżam się do ogrodzenia z aparatem w ręku, ucieka kilka metrów w głąb zakładu i nie jest już tak pewny swego. Niestety, nie mam dla niego przy sobie żadnych smakołyków (fot. 25km).

2 Rzekę Główną przecinam na ulicy Bałtyckiej. Schodzę ze skarpy drogi, by zanurzyć w niej dłonie. Wielokrotnie przejeżdżałem tędy autem i nie przypuszczałem, że kilka metrów niżej znaleźć można taki zakątek (fot. 26km).

3 Przecinam linię kolejową na Inowrocław i spieszę w kierunku Bogucina. Z niekłamaną zazdrością mijam domy na skraju lasu: "tu, tu albo tu mieszkać sobie..." Kilkanaście minut marszu lasem i wkraczam do Zieleńca. Tu siadam na skarpie, która niczym trybuna na Camp Nou wyrasta nad zielenieckim boiskiem. Dzwonię do Pikasiaka, spytać o samopoczucie jego i Myziaka. Jeszcze sprzedają w kanciapie, szykują się na jutrzejsze handlowanie gdzieś w Wielkopolsce.
W oddali dostrzegam jeźdźca, których pełno w tych okolicach. Zbliża się do mnie, macham ręką i pytam czy mogę pstryknąć zdjęcie. Mam zgodę jeźdźca i konia, który pozuje niczym Kasztanka pod Piłsudskim na niejednym pomniku (fot. 30km).
Po 20 minutach odpoczynku zanurzam się w uliczki Zieleńca, przez las pełen osiodłanych koni docieram nad Jezioro Swarzędzkie, a potem do Warszawskiej. Teraz czeka mnie nie lada wyzwanie. By przeciąć ulicę muszę opuścić szlak na prawie 2 kilometry albo przeskoczyć trasę, jak ta żabka w grze komputerowej, którą ćwiczyłem 20 lat temu na polu namiotowym w Solinie. Przez chwilę oceniam natężenie ruchu i rzucam się między samochodami przez 4 pasy drogi. Udało się, ale nie polecam takiego rozwiązania. Pozostaje jeszcze przeciąć linię kolejową Paryż-Moskwa i już jestem spokojny (fot. 32km). Piaszczystą drogą docieram do Swarzędza, zostawiam za plecami industrialny element wycieczki, teraz tylko las i las. Zaczyna zmierzchać, gdy wchodzę w Borową (fot. 36km). Do punktu, z którego mogę wrócić do domu dochodzę w egipskich ciemnościach.

16 grudnia 2006, tydzień później
Uprzejmość Magdy pozwoliła mi rozpocząć dalszą wędrówkę bez potrzeby docierania na przełaj i wprost. Dzięki niech będą Jej za to! Pogoda wciąż bez zarzutu, jest idealnie. Zrazu szlakiem, potem na zwany nos podążam podswarzędzkimi lasami i, oczywista, błądzę. Znajduję szeroką miedzę i według kompasu kieruję się na południe (fot. 40km). Trawiaste podłoże nie ciągnie się jednak długo i przez ostatnich kilkaset metrów przed Szczepankowem idę między bruzdami zaoranego jesienią pola. Na asfalcie zrzucam błoto z butów, kierunek - Spławie. Tu w spożywczym kupuję dwa banany i ruszam w kierunku autostrady (fot. 43km). Dalej polną drogą docieram do trasy na Katowice, którą zmuszony jestem pokonać podobnie jak Warszawską. Ruch na drodze niewielki, więc nawet nie sprawdzam gdzie są przejścia dla pieszych. Od czasu do czasu dziękuję pogodzie za uprzejmość wędrowania. Dotąd nie spadła na mnie ani jedna kropla deszczu.

4Dalej mój szlak wiedzie przez Huby i Świątniki, omijam bazę lotniczą w Krzesinach. Ślady po drugiej stronie ogrodzenia świadczą o tym, że nawet ten odległy zakątek lotniska jest często patrolowany. Ścieżką pośród pól dochodzę do Sypniewa i dalej do Głuszyny (fot. 49km). Na tamtejszym cmentarzu trwa pogrzeb, ściągam z głowy czapkę i przechodzę w zadumie nad losem człowieczym. Za zabudowaniami odnajduję leśną ścieżkę i staram się trzymać granic miasta (fot. 55km). Przede mną znowu Warta. Najbliższa przeprawa niestety prawie w centrum miasta. Kieruję się zatem na północ, mój cel na dzisiaj: rondo Starołęka. W lesie mój szlak zostaje naznaczony kolejną śmiercią (fot. 62km). Blisko trzydzieści lat temu zginęło tu dwóch lotników. Są znicze, jest wiązanka i moja chwila modlitwy.
Z lasu wychodzę na ulicę Głuszyna, jest prawie ciemno, brak chodnika i nadjeżdżające samochody zmuszają mnie do schodzenia z jezdni co kilkanaście metrów. Wreszcie docieram do Starołęckiej, która ponad autostradą prowadzi mnie do pętli tramwajowej. Wsiadam do "12" i jestem prawie w domu.

30 grudnia 2006, dwa tygodnie później
Z pętli do ronda starołęckiego, dalej mostem Przemysła przechodzę nad Wartą. Schodzę w dolinę Warty i kieruję się w stronę Łęgów Dębińskich (fot. 64km). Dziś jeszcze sięgam po termos z herbatą z cytryną, jutro, jak większość Ziemian, sięgnę po coś mocniejszego.

5Wciąż na południe wzdłuż Warty podążam w kierunku Lubonia, w granice którego wkraczam jak zwykle pod słońcem. Równoległą do autostrady A2 ścieżką kieruję się na zachód (fot. 69km). Odwiedzam Świerczewo i ponownie wchodzę do Lubonia w okolicy Obozu Żabikowskiego. W czasie okupacji hitlerowskiej było on zaczątkiem polskiego getta, przed ucieczką Niemców w styczniu 1945r. rozstrzelano tu kilkuset więźniów i spalono żywcem w baraku dalsze kilkadziesiąt osób (fot. 71km). Nieopodal postawiono też ku pamięci niewielką rzeźbę, która dziś niektórym służy jako parawan podczas wylewania z siebie zbędnych płynów. Smutne, ale prawdziwe.
Po kolejnym, ostatnim już przecięciu autostrady, czeka mnie przeprawa przez remontowane skrzyżowania Głogowskiej w okolicach podmiejskiego centrum handlowego. Nie bez przeszkód wychodzę wreszcie na bezpieczną drogę: Sycowską i Wołczyńską docieram do mety tego etapu, pętli tramwajowej na Janikowie. Po drodze spotykam przydomowe stoiska, na których kupić można fajerwerki na sylwestrową noc.

6 stycznia 2007, tydzień później
To był ostatni, najbardziej mokry i najdłuższy odcinek wędrówki wokół Poznania. Zaczęło padać już kilka dni wcześniej, więc droga była grząska i ciężka (fot. 83km). Po przejściu osiedla w Plewiskach wychodzę na Malwową i kieruję się na północ. Granica miasta ucieka w las, staram się podążać jej śladem, gubię się i wracam na główną drogę. Okrążam tereny giełdy samochodowej i znajduję się w Baranowie. Wciąż pada gęsty, ale niedokuczliwy deszcz. Przecinam Dąbrowskiego, odnajduję ulicę Letniskową, która prowadzi mnie wzdłuż zachodniego brzegu Jeziora Kierskiego (fot. 91km). Z tej strony jeziora okolice wydają się bardziej atrakcyjne, stąd po drodze spotykam wiele ośrodków wypoczynkowych, nieczynnych o tej porze roku. Szczególnie jeden przykuwa moją uwagę: Poznański Ośrodek Sportu i Rekreacji. Uwierzcie mi, należy podziwiać letników, którzy decydują się tu spędzić urlop. Czas zatrzymał się tu chyba ćwierć wieku temu, a domy, które oglądać mi dane było w najbiedniejszych zakątkach kraju, mogą śmiało stanąć w konkury z tym ośrodkiem.

6 Ścieżką wzdłuż jeziora dochodzę do osady Chyby, do której prowadzi wysadzana wierzbami aleja zwana Kasztanową. Ta prawdziwie kasztanowa zaczyna się kilka kilometrów dalej (fot. 93km).
Mapa, z której odczytuję położenie, nie obejmuje swym zasięgiem północnego brzegu jeziora. Wyciągam z plecaka inną mapę sprzed kilku lat, która, jak się okaże za kilka godzin, jest już bardzo nieaktualna. Owa felerna mapa dwakroć zaprowadziła mnie w ślepe zaułki, a na koniec wygnała na bagna, przez które przedarłem się pomimo braku maczety.
Szczęśliwie, przechodząc przez opuszczone gospodarstwo, dotarłem do zidentyfikowanej przez siebie drogi. Stąd dzwonię do Mamy z urodzinowymi życzeniami, nalewam sobie kubek herbaty, zdejmuję buty, poprawiam skarpety i ruszam w dalszą drogę.

7 Na północ od Jeziora Kierskiego położony jest Kiekrz, do którego dotarłem ruchliwą ulicą Szamotulską (fot. 99km). Ulicą Psarskie, potem Koszalińską docieram do linii kolejowej. Granica miasta biegnie idealnie wzdłuż torów i chociaż nie ma tu żadnej ścieżki, wybieram właśnie ten szlak. Po kilku kilometrach, to z jednej, to z drugiej strony torów, docieram do wiaduktu na ulicy Obornickiej (fot. 108km). Wzdłuż granicy miasta dochodzę do ulicy Morasko i o zmroku zaczynam finiszować. Jeszcze tylko kilka kilometrów ulicą Meteorytową i zamknę poznańską pętlę. Tutaj nadjeżdżające samochody z daleka informują mnie o swojej obecności pojawiając się niczym meteoryty (fot. 111km). Do ulicy Poligonowej docieram tuż przed 18.00. Najbliższy autobus za pół godziny. Siadam zmęczony na ławce i zaczynam planować następną wędrówkę.
Przejście 113 kilometrów zabrało mi 31 godzin. W tym czasie zwiedziłem 80 ulic i 29 razy przekraczałem granice Poznania. Jutro ponownie wyruszę na szlak, tym razem na przekór odwiecznie nam panującego ruchu wskazówek zegara.

26

AGH
Akademia Górniczo-Hutnicza
im. Stanisława Staszica
Wydział Geologii, Geofizyki
i Ochrony Środowiska
Katedra Geologii Ogólnej i Geoturystyki
al. Mickiewicza 30,
30-059 Kraków
link: journals.agh.edu.pl/geotour