Geoturystyka

Relacje z podróży - Azja

Kirgizja, tryptyk górski - na tienszańskich szlakach

÷Kirgistan, Tien-Szan

Wot alpinista, sportsmenka - Kirgizi w pociągu Moskwa - Biszkek nadziwić się nie mogą, że jadę sama w Tien-szan.

1Pięć tysięcy kilometrów, żeby pochodzić po górach? Maładziec! To przecież niebezpieczne. Niektórzy doradzają, żebym wynajęła konie. Bez konia podobno się nie da. Ale skąd oni mogą wiedzieć. Pokazuję im mapy. Żaden z nich nie chodził szlakami górskimi. Kirgizi w ogóle nie chodzą z plecakami po górach. Po co. I tak spędzają tam kilka miesięcy w roku. Pasą stada owiec i krów w górskich dolinach, mieszkają w jurtach nad górskimi, lodowatymi rzekami. Ich cały dobytek dźwigają konie, nawet na wysokość 3000 m n.p.m. To cenne informacje dla mnie. Być może nie będę zdana tylko na siebie. Tylko, ile wynosi odległość od jednej jurty do drugiej? Pasażerowie zgodnie uważają, że powinnam wziąć przewodnika. Chętnie, ale nie zapłacę za niego 20-50 "bagsów" dziennie (oficjalne ceny agencji turystycznych w Biszkeku). Tyle zamierzam wydać na tydzień! Nie znają jednak nikogo, kto mógłby mi towarzyszyć.
Na dworzec w Biszkeku wychodzi po mnie brat Ajnury, u której spędzę kilka dni. Okazuje się, że stracił pracę i ma dużo czasu. Poza tym ma ochotę na trekking wysokogórski. Maksat ma kolegę, który podobno dobrze zna góry. On też pójdzie z nami.

Ja chcę na lodowce!

2Najchętniej już zaraz jechałabym na granicę z Chinami, gdzie skupiły się najwyższe szczyty Centralnego Tien-szan: Pik Pobiedy (7439 m n.p.m.), Chan Tengri (7010 m n.p.m.), Pik Gorkiego i Czapajewa. Ale Maksat i Kola uważają, że muszę zobaczyć Wąwóz Griegoriewski, w którym bywa Jelcyn i wypoczywa prezydent Kirgizji Akajev. Tam też są ledniki - próbuje mnie przekonać Kola, ale zdaje się, że inaczej rozumiemy pojęcie LODOWIEC. Dla niego to garść śniegu, a mi marzy mi się podejście pod Chana po Południowym Engilczeku (największym kirgiskim lodowcu).
Kola ma 50 lat i dwa zawały za sobą. Nie dziwię się, że forsuje wariant z Wąwozem Grigoriewskim, który można przejechać samochodem. Zgadzam się na wąwóz, pod warunkiem, że cały (ok. 20 km) przejdziemy na piechotę. Te dwa dni nie zaważą tak bardzo na realizacji głównego planu pod kryptonimem: LEDNIKI i można je potraktować jako aklimatyzację. Mapa obiecuje wysokości 3600 m n.p.m. Jest szansa na lodowce i prawdziwy trekking.
Zaczynamy się pakować. Na nas troje mamy jeden plecak, śpiwór, karimatę, namiot, dwa pojemniki z gazem. Protestuję, widząc jak Kola wrzuca swoje ubrania do torby na ramię i dwóch plastikowych reklamówek, wsuwa klapki na nogi, do ręki bierze gazetę z krzyżówkami i oznajmia, że jest gotowy. Radzą zostawić namiot i gaz - przecież tam jurta na jurcie, co znaczy: ciepła strawa i nocleg za darmo. Mam się nie martwić i zdać się na nich. A reklamówki i tak będzie nosił Maks. Wyruszamy autobusem do Grigoriewki. Stąd do wąwozu jest jeszcze kilka kilometrów. Kiedy zastanawiamy się, jak tam dojechać, jak spod ziemi zjawia się młody Kirgiz - właściciel motocykla z przyczepą i czterech złotych zębów i proponuje transport. Kola uzgadnia cenę, pakujemy bagaże i wskakujemy na trzykołowy wehikuł. Po półgodzinie podskakiwania na wybojach zaczynam się niespokojnie kręcić - przecież miało być na piechotę. Towarzystwo komunikuje mi, że wynegocjowane 250 somów (ok. 5 USD) uprawnia nas do przejechania połowy wąwozu. Ułożyli szczwany plan. Mirłan - motocyklista zostawi nas nad rzeką, pojedzie po brata, który spędza lato w wąwozie zbierając grzyby. Brat zabierze nas na koniach w górę rzeki do swojego namiotu. Tam przenocujemy i następnego dnia rano ruszymy ku lednikom.
Słowo ledniki nabrało już symbolicznego znaczenia. W połączeniu z moim nowym przydomkiem fanatyka gór i w kółko powtarzanym przez Kolę pajdziom po tichońku w pieriod wywołuje nieustannie salwy śmiechu.
Muszę przyznać, że sprytnie to sobie wymyślili, ale stawiam na swoim. Bagaże jadą na koniu, a my maszerujemy za nimi. 

3Wąwóz jest rzeczywiście niezwykle malowniczy. Stoki gór porastają potężne jodły i świerki, w dole huczy Ak-Suu. Co kilka metrów pałatki grzybiarzy (a miały być jurty pasterzy). Z każdym grzybiarzem trzeba chwilę postać, pogadać. Gdy pada słowo ledniki, łapią się za głowę i wskazują ręką w dal. Według jednych to trzy dni drogi, według drugich pięć, ale każdy jest zgodny, że to hen, hen daleko. Żaden z nich nie był tam, więc tak całkiem serio nie traktuję ich wskazówek. Pod wieczór docieramy do celu. Nasze obozowisko to trzy namioty: rusztowania z drewnianych bali pokryte dziurawym płótnem i folią nieprzemakalną. Na podłodze baranie skóry, koce i siennikopodobne materace. Gospodarz krząta się wokół ogniska, nastawia wodę na herbatę. Częstuje nas gotowanymi grzybami. Oprócz słodkiego, lepkiego chleba (Kola nie zabezpieczył woreczka z cukrem wrzucając go do jednej z reklamówek) to cała nasza kolacja. Zrywa się wiatr, zaczyna padać deszcz, posiłek kończymy już przemoknięci do suchej nitki. Całą noc leje i grzmi. Rano okazuje się, że pałatka nie była aż tak szczelna i buty zostawione w przedsionku przesiąkły wodą. Po śniadaniu złożonym z gotowanych grzybów i chleba z cukrem opuszczamy ostatniego grzybiarza. Przed nami jeszcze ostatni pasterz, a za nim pasmo Kungei Ala-Too na granicy z Kazachstanem. Wdycham pachnące ziołami powietrze, nie mogę nasycić wzroku pięknem krajobrazu. Marzę, żeby ta wędrówka nigdy się nie skończyła. Po kilku godzinach marszu krajobraz zmienia się. Porośnięte lasem wzgórza ustępują miejsca nagim skałom i ośnieżonym szczytom. Znowu staję się przedmiotem rubasznych docinków - Wot twoi ledniki. Robi się coraz chłodniej, znowu zaczyna padać. Na szczęście po drugiej stronie rzeki dostrzegamy drewnianą chatę. To musi być ten ostatni czaban. Oddychamy z ulgą, bo wizja noclegu pod gołym niebem, z którego kapie na głowę nie jest najprzyjemniejsza. Chata wygląda na porzuconą. Decydujemy się jednak na forsowanie rzeki i dokładne oględziny domku. Ak-Suu ma co najmniej dwa metry szerokości i bardzo wartki nurt. Wchodzimy do wody i błyskawicznie wycofujemy się. Woda jest lodowata. Kłuje milionem ostrych szpilek po nogach. Bez konia się nie obejdzie - stwierdza Maksat i kiedy to mówi słyszymy krzyki jeźdźca zmierzającego w naszą stronę. Tałaj - ostatni czaban przewozi nas na swej klaczy na drugi brzeg. Zaprasza do chaty na chleb i czaj. Chata jest malutka. W środku ciemno (jedna lampka naftowa oświetla pomieszczenie), ale ciepło - drewno trzaska w małym żelaznym piecyku. Przez dziurawy dach widać gwiazdy. Ledwie starcza dla nas wszystkich miejsca. Kobieta zaparza herbatę i piecze płaski chleb z mąki i wody przypominający macę. Stawia na stole sfermentowaną konfiturę z moreli. Mamy cukier i gotowane grzyby, pół litra wódki Ruskaja zakupionej w Grigoriewce. Maks i Kola nie piją alkoholu. Gospodarz rozlewa w dwie piałki - dla mnie i dla siebie. Po kolejnej kolejce zagryzanej chlebem i popijanej herbatą Tałaj proponuje, żebym została z nimi jako czabańska doczka. Kończymy butelkę i pogawędkę. Gospodyni rozkłada na podłodze sienniki i kołdry. Będziemy spali jak szprotki w puszce. Ja wskakuję w śpiwór, moi przyjaciele przykrywają się kożuchami i kurtkami gospodarzy. Marznę mimo kilku warstw ubrań, czapki i śpiwora. Pada deszcz i woda kapie na głowę. W ciemnościach wygrzebuję z plecaka menażkę i podstawiam w miejsce skąd najbardziej się leje. Kola na przemian z Maksatem i Tałajem głośno chrapią. Nie mogę spać. O 5.00 wychodzę na dwór. Przez ciężkie chmury przedostaje się trochę światła. Pogoda nie nadaje się do wędrówki. Rozważam dwa warianty: wracamy albo czekamy na jej poprawę. Wtedy pobyt w wąwozie wydłużyłby się o 3-4 dni. Wstaje Tałaj i wypuszcza owce z zagrody. Pomagam mu w ich liczeniu. Przy śniadaniu Kola pyta, co postanowiłam. Wracamy - mówię i widzę jak poprawiają im się humory. Wieczorem w Karakoł oznajmiam - Ja chcę na ledniki i śmiejemy się do rozpuku. Następnego dnia wyruszamy na tzw. Dżetiogözką Stienę w paśmie Terski Ala - Too i będziemy zdobywać przełęcz Teleti na wysokości 3800 m n.p.m.

Teleti - gdzie ty?

4Kuzyn Koli podrzuca nas moskwiczem do rezerwatu Dżeti Ogöz. Formacja przytulonych do siebie skał z czerwonego piaskowca zwanych "Siedem Byków" robi ogromne wrażenie. Według moich szacunków, stąd do Teleti jest około sześciu godzin marszu. Na zegarku czwarta po południu, więc pewnie nie damy dziś rady sforsować pierewała. Miejmy nadzieję, że gdzieś w okolicy przełęczy koczuje jakiś czaban, bo nie zmieścimy się we troje w jednoosobowym namiocie. Jest. Zaprasza nas do jurty na noc. Jest szczęśliwy, bo wreszcie może się wygadać. Gości jak na lekarstwo. Urkun mówi, że do przełęczy mamy jeszcze dwie godziny - Jak wyjdziecie o 8.00 rano, to obiad zjecie już po drugiej stronie. Rankiem zgodnie z planem docieramy pod JAKĄŚ górę. Tylko czy to Teleti? Nie ma oznaczonych szlaków, za to mnóstwo bydlęcych ścieżek. Żadnych turystów. Na lewo widać duży jęzor lodowca i skały pokryte śniegiem. Ledniki! - wykrzykuję i nakłaniam towarzyszy do wspinaczki. Trasa okazuje się być trudną. Idziemy po osypujących się głazach, chwilami niemalże na kolanach, trzymając się rękami podłoża. Stromo i ślisko. Posuwamy się w ślimaczym tempie i robimy częste przystanki ze względu na zadyszkę Koli i "pierekury" Maksata. Po czterech godzinach mozolnej wspinaczki oczom ukazuje się bezkresna śnieżna równina. Nasze rozczarowanie jest równie wielkie, jak zachwyt nad pięknem lodowych gór. Mieliśmy nadzieję, że to już szczyt. Jesteśmy głodni, spragnieni i zmęczeni. Nie ma na czym roztopić śniegu, bo zostawiliśmy gaz w Karakoł. Jemy śnieg. Przejście po lodowej pokrywie zajmuje nam kolejne trzy godziny. Idę z tyłu. Wzruszyłam się pięknem lodowej góry, ale nie chcę narażać się na ironiczne docinki. Wyznaczamy sobie punkt na horyzoncie i powoli posuwamy się w jego kierunku, wmawiając sobie, że tam na pewno jest zejście. Okazuje się jednak, że dalej jest następna lodowa równina i jeszcze bardziej księżycowy krajobraz. W końcu dostrzegamy wąski potok wypływający z lodowca. Trzymamy się go schodząc w dół. Świadomość, że z każdym krokiem jesteśmy niżej, dodaje nam sił, a ślady i odchody bydła pewności, iż niedaleko musi być jurta. Niestety tam gdzie krowy, tam też niezliczone ścieżki, z których każda zdaje się być szlakiem. Ta, którą idziemy, prowadzi nas skały. Tracimy orientację. Jedyna droga w dół to prawie pionowa ściana, na szczęście porośnięta drzewami i krzakami. Ryzykujemy. Czepiając się gałęzi i pni drzew zjeżdżamy w dół. Jest mi niedobrze, czuję ból w biodrach, nie mogę opanować drżenia łydek, ale widok jurty mobilizuje organizm do ostatniego wysiłku. Trzynastogodzinny treking bez jedzenia i picia wyczerpał mnie całkowicie. Mimo to nie mogę jeść ani spać. Rano przy śniadaniu Kola pyta, co postanowiłam. Wracamy do Karakoł - mówię i znów widzę, jak śmieją im się oczy. Wieczorem przy kolacji pierwsze słowa brzmią - Ja chcę znowu na ledniki. Ty fanatyczko - wykrzykuje Maksat i proponuje szczyty Tałaskiego Ala-Too. Podobno jest tam pięknie.

Nuri u złotników

Błyskawicznie podejmuję decyzję: Jedziemy! Mimo, iż mam tylko cztery dni, a Arkit - baza wypadowa do rezerwatu Sary-Czelek (górskie jeziora pośród wysokich skał i złotonośnych dolin) bardzo daleko. W drodze układamy ambitny plan: jeden dzień na dotarcie do przełęczy Kaszka-Suu (3600 m n.p.m., 1A), drugi na dojście do lodowców Tałaskich i trzeciego wracamy do Arkit. Do jeziora Sary-Czelek docieramy zgodnie z planem, po trzech godzinach marszu szerokim traktem. Ale przy jeziorze droga znika. To normalne. Nie panikuję, bo z doświadczenia wiem, że nie ma co liczyć na oznaczone szlaki.
Kręcimy się wśród kolczastych krzewów i trawy po pas, tracąc dwie godziny na odnalezienie jakiejkolwiek ścieżki - nawet "bydlęcej". Najśmieszniejsze jest to, że szczyt Këtërme jest niemalże na wyciągnięcie ręki. Przynajmniej tak nam się wydaje. Trochę poirytowani i zdemotywowani decydujemy się na ryzykowne skróty - jak to się u nas mówi - na krechę. Prosto przed siebie, nie zważając na to, co pod nogami. Po dwóch godzinach przedzierania się przez zarośla, potykania o korzenie i skakania po głazach, stajemy podrapani na szczycie jakiegoś wzniesienia. Dostrzegamy szlak. Hurra! Wydaje mi się, że za bardzo odbija w prawo i oddala się od celu, ale to jedyna dróżka, więc nie ma wyboru.
Po dwóch godzinach dochodzimy do jeziora Ijri-Kël. Gorzki śmiech. Zdaje się, że zrobiliśmy koło. Jesteśmy niedaleko Sary-Czelek. Pasterki dojące kobyłę potwierdzają smutne przypuszczenia. Musimy się cofnąć. Czas ucieka. Nasz plan dawno legł w gruzach.
Këtërme pokonujemy bez entuzjazmu. Cały dzień na taką mała górkę (2446 m n p.m., skala trudności 1A) Wstyd! Nawet dymek z czabańskiego ogniska, który dostrzegamy ze szczytu, nie cieszy oczu. 

5W dwóch jurtach mieszka wielopokoleniowa rodzina pasterzy. 70-letni Kirgiz z żoną golą barany, piątka wnuków biega dookoła nas, 27-letni Zamir szykuje kolację i zaprasza do środka na kumys i chleb z kajmakiem (płynne masło na ciepło). Dwa dni temu Zamir był na lodowcach na koniu. Rysuje mapę patykiem na ziemi. Może na koniach da się dojść w dwa dni, ale pieszo z pewnością nie. Modyfikujemy plan. Pospacerujemy po wąwozie rzeki Kaszka-Suu i odwiedzimy poszukiwaczy złota. Wieczorem odwiedzimy Zamira w Kyzył-Kël i posłuchamy koncertu kirgiskich dastanów na tradycyjnym kirgiskim instrumencie - komuzie. A jednak żal mi tych ledników.
Złotników odnajdujemy bez problemów. Szlak jest wyraźny i mamy przewodnika. Szakirbek, który przyłączył się do nas w drodze proponuje "taksówkę" - osła. Zaciekawiona korzystam. Zwierzę nie jest na szczęście uparte, ale bardzo powolne. Zyskuję od razu nowy przydomek - Nuri. To filmowa komsomołka, która ruszyła w świat na osiołku.
Złotnicy, tak jak pasterze, przerywają swoją pracę, zagadują, proponują herbatę. Gdybym chciała skorzystać z każdego zaproszenia, musiałabym tam spędzić zimę. Jest ich więcej niż setka. Ciężko pracują, a efekty raczej mizerne - nierzadko wypłukują tylko gram kruszcu z jednego worka piachu. Kusztar pokazuje buteleczkę z drobinami złotego piasku. Rozczarowanie. To tylko złocista poświata. Za jeden gram złota dostają około 230 somów (5 USD). Zdarzają się morderstwa, bo piasku coraz mniej, a konkurencja ogromna. Nie zauważamy, kiedy zapada zmrok. Musimy wracać. Przy forsowaniu Kaszka - Suu potykam się na śliskim głazie i wpadam do rzeki razem z aparatem. Koniec zdjęć.
W drodze dołącza do nas podpity Kirgiz na koniu, podążający w tym samym kierunku. Mimo protestów wsadza mnie na kobyłę - tak będzie szybciej. Zachodzimy na kolację do jego znajomych - nie ma się co śpieszyć i tak dotrzemy późno w nocy - 22.00 czy 24.00 - jakie to ma znaczenie. Po trzech godzinach pochodu w ciemnościach zasypiam na koniu. Do Zamira docieramy po północy, ale koncert odbędzie się. Żona Zamira ma piękny głos. Słuchając go, zapominam o zmęczeniu.
Następnego dnia, przy śniadaniu bawię się z Asjel - 1,5 roczną córeczką Zamira. Mała bierze mnie za swoja mamę i nie chce się odczepić. 

6Zamir rysuje najkrótszą drogę do Arkit patykiem na ziemi. Powinniśmy dotrzeć w trzy godziny. Wyruszamy w południe. Morderczy upał, ból mięśni i ogólne wyczerpanie dają się szybko we znaki. Docieramy późnym wieczorem. Autobus z Arkit do Kerben odchodzi o 7.00 następnego dnia. Spędzamy jeszcze jedną noc w sklepie. Noc, podczas której walczę z pchłami. W Kerben czeka na nas Zamir. Asjel dostała biegunki i gorączki po naszym odejściu i wiejskie znachorki orzekły, że wzrok inastranki zaczarował dziecko. Muszą spalić nad jej głową coś, co należy do mnie. Ucinam kawałek koszuli scyzorykiem. Mam nadzieję, że to pomoże.
Do Biszkeku wracam sama. Całą drogę do stolicy mam gorączkę i biegunkę. Czyżby choroba dziewczynki, uchodząc z niej pod wpływem szamańskich obrzędów, trafiła we mnie? Zaczynam wierzyć w magię. W Biszkeku półprzytomna nie potrafię zlokalizować mojej kwatery. Trafiam w końcu o piątej rano.
Następnego dnia, mimo osłabienia, mam ochotę znowu zdobywać góry.

Wśród czabanów

Podczas mojej włóczęgi po "Niebiańskich górach" nie spotykałam turystów, poza garstką Rosjan na popularnym szlaku Almaty - Issyk Kul. Tubylcy chyba w ogóle nie uprawiają turystyki górskiej. Nawet oficjalne ogłoszenie roku 2002 Rokiem Gór, o czym informowały liczne bilboardy przy głównych szosach, nie zachęciło turystów do wyruszenia na szlaki. Nie zawsze jest więc kogo zapytać o drogę. Czabanów (pasterzy) wprawdzie nie brakuje, ale nie polegałabym za bardzo na ich objaśnieniach. Poruszają się na koniach, czas mierzą zatem z "końskiej" perspektywy. Bywało, że ich trzy godziny, dla nas zamieniały się w sześć. Maksat opowiadał, że "stariki" mierzą czas ruchem słońca na niebie - Dojdziecie do celu, kiedy słońce będzie wot w tym miejscu.
Z noclegiem nie ma większych problemów. Kirgizi są niezwykle gościnni i otwarci. Na widok podróżnego przerywają swoje zajęcia, pozdrawiają, wypytują Odkuda i kuda i zapraszają na chleb i herbatę. Prawda, że nasze gory krasiwyje? - szukają potwierdzenia w moich oczach. Tak, są tak piękne, że wilgotnieją mi oczy i dostaję gęsiej skóry.
Dzięki pasterzom i ich gościnności ani razu nie rozbiłam namiotu i nie użyłam camping gazu. Zawsze znajdowaliśmy schronienie i poczęstunek w jurcie. U Tajała - ostatniego czabana w Wąwozie Grigoriewskim dwa dni żywiliśmy się plackami z wody i mąki, sfermentowaną marmoladą, gotowanymi grzybami zakupionymi po drodze od "gribowników" i wódką Ruskaja. Ale u Zamira w Sary-Czelek spróbowałam ajranu (kefir), kumysu, kajmaku (śmietana), sajanu (masło płynne na ciepło) i kurutów (kulki z kwaśnego twarogu suszone na słońcu).

Przetestowane, polecane

7Żałuję, że choć z daleka nie spojrzałam na Chan-Tengri. Nie żałuję, że wybrałam lodowce w pasmach: Terski, Kungei, Tałaski Ala-Too i Babasz-Ata. Wszystkie trasy są łatwo dostępne, niezbyt trudne technicznie (1A-2A). Nie musimy mieć ze sobą raków ani czekana, wystarczą dobre buty. Przełęcze leżą na wysokościach: 4000-4200 m n.p.m. (Aszu-Tër, Kotor), 3800 m n.p.m. (Arcza-Tër, Teleti, Ala-Kël), 3600 m n.p.m. (Kaszka-Suu), 2446 m n.p.m. (Këtërme). Częściowo zalega na nich śnieg. Dobrą bazą wypadową do Grigoriewskiego Uścielia jest wieś Grigoriewka, do Dżeti Ogöz najszybciej dostaniemy się z Karakoł, a do Sary-Czelek możemy dojść od północy z Tałas albo od południa z Arkit. Na szczyt Babasz-Ata (4427 m n.p.m.) z Arsłanbob (we wsi jest turbaza - 50 somów za 1 nocleg i coś w rodzaju stowarzyszenia agroturystycznego - CBT).
Dodatkowymi atrakcjami tych tras są: Siedem Byków - siedem przytulonych do siebie skał z czerwonego piaskowca w rezerwacie Dżeti Ogöz, Pik Karakoł (5218 m n.p.m.), pięknie położone górskie jezioro Sary-Czelek, złotonośne piaski w dolinie rzeki Kaszka-Suu (można przyjrzeć się procesowi wydobycia i płukania złotego piasku) i dwa olbrzymie wodospady w okolicach turbazy Arsłanbob niedaleko Bazar Korgon. Na wszystkie te trasy potrzebujemy około trzech tygodni.
Na tych, którzy przełamią stereotypy (dziki kraj, barbarzyńcy, kradzieże, napady) i zniosą trudy długiej podróży, czekają niezapomniane przeżycia, gościnni ludzie, wspaniała, dzika przyroda (60 % światowej populacji leoparda śnieżnego występuje w Centralnym Tien-szan), ale przede wszystkim przepiękne góry, które śnią się długo po powrocie do kraju.

Nie tylko góry 

8Ten kraj nomadów ma wiele do zaoferowania fanatykom trekingu i alpinizmu, osobom szukającym kontaktu z dziką przyrodą, nietknięta plastikową cywilizacją (w Kirgizji nie ma Mc Donald’sa!). Ubogi jest natomiast w perły architektury. Mimo to warto na kilka dni zejść ze szlaków, aby zwiedzić Biszkek, Karakoł, Osz, Tałas czy Dżalalabad. Oprócz typowej sowieckiej zabudowy, szarych, zaniedbanych budynków, niezliczonych pomników Lenina i dziurawych chodników, odnajdziemy ślady prehistorii: petroglify - naskalne rysunki datowane na 500 lat p.n.e. w Czołpon Ata, grobowiec Manasa (narodowego bohatera Kirgizów) w Tałas, wieżę Burana z XI w n.e. niedaleko Tokmak i górę Sulejmana - miejsce pielgrzymek muzułmanów w Oszu. Jeszcze tylko obowiązkowa kąpiel w Issyk-Kul - drugim po Titicaca największym na świecie jeziorze górskim (leży na wysokości ok.1600 m n.p.m., nigdy nie zamarza) i wizyta na największym bazarze w Azji Średniej w Oszu I możemy wracać na szlaki.
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------
Przygotowując się do wyprawy, korzystałam z przewodników: Lonely Planet "Central Asia" (2000) i Trekking in Russia & Central Asia (Frith Maier, 1994) oraz z podróżniczych forów internetowych (nieocenione są wskazówki osób, które wcześniej były w Kirgizji). W Internecie na stronach: www.kyrgyzstan.com, www.times.kg, www.lonelyplanet.com, www.eurasianet.org, www.kg, www.msz.gov.pl znajdziemy również ciekawe informacje. Dosyć dokładne mapy szlaków turystycznych można kupić w Agencji Kartograficznej w Biszkeku na ulicy Kijowskiej 107. Koszt jednej mapy ok. 50 somów. W Polsce dostępna jest mapa drogowa "Azja Centralna" w skali 1:750 000.

26

AGH
Akademia Górniczo-Hutnicza
im. Stanisława Staszica
Wydział Geologii, Geofizyki
i Ochrony Środowiska
Katedra Geologii Ogólnej i Geoturystyki
al. Mickiewicza 30,
30-059 Kraków
link: journals.agh.edu.pl/geotour