Geoturystyka

Relacje z podróży - Azja

W 8 dni dookoła Turcji

 

÷Turcja

W ostatnich latach Turcja przeżywa prawdziwy boom turystyczny. Ostatnio mogłem się osobiście przekonać o stanie tureckiej turystyki. Już na międzynarodowym lotnisku w Antalyi na wybrzeżu śródziemnomorskim tureckie służby graniczne dają pokaz sprawności organizacyjnej. W ciągu zaledwie 20 minut, 150 podróżnych z Warszawy zostaje odprawionych, łącznie z wydaniem wiz, które kosztują 10 Euro. Z lotniska autokarami jesteśmy odwożeni do hotelu, aby odpocząć po locie i nabrać sił przed 3200 - kilometrową podróżą dookoła Turcji.

Drugiego dnia rano startujemy w stronę majestatycznych gór Taurus. Pierwszy postój wypada nam przy obozowisku koczowników trudniących się wypasem owiec w górach. Żyją oni w przenoszonych często namiotowych obozowiskach, ale dzieci codziennie odwożone są mikrobusami do szkoły bez względu na to, dokąd zawędrują ich rodzice. Nędzne namioty koczowników nie odzwierciedlają typowych warunków mieszkaniowych Turków. W miastach rzucają się w oczy okazałe bloki, o oryginalnej architekturze, której mogłyby im pozazdrościć polskie miasta. Domki jednorodzinne wyglądają też bardzo dobrze reguły wyposażone są w ogniwa słoneczne do ogrzewania wody. Po południu docieramy do cudu natury, czyli Pamukkale, gdzie na stoku góry wytworzyły się wapienne tarasy, po których spływa woda. Obok znajdują się ruiny rzymskiego miasta Hieropolis. Obie te atrakcje przyciągają mnóstwo zagranicznych turystów, z którymi Turcy porozumiewają się po angielsku. Dobrze znać przynajmniej podstawy tego języka .Mimowolnie jestem światkiem niemiłej przygody grupki Francuzów, narodu, który z założenia nie uczy się angielskiego, uważając, że ich język jest ciągle językiem światowym. Ale nie w Pomukkale. Francuzi ignorują angielski napis o zakazie wstępu do pewnej części starożytnych ruin i narażają się na bardzo ostrą ripostę tureckiego strażnika. Oczywiście beszta ich po angielsku! Język francuski jest generalnie w odwrocie w całej Turcji. Już na lotnisku w Antalyi wyparł go rosyjski. Nic dziwnego, bo Rosjan przybywają tu tysiące i do tego nie liczą się specjalnie z pieniędzmi, co się gospodarzom nie może nie podobać.
Nocujemy w jednym z kilkudziesięciu hoteli w Pamukkale - wygodnym, czystym, z obsługą uprzejmą i przestrzegającą dobrych zasad. O godzinie 22.00 w hotelowej restauracji milknie tradycyjna muzyka turecka.

Dzień trzeci. Po dotarciu do Efezu zwiedzamy najpierw domek Najświętszej Maryi Panny, gdzie spędziła ostatnie lata swojego życia, zabrana zgodnie z wolą konającego Jezusa przez św. Jana Ewangelistę. Przez wiele wieków nikt nie wiedział o istnieniu tego domku, pomogła go dopiero odnaleźć w XIX wieku niemiecka wizjonerka, wniesiona na ołtarze przez Jana Pawła II, Maria Emerich. Sama nigdy tu nie była, ale opisała to miejsce tak dokładnie, że bez trudu je odnaleziono. Dawne miasta Efez zwiedza tyle międzynarodowych wycieczek, że czasami trzeba wręcz przeciskać się w gęstym tłumie. Widać dużo Azjatów, zwłaszcza Chińczyków, których władza ostatnia szerzej otwiera drzwi na świat. Przed nocą odwiedzamy jeszcze inne zabytkowe ruiny - Pergamon. Aby tam dotrzeć, autokar musi wdrapać się na szczyt góry wąska drogą bez zabezpieczeń. Raczej nie do polecenia dla podróżnych o słabych nerwach.

Zapowiadająca się na największy hit czwartego dnia mityczna do nie dawna Troja trochę rozczaruje: zrekonstruowany drewniany koń słabo działa na wyobraźnię, a ruiny są niezbyt okazałe. Zapoczątkowane przez niemieckiego kupca Schliemanna prace wykopaliskowe są obecnie kontynuowane przez rodzinę amerykańskich milionerów. Dla nich to raczej kiepski interes - nie dość ze słono płacą za możliwość kopania w tym miejscu, to jeszcze muszą oddać władzom tureckim wszelkie znaleziska. W południe przeprawiamy się starym promem przez cieśninę Dardanele do europejskiego kawałka Turcji, który zajmuje jedynie 3 % jej terytorium. Europa zobowiązuje: domy są tu bogatsze, a drogi lepsze niż w azjatyckiej części. Tak jak w całym kraju, poza miastami ruch jest raczej niewielki. Może to być spowodowane wysokimi cenami paliwa (benzyna bezołowiowa kosztuje prawie 5 zł !), rozległym obszarem państwa, jak i małą zamożnością mieszkańców. Dominują auta włoskie i niemieckie, w różnym wieku, obok najnowszych modeli prosto z licznych salonów zobaczyć można wysłużone nastolatki. Ruch drogowy znacznie nasila się przed Stambułem, by doznać apogeum w samym mieście. Jak się poogląda reguły ruchu (lub prędzej ich brak) to strach przejść przez ulicę. Mimo wszystko warto zaryzykować, bo Stambuł naszpikowany jest zabytkami, a najlepiej zwiedzać je pieszo. Przekonujemy się o tym dnia piątego naszej wycieczki. Na początek możemy porównać dwa obiekty konkurujące ze sobą od wieków o laur najpiękniejszej świątyni - kościół Hagia Sofia i Błękitny Meczet. Porównanie wypada zdecydowanie na korzyść kościoła chrześcijańskiego, mimo że przez wieki doznał on licznych uszczerbków w swej krasie, większych z rąk krzyżowców niż muzułmańskich zdobywców miasta.

Stambuł, niegdyś Bizancjum i Konstantynopol, swą rangę zawdzięcza niezwykłemu położeniu na 2 kontynentach. Dziś brzegi Europy i Azji spina 1,5km most nad Bosforem, po którym nie wolno poruszać się pieszo, gdyż już wkrótce po otwarciu w 1973 roku zyskał popularność wśród samobójców. Do czasu wybudowania planowanego tunelu, pieszym pozostają promy. Stambuł to królestwo zakupów, którego serce stanowi 500 - letni kryty bazar. O dziwo, bazar jest nieczynny w niedziele, która w Turcji niezgodnie z tradycją islamu jest dniem wolnym od pracy. Przerwy w handlowaniu w niedziele nie robią sobie za to handlujący poza bazarem, we własnych sklepach, albo pod gołym niebem. Zwłaszcza tych ostatnich jest wszędzie pełno, jednak - w odróżnieniu od arabów - nie są zbyt nachalni. Czasami handlujący mają nadzwyczaj ubogi asortyment, np. zestaw widokówek, ale liczy się aktywność nie bierność. Może dla tego prawie nie widać żebraków.

Szóstego dnia pokonujemy największy dystans - ponad 800 km. Stambuł i Ankarę łączy nowoczesna autostrada prowadząca głównie przez pustkowia. 80 lat temu, gdy lokowano stolicę w nowym miejscu zamierzano pobudzić gospodarczo środkowa Turcję. Jednak trudno mówić o sukcesie. Rozrosła się tylko sama Ankara - zaraz za rogatkami miasta życie zamiera i przez następne dziesiątki kilometrów nie widać prawie żadnych wsi. Za nieoficjalną stolicę Turcji nadal uchodzi Stambuł, gdzie lokuje się inwestycje i przyjeżdża najwięcej gości. Ankara to nieciekawe miasto, ale o nowoczesnej architekturze. Godne uwagi jest Muzeum Anatolijskie, a przede wszystkim mauzoleum twórcy nowoczesnego państwa tureckiego Atutürka . To za jego sprawą Turcja przejęła łaciński alfabet, zerwała z krępująca tradycja islamska i skierowała się w stronę Europy. Mustafa Kemal, czyli Atutürk (ojciec Turków) jest niekwestionowanym bohaterem narodowym. Jego pomniki i portrety są wszechobecne, patronuje ulicom i szkołom w każdym mieście.
Przed nocą oglądamy podziemne miasto w Kapodocji. Wąskimi korytarzami schodzi się na głębokość 37 metrów, gdzie w ciasnych pomieszczeniach przy słabej wentylacji trudno wytrzymać kilka minut. Podobno dawni mieszkańcy Anatolii, 1500 lat temu, kryli się tam przed Arabami nawet po pół roku.

Cały siódmy dzień spędzamy na zwiedzaniu Kapadocji, a zwłaszcza niezwykłych powulkanicznych form skalnych, gdzie wydrążono miniaturowe kościoły wczesnochrześcijańskie. Mimo, że zabytki chronione są przez żandarmerię, zdarza się, że bezcenne malowidła wewnątrz kościołów są rysowane i zamalowane przez turystów wandali. Tereny te są bardzo interesujące i na drogach Kapodacji krążą setki autokarów z tysiącami turystów. Niestety, nie widać tu starych wiosek, gdzie życie toczyłoby się według dawnych reguł. Dominują nowoczesne wsie z identycznymi budynkami wyposażonymi w klimatyzatory i baterie słoneczne. Należy przypuszczać, że stare domy są niszczone by zrobić miejsce nowoczesności. Na szczęście pieczołowicie odrestaurowano XIII - wieczny zajazd dla karawan kupieckich w Suruhan. W jego stylowych wnętrzach przy dźwiękach starej muzyki można wreszcie odnaleźć ducha dawnej Turcji.

Ostatniego, ósmego dnia, czeka nas jeszcze 600-kilometrowy przejazd do Antalyi. Dzięki dobrym drogom zajmuje to tylko 8 godzin. Na trasie robimy przystanek w mieście Konya, w meczecie z grobem wizjonera Mevlany, twórcy zakonu tańczących derwiszów, miejscu ważnym dla muzułmanów nie tylko z Turcji.
Lotnisko w Antalyi, mimo, że większe od Okęcia, pęka w szwach. W niektórych porach dnia co 3 minuty startują samoloty pełne wypoczętych turystów, którzy wywożą z Turcji raczej pozytywne wrażenia. Hotele są tu wygodne, jedzenie dobre a ludzie przyjaźnie nastawieni do przybyszów. Jeżeli doda się do tego przeważnie bezchmurne niebo, ciepłe morze, piękno przyrody i bogactwo zabytków to nie sposób być niezadowolonym z tureckiego urlopu.

Turcja od lat ubiega się o członkostwo w Unii Europejskiej i gorliwie wypełnia zalecenia. Unia waha się i nic nie jest jeszcze przesądzone. Na dobrą sprawę Turcja swym poziomem gospodarczym dorównuje lub przewyższa Rumunię i Bułgarię, które właśnie wstępują do UE. Rzecz idzie o to, czy przyjąć kraj muzułmański, o odmiennej od europejskiej tradycji i mentalności. To, że Turcja w 97% procentach leży w Azji ma chyba mniejsze znaczenie. W końcu w Unii znalazł się Cypr - wyspa w całości azjatycka. 

26

AGH
Akademia Górniczo-Hutnicza
im. Stanisława Staszica
Wydział Geologii, Geofizyki
i Ochrony Środowiska
Katedra Geologii Ogólnej i Geoturystyki
al. Mickiewicza 30,
30-059 Kraków
link: journals.agh.edu.pl/geotour