Geoturystyka

Relacje z podróży - Azja

Zakaukazie 2006 ...czyli kolejna podróż Pająka - w odcinkach i na bieżąco

÷Gruzja, Zakaukazie

Zakaukazie 2006 - Cz. 1 - Polska
Na starcie, czyli czas, czas, czas goni nas i świadkowie Jehowy na zakrętach drogi


Wczoraj iskierka, dzisiaj idea, jutro do celu. Nieco rozjaśniając sytuacje z pierwszego zdania: moje rodzeństwo ze znajomymi zmierza autostopem przez Istambuł do Tbilisi i dalej. Iskierka zapala idee: dlaczego mam przepuszczać pieniądze tu, skoro mogę gdzie indziej i na dodatek pożyteczniej? Dlaczegóż by nie na Zakaukaziu?
Następnego dnia trzymam już w ręku bilet lotniczy Gruzji. Na koniec jeszcze fantastyczne wydarzenie- zostaje ojcem chrzestnym mojego najmłodszego kuzyna - Mikołaja, który na razie tupta sobie bosymi stopkami po trawie, ale za jakiś czas... powędrujemy może gdzieś razem, biorąc pod uwagę moje nowe obowiązki...:-)

...ale tymczasem w drogę. Czasu nie za wiele zostało, po wszystkich różnorakich drobnostkach jakie trzeba było podopinać przed wyjazdem, tym bardziej, ze samolot mam z Kijowa, a sama podróż ze Lwowa do stolicy Ukrainy to jakieś 10 godzin. Tak więc START.
8.08.2006 r., godz. 15:00 - wylot z Krakowa... na Rzeszów;
15:45 - nic nie mogę "złowić", wiec powoli zawracam na pociąg, ale...
15:46 - zatrzymuje się autko. Tylko do Bochni, ale zawsze to do przodu i szybciej teoretycznie niż pociąg;
16:25 - Bochnia - nic, na dodatek zaczyna kropić;
16:55 - ponownie zawracam na pociąg;
17:06 + opóźnienie - zagadany lekko stoję na peronie z biletem w ręce, podjeżdża pociąg do Przemyśla, a ja... nie wsiadam! Co się stało? To ten pan w niebieskim to nie konduktor z tego pociągu? Hm, widocznie tak miało być. Bilet do zwrotu i 10% w plecy, ale co gorsza teraz to się dopiero robi późno! Biegnę na autobus, bo pewnie pójdzie szybciej niż stopem. Akurat jedzie coś do Tarnowa, wiec pakuje się i... nie wierzę w to, co się dzieje. Do przejechania zaledwie 40 km, ale... cała droga w remoncie, każde miejsce, gdzie przepływa pod nią woda rozkopane, a przejazd zastąpiony lekko zwalniającym objazdem, ale... są jeszcze ciekawsze przeszkody ? ruch wahadłowy. Jeden, drugi, trzeci odcinek... po 10 min. czekania! Toż to jakaś paranoja, obłęd! Autobus jest już ponad godzinę opóźniony i jak tak dalej pójdzie, to nie zdążę na następny pociąg... a miało być szybciej...
Czekając na wahadle staram się nie tracić czasu. Przechadzam się pomiędzy samochodami szukając okazji, ale w najbliższym otoczeniu kolejki nici. Nie ma jednak tego złego. Bardzo intryguje mnie jedna staruszka łada na jakichś wschodnich "blachach" i znaczkiem UZ. Skąd oni są? Nie domyślam się, bo Uzbekistan wydaje mi się zbyt odległy, zbyt abstrakcyjny. A jednak... rodzinka wraca z jakiejś konferencji z Katowic (potem do mnie dotrze jakiej), aż pod granice tadżycką i afgańską. 5000 km w jedną stronę ładą żigulą!!!
Niestety mają komplet, a Tarnów z Bochni osiągam po 2 godzinach! $40 km, co daje średnią prędkość 20 km/h! Może trzeba było jechać na rowerze?
W końcu jednak wsiadam do pociągu i ląduje o 23 w Przemyślu. Ale się czasem człowiek namorduje niepotrzebnie, ale jest O.K.- na razie tylko 3 godziny poślizgu, ale koniecznie trzeba jak najszybciej dotrzeć do Lwowa.
Kalkulując czas i pieniądze, pieniądze i czas, decyduje się wsiąść do pociągu sypialnego prosto do Kijowa. Ha, mogłem to zrobić w Krakowie o 21-szej z minutami, ale... w Przemyślu okazuje się, że taki pociąg akurat dziś nie jedzie. Tak więc nagroda "Bobla" dla drogowców i informacji kolejowej w Tarnowie!!! Wyjeżdżam z tego kraju.
Medyka, oj dawno tu nie byłem. Pozmieniało się, że hej. Po naszej stronie całodobowe centrum handlowe, bary, sklepiki, kantory. Jest północ, a ruch jak w dzień, a może jeszcze większy? Do przejścia drogowego stoi duża kolejka autobusów i samochodów, chyba ze wszystkich byłych republik ZSRR. Za przednią szybą widnieje logo i napis "Strażnica". Chyba skądś to znam? Nagle do mnie dociera, w jednej chwili - kolorowe gazetki z wizjami raju, które docierają na wycieraczki naszych mieszkań, zaczepki na ulicach i rozmowy o Bogu i jedynej drodze do zbawienia... aha, świadkowie Jehowy.
Ciekawe, czy dla nich to spotkanie to coś w rodzaju pielgrzymki, czy o co właściwie chodzi? Może kiedyś się dowiem. Na razie przekraczam granicę. Pierwszy, inauguracyjny stempel od polskiego pogranicznika w nowym paszporcie i... czy wygram z czasem?...

Zakaukazie 2006 - Cz. 2 - Ukraina
Wyścigu z czasem finały


Stara, dobra Medyka. Przejście długim korytarzem pomiędzy drucianymi siatkami i mrowiem wręcz niewyobrażalnie krzątających się "mrówek"... ależ płyną te papierosy, spirytus, wódka i...
...i Ukraina. Czas działa na moją niekorzyść. Z polskiej północy robi się tutejsza pierwsza. Po tej stronie także kwitnie nocne życie, tyle, że busik do Lwowa dopiero nad ranem, a taxi zbyt drogie. Obserwuję więc i kombinuję. Zagaduję gościa, który jechał tym samym busem do Medyki i okazuje się, że to też świadek Jehowy. ...i zaczyna się nawracanie po ukraińsku. Biblia to słowo boże, jedyna prawda, wyznacznik działania, droga do zbawienia. Widzisz, co tu jest napisane? Ci, którzy nie wierzą w Jezusa Chrystusa zostaną zgładzeni na wieki! Chcesz zostać stracony? No widzisz, że nie. A jak Cię coś boli w życiu, to nie jesteś szczęśliwy. A może Cię boleć fizycznie i duchowo. I wiesz jak można sobie z tym poradzić? Studiując Biblię... i w kółko Macieju, tyle że w niezwyczajnym, i przez to ciekawszym, ukraińskim wymiarze. A niszczysz swoje zdrowie? (Nie wiem, może o to piwko chodzi?) Tak nie można. Chciałbyś, żeby twoje dziecko nie dbało o siebie? Nie? No widzisz, i Bóg też nie chce, żeby jego dzieci źle czyniły? O co ci chodzi człowieku? Jestem szczęśliwy i staram się czynić dobrze bliźniemu i światu. Odczep się!
Odczepił się i nadjechała marszrutka (busik) do Lwowa. W środku klimaty ukraińskiego disko i mkniemy przez ciemną noc. Oj, dawno tu nie byłem, już prawie zapomniałem...
Dworzec kolejowy we Lwowie. Nie mam siły studiować rozkładu po trzeciej z kolei nieprzespanej nocy. Uderzam do "informacji", skąd odbijam się od jednego okienka, do drugiego zamkniętego i jeszcze jednego..., ping-pong od jednej strony holu do drugiej. O tym też zapomniałem. Po 15 min. wciąż nie wiem nawet, o której odjeżdża pociąg do Kijowa, nie mówiąc już o kupnie biletu. Z ludzi przewijających się przez dworzec wyłapuję "zagubioną owieczkę" - grubego księdza, który akurat też jedzie do Kijowa. Może z nim pójdzie łatwiej. Przerzucamy się na dworzec autobusowy, skąd o 6.50 odjeżdża ekspres do Kijowa. 2 godziny czekania i dalsze upragnione 9 godzin spania. Jeszcze tylko przerzucić się na lotnisko... Zdążyłem!!!, a po krótkim już czasie owo fantastyczne uczucie odrywania się od ziemi i już jesteśmy ponad chmurami.

Zakaukazie 2006 - Cz. 3 - Gruzja
Tbilisi by night.

1W sumie w regionie pojawiam się w nietypowy jak na mnie sposób. Tbilisi nocą, z lotu ptaka, iskrząca mrugającymi światełkami wieża telewizyjna i proste linie miejskich arterii. Wydaje się, że niektóre dzielnice nie mają w ogóle oświetlenia, takie zaciemnienie przeciwlotnicze, ale może mi się tylko wydaje, że tam są w ogóle jakieś domy? Mechaniczny ptak siada bezpiecznie na płycie lotniska, a wtedy na pokładzie Georgian Airways rozlegają się oklaski... czyżby miękkie lądowanie było tu czymś nadzwyczajnym?
Szybka odprawa (Polacy nie potrzebują wiz do Gruzji) i wypadam prosto w kłębiący się przed lotniskiem tłum. Jest kawałek po północy (tu znowu godzina do tyłu) i nikt nie czeka na mnie z tabliczka "Witaj w Gruzji Pająk". A jednak... od razu wyławia mnie z tłumu przyjaciel-taksówkarz. Prawdę mówiąc rozważam nocleg gdzieś nieopodal w krzakach, ale może warto by się przespać w jakichś ludzkich warunkach? Propozycje, negocjacje, brak specjalnego zainteresowania z mojej strony itd., aż w końcu cena spada z 40 do 10 euro (tyle, ile za transfer autobusem z lotniska) z tym, że jeszcze zobaczę miasto nocą i skończę gdzieś na kwaterze. Przynajmniej taką mam nadzieję i wrażenie po rozmówcy, bo samemu bywa czasem łyso. Zabieram na pokład jeszcze tureckiego właściciela przylotniskowej restauracji i ruszamy.
Wołga się toczy i już po chwili wiem, jakie zasady drogowe tu panują. Nie jakieś tam przepisy, pasy wymalowane na drodze, nie mówiąc już o bezpieczeństwa (bo tych w ogóle nie ma). Kto silniejszy - ma pierwszeństwo, kto sprytniejszy - jedzie.
Wieża telewizyjna, tym razem z dołu, ulica G. Busha, rzeka Kura, cerkiew jedna, druga, dziesiąta, parlament, kasyno, Sheraton i parę innych hoteli, bary, panienki itd.- Tbilisi nocą, przez okno taksówki.
W końcu jest i kwatera, co prawda 3 razy droższa, niż miała być, ale jest. Tak w ogóle fakt, że taksówkarz zawsze każe zostać mi w aucie i sam dogaduje cenę noclegu (którą z nim ustaliłem), to chyba zapowiedź tego, że dla "innostrancow" ceny szybko pną się tu w górę.
Dobranoc Wam, choć u Was dopiero północ.

Zakaukazie 2006 - Cz. 4 - Gruzja
Tbilisi by day 

2Tbilisi, Tibilisi czy może Tifilis? Nie mam pojęcia, jak poprawnie po polsku brzmi nazwa stolicy Gruzji. Tutaj, jeżeli nie jest ona napisana okrąglutkimi, gruzińskimi znaczkami (bo obowiązuje tu równie abstrakcyjny alfabet jak arabski czy japoński) widzi się Tbilisi.
Tak w ogóle, to nie wiem prawie nic o regionie, w którym się znalazłem. Nie mam żadnego przewodnika, żadnych informacji z sieci, ani nawet prostej mapy. Poleciałem zupełnie w ciemno i zobaczymy co przyniesie los.
Z kwatery wychodzę przez wąski korytarz (w którym wczoraj urzędował wściekle ujadający kaukaz) i sklep, na jakąś boczną uliczkę. Wczoraj już trochę zauważyłem, jak wyglądają takie uliczki, ale teraz mam okazję przyjrzeć im się dokładniej. Jeśli jest kostka brukowa, to jest powiedzmy nieźle, ale jeśli nawierzchnią był kiedyś asfalt, który wydaje się być niegdyś położonym wprost na bitą drogę, to... geolodzy itp. powinni sobie wyobrazić wyżłobione w niezbyt twardej skale drogi spływu wody, przeradzające się miejscami w mini-kaniony. No nie wiem, czy widziałem kiedyś coś takiego i na taką skalę! Jak oni po tym jeżdżą? Po obu stronach owych "suchych koryt potoków" stoją kamieniczki, widać, że kiedyś naprawdę piękne i oryginalne, które dziś w większości prezentują niestety jedynie różne stadia rozkładu. Ale to musiało być kiedyś ładne miasto, te zdobienia, drewniane ganki i balkoniki itp., a dziś - odpadające tynki (jeśli jeszcze jakieś się ostały) i łuszcząca się farba, zawalone drewniane elementy albo w ogóle tylko puste mury ziejące pustymi otworami okiennymi, bez kondygnacji, bez niczego... Oczywiście są też normalniejsze ulice i dzielnice, eleganckie domy, dobre sklepy, plastik i szkło... No a przede wszystkim są też inne motywy architektoniczne gruzińskiej stolicy, podejrzewam, że częstokroć równie stare jak polska państwowość, jako że Gruzja to jeden z pierwszych chrześcijańskich krajów na świecie. Cerkwie (a może kościółki?, bo to nie katolicki lecz gruziński Kościół), dziesiątki cerkwi. Na skałach ponad rzeką Kurą, pomiędzy zrujnowanymi kamieniczkami, na otaczających miasto wzgórzach... Ich stan jest o niebo lepszy, choć...

Zakaukazie 2006 - Cz. 5 - Gruzja
Tbilisi by day cd.- Gimnastyka


...zostawmy jednak te czerwono-ceglane i kamienne zabytki. Nawet nie za bardzo wyciągam aparat, bo jakby to ująć oczy mam z przodu i z tyłu głowy. Bieda wokoło (choć oczywiście wymieszana z najwyższym luksusem) i to chyba dużo cięższa psychicznie dla miejscowych niż afrykańska, bo kiedyś było tu o wiele, wiele lepiej. Kwitnąca republika ZSRR, ojczyzna tyrana Stalina i jednego z najlepszych win świata, niegdysiejszy kurort Związku Radzieckiego... a dziś? Cóż, chyba ogólnospołeczne przygnębienie, a ten brak uśmiechu, o którym pisałem w odniesieniu do Polski w ostatniej relacji z Sahary 2006, ma tu chyba dużo głębszy wymiar, a ich czarne oczy nieodgadnione. Co prawda zaczepiani na ulicy ludzie są zazwyczaj bardzo pomocni (czasem aż za bardzo), miły kontakt łapie się też w sklepach, barach itp., ale o całości nie wiem co do końca mam myśleć. Tym bardziej, że oni sami twierdzą, że nie jest tu dla mnie zbyt bezpiecznie (przed Tbilisi ostrzega także LP). Trzeba wyjechać ze stolicy, żeby zobaczyć na czym naprawdę Gruzja stoi. Tak więc dość obserwowania ulic spod barowych parasoli, dość włóczenia się ulicami pomiędzy ludźmi, dla których z fryzury jestem najwidoczniej wyjątkowym oryginałem, dość zaglądania w czarne oczy przepięknych tbilisanek...
Kierunek dworzec, czyli potencjalnie najniebezpieczniejsze miejsce w mieście. Te wszystkie typy z mętnymi spojrzeniami, które pojawiają się za moimi plecami, ci goście, którzy jakoś dziwnie blisko i tłoczno się zjawiają, gdy się zatrzymam - to na pewno nie jest mój wymysł i paranoja. Nie wiem, czy jesteście w stanie wyobrazić sobie, ile się trzeba nagimnastykować, żeby było bezpiecznie? Na szczęście mam swoje sposoby i wciąż poznaję nowe... no i Anioła Stróża :-). Z pociągu, autobusu, marszrutki dziś już nici w kierunku, w którym chcę uderzyć. Cóż, pogimnastykuję się też jutro na tym dworcu. Przecież sport to zdrowie, ale to jeszcze nie koniec, bo trzeba gdzieś przenocować. Kwatery, czyli najtańsza opcja noclegowa, łowi się właśnie pod dworcem. Tyle, że ceny jeszcze wyższe niż wczoraj, tak samo jak za pokój w obskurnym hotelu dworcowym (6-te piętro dworca kolejowego!, z przerażającą klatką schodową, pomimo tego, że na I jest posterunek policji). Z negocjacji cenowych nici (ależ uparta kobieta), ale mniejsza z tym, tym bardziej, że znowu robi się dziwnie tłoczno, a ze "ścieżek" po igłach na rękach wielu z tych gości mogłyby z powodzeniem startować Boeingi. Niech będzie te 20 larów (3 razy drożej niż dla tutejszych) za te "komfortowe warunki"...
...które okazują się być jedynie prawie że oddzielnym pokojem w mieszkaniu-noclegowni nieopodal dworca. TV w pokoju? Owszem, tyle że obok, w zbiorowym. Łóżko przy łóżku nieopodal zbieranina ludzi. Prysznic? Hm, wanna i kranik z ciurkającą zimną wodą, więc nie koniec gimnastyki, bo prysznic nie działa... Za to z okna widoki właściwe. Hala targowa, warzywa, owoce, mięso i cokolwiek, a w oddali cerkwie i migocąca wieża telewizyjna. Pod blokiem też ktoś dobija interesu i 3 świnie bez głów wędrują do czyjegoś mieszkania. Ciekawe jak ma się ta okolica do Nowej Huty, nawet tej tak mitycznie wyniesionej przez media do rangi najniebezpieczniejszej dzielnicy w Polsce? Coś czuję, że Nowa Huta dla obcokrajowca w porównaniu z tym tu to pikuś.

P.S. Pamiętajcie, że to tylko moje subiektywne relacje i akurat taki czas i tacy ludzie po drodze. Mam nadzieję, że daalej będzie luźniej, bo jak nie, to sobie nie powypoczywam na "wczasach" :-)

P.S.2 Lary czy dolary? W bankomatach w Gruzji można sobie wybrać walutę do wypłacenia...a ja mam tylko euro (które tu się jeszcze nie do końca przyjęło!) i lary, no i odjechane przeciwsłoneczne okulary :-)

Zakaukazie 2006 - Cz. 6 - Gruzja
Tbilisi dnia drugiego

3Nocleg nie był najszczęśliwszym trafem- pół nocy nie przespane dzięki wściekle gryzącym pchłom, pluskwom albo nie wiadomo czemu jeszcze. Nie wiem, nie widziałem, ale doskonale poczułem. Szczęśliwie opuszczam jednak klatkę schodową wyjętą niczym z najstraszniejszych odcinków 997, a na ulicy czuję się już dużo pewniej niż wczoraj. Dziwnych typów jakby mniej albo sprytniej ich unikam, za to zagadywani na ulicy ludzie zawsze bardzo, ale to bardzo pomocni. Częstokroć poświęcają mi kilka minut, żeby coś pokazać zamiast po prostu wytłumaczyć drogę.
Ten dzień, to dzień ambasad, w których jednak nic nie udaje mi się załatwić. Wiza do Azerbejdżanu to 40 euro i chyba nie zmieści się w moim budżecie (w ogóle liczyłem, że będzie tu dużo taniej), zaś Armeńską dostaje się na granicy (chyba, że wsiądzie się do pociągu "expresowego"). Tak jak w Afryce, w tej podróży też czekam na drugą i trzecią ekipę. Ostatnie wieści mówią, że autostopem dotarli dopiero w okolice Istambułu, więc postanawiam skoczyć na parę dni do Armenii (pięknie tak zmieniać plany z dnia na dzień, z godziny na godzinę...). Pociąg dopiero o 15:40, więc jeszcze parę barów po drodze (bo na zwiedzanie tego miasta nie mam najmniejszej ochoty), w których w odróżnieniu od wczorajszego samotnego dnia nawiązuję ciekawe i sympatyczne znajomości, no ale już pora zbierać się na dworzec.

Zakaukazie 2006 - Cz. 7 - Gruzja/Armenia
Poradzieckim pociągiem do kraju Ormian


Tak jak chyba w całym byłym ZSRR do wyboru mam dwie opcje: zbiorowe wagony z miejscami do leżenia- "plackartny" oraz 4-roosobowe przedziały z miejscami do spania- "kupiejny" (plus lux, no ale to nie wchodzi w grę). Wybieram tę drugą opcję, nieco droższą (i tak zaoszczędzam na noclegu, ale bardziej komfortową i bezpieczniejszą. Moi przedziałowi towarzysze to małżeństwo, on Ormianin, ona Rosjanka. Jakoś specjalnie towarzysko nie będzie, bo zbyt zajęci są sobą, więc lokuje się na pięterku z zamiarem obfotografowania drogi przez uchylone okno, ale ponad 40 stopni, zaduch i kilka piwek robi swoje... Budzę się dopiero na granicy gruzińskiej przyklejony na całej rozciągłości do dermy, tak, że aż nie mogę się odkleić. Na leżance kałuża, a mój przód wygląda jakby właśnie wyszedł z basenu, tyle tylko że nie orzeźwiająco, ale lepko. W przedziałach zaduch nie do wytrzymania, więc wszyscy wylegli na peron. Babuszki sprzedają prażony słonecznik i inne domowo wyrabiane smakołyki, pomiędzy podróżnymi spacerują krowy i nikomu nie przeszkadza, że zostawiają za sobą "miny poślizgowe". Odprawa trwa długie godziny, podczas których poznaję innych pasażerów. Kiedy wreszcie ruszamy, jest już dużo bardziej swojsko.
Strona ormiańska sprawia wrażenie dużo bardziej militarnej, pewnie za sprawą dziwnie dużej ilości żołnierzy w khaki. Tu mam dostać wizę i w związku z tym poznaję innych pasażerów spoza ormiańskiego świata bezwizowego. Zbyt wielu ich nie ma: 3 Francuzów ormiańskiego para z Japonii. "Bystro, bystro", 30 euro (bo niestety nie mam takiej sumy w dolarach, więc moja strata) i wiza wklejona w paszport. Tak swoją drogą, to pierwszy raz jestem w regionie, gdzie dolar jest bardziej popularny niż euro i gdzie dready są aż takim kuriozum. Gdy wracam na peron okazuje się, że jeden gość z tego zastępu wojaków przez 10 lat mieszkał w Giżycku. Ma 18 lat i musiał wrócić do Armenii na służbę wojskową. 2 lata wyjęte z życia, ale tutaj jest to chyba trochę inaczej traktowane, w obliczu 2 odwiecznych wrogów na wschodzie i zachodzie: Azerbejdżanu i Turcji, którzy w dalszym ciągu, w XXI wieku, najchętniej podzieliliby Armenię między siebie. Zagadujemy się razem z grupą jego kolegów, a pociąg powoli zaczyna ruszać... tym razem jednak udaje mi się wsiąść :-).
Noc nie przynosi ulgi w przedziale. Pociąg toczy się powoli, na dodatek zatrzymując się co chwila na stacjach, więc chwilowy przewiew nie daje wytchnienia. Poza tym buja jak na statku, a koła wydają takie zgrzyty, jakby szyny ułożone były specjalnie do ich spiłowywania. Dopiero nad ranem robi się mniej parno i wręcz zimno.
Nie trwa to jednak zbyt długo, bo pierwsze promienie słońca szybko windują temperaturę. Za to w porannym świetle potężny wulkan z ośnieżonym czubkiem- Aparat (ponad 5000 m n.p.m.), wyrastający z równiny robi imponujące wrażenie. Ta święta góra Ormian i legendarne miejsce osiadnięcia po potopie Arki Noego leży obecnie w Turcji. Rzeź na Ormianach w czasie I wojny światowej do dziś (już blisko 100 lat) dzieli oba narody. Turcy nigdy nie przeprosili za tamte wydarzenia (a starają się przyłączyć do UE!) i nadal szkodzą jak mogą Ormianom, zaś ci ze swojej stolicy- Erewania, co dzień patrzą na swój, zagarnięty przez muzułmanów, święty szczyt.

Zakaukazie 2006 - Cz. 8 - Armenia
Do Erywania


Pociągiem do Erywania dojeżdża się poprzez równinę pomiędzy potężnym Araratem (5137 m n.p.m.), a nieco niższym Aragatsem (4090 m n.p.m.). Patrzę przez okno. Gruz, gruz, gruz... Skąd oni wzięli tyle gruzu i dlaczego wysypywali go tak w szczerym polu? Dopiero po chwili dociera do mnie, że to nie żaden gruz, tylko kamienny grad bombardujący okolice stratowulkanów (m.in. Araratu) podczas ich erupcji. Zresztą z wulkanicznego materiału wzniesiona jest większość budynków po drodze jak i w samym Erywaniu. Pięknie, tylko stan tych domostw po drodze to ciężka sprawa... ale może tu rzadko pada?. I nieważne, czy to dach dachówkowy, azbestowy, czy blaszany, i tak dziurawy jak sito. Są też zupełnie oryginalne konstrukcje domostw zmontowanych z bud starych ciężarówek, pociągów, czy kontenerów i obudowywane jakimś innym materiałem (często owymi wulkanitami: tufami bądź bazaltami) na różnorakie sposoby.
Ale centrum Erywania to już oczywiście zupełnie inna bajka.

Zakaukazie 2006 - Cz. 9 - Armenia
Erywań (Erewań, Jerewan)


Od 1 stycznia 2006 roku poprawna polska nazwa stolicy Armenii brzmi Erywań, zaś Polska po ormiańsku to chyba jedyny europejski stan- Lechastan. Ormiańska stolica to m.in. kolorowe kamienice z czarnych, czerwonych i różowych bloków wulkanicznych skał. Dlatego też wiele domów wygląda jakby było zbudowanych z klocków, ciesząc oko zabawnymi fasadami w różnokolorową kratkę. Pomiędzy nimi jeden wielki plac budowy. Całkowicie rozkopana jest główna ulica-deptak miasta, powstają nowoczesne biurowce i bloki mieszkalne. Zadziwiająco dużo inwestycji jak na byłą republikę radziecką, no ale w spuściźnie po komunie sterczą w panoramie miasta także sowieckie bloki i tak jak w całym byłym ZSRR wiele z nich wygląda jak sklecone z niewiadomo czego piętrowe slumsy (ten "zwyczaj" zabudowywania balkonów czym popadnie:-). Dużo jest jednak takich zupełnie oryginalnych "wieżowców", z barwną, wulkaniczno-kamienną mozaiką fasad. Opera i kulturalne centrum stolicy (ale o tym później), fontanny z pluskającymi się w nich dzieciakami (tak jak w Tbilisi) i górujący nad miastem, nigdy nie dokończony monument z okazji 50-ciolecia sowieckiej Armenii (tzw. Kaskady). Parę lat temu znalazł się prywatny sponsor, który za grube miliony dolarów kontynuuje dzieło, tyle, że w innym stylu i dla zaznaczenia nowej ery w życiu kulturalnym Ormian. Potężne schody prowadzą na szczyt wzgórza poprzez setki wapiennych schodków, pomiędzy kolorowymi klombami, pomnikami i rzeźbami, i daalej przez prowadzone z rozmachem roboty budowlane. Na zachód słońca ściąga tu wiele par, rodzin, turystów i innych spacerowiczów, zaś z bazaltowego tarasu na szczycie patrzymy tak jak potężny obelisk "Matki Ormianki", na budzący się do nocnego życia (po bardzo gorącym dniu) Erywań na tle potężnego stożka Araratu. Aż trudno uwierzyć, że biały czubek wulkanu pokrywa gruba warstwa śniegu skoro tutaj w dzień termometr wskazuje boskie 42oC, zaś nocą słupek rtęci obniża się tylko do 33 oC!

Zakaukazie 2006 - Cz. 10 - Armenia - Erywań
Kulturalne rozważania nad "robaczkami"


Ormianie mają zapisane w genach zdolności do robienia interesów, co od razu rzuca się w oczy na ulicach Erywania (i nie tylko). Sklepy i sklepiki, bary i "barki", agencje turystyczne itd.,itp. Wydaje się, że każdy robi tu jakiś biznes, a na dodatek ogólnonarodowa życzliwość, tolerancja i otwartość. W porównaniu z Tbilisi czuję się całkowicie bezpiecznie, choć tak jak tam stanowię takie dziwo, za którym każdy się ogląda. Gdybyście widzieli różnorodność min i reakcji! :-). Ale jak wszędzie, dzięki temu nawiązuje się szybko wiele ciekawych znajomości...
Wieczorem i nocą, kiedy temperatura spada do 30-35oC, na ulice miasta tłumnie wylegają ludzie. Wszystkie kawiarnie pełne, randki, rodzinne posiedzenia i posiedzenia po prostu. Odpicowane chłopaki, piękne, wystrojone dziewczyny... jeśli tylko gustujesz w brunetkach- raj na ziemi!
Pewnego wieczoru trafiam do "Stop’a" na naprawdę fantastycznie porywający koncert armeńskiego jazz-rocka. Długie godziny upływają przy dźwiękach, przy których ciężko usiedzieć bez ruchu. Długie godziny przeradzają się w dłuższe godziny armeńskiego jam-session. Nie wiem dlaczego, ale właśnie w tym klimacie przychodzi mi do głowy abstrakcja literko-literacka alfabetu armeńskiego (i gruzińskiego). Może dlatego, że muzyka dochodząca do uszu pochodzi z przestrzeni, tak jak armeńskie abecadło z kosmosu? Zaokrąglone znaczki-literki, z których do tej pory nie jestem w stanie rozpoznać nic. Magia, może trochę łatwiejsza do załapania niż arabskie robaczki, ale jednak. Może najwyższy czas zacząć się szkolić?... bo np. taniego hotelu na ulicy (a te zazwyczaj nie mają napisów w łacińskich literkach) nie jestem w stanie rozpoznać. Nie mam zielonego pojęcia, czy szyld na ulicy zaprasza do zakładu fryzjerskiego, krawca, czy może hotelu. Tak samo autobusy i busiki opisane są zaokrąglonymi znaczkami, ale skoro zawsze znajdzie się ktoś pomocny, może to i lepiej być analfabetą...?

Zakaukazie 2006 - Cz. 11 - Armenia - Geghard i Garni
Skalny klasztor, rzymska świątynia i inne wulkaniczne cuda


Na kwaterze, do której trafiłem w Erywaniu (dzięki fenomenalnie, szczególnie jak na te rejony, działającej informacji turystycznej) poznaję Antonina, młodego Francuza, studenta geografii. Jako, że we dwójkę raźniej i taniej wybieramy się razem na wycieczkę do doliny rzeki Azat. Położony jakieś 30 km od stolicy cel osiągamy marszrutką (Garni) i dalej do klasztoru na samym końcu drogi taryfą (Geghard).
Klasztor Geghard swą nazwę zawdzięcza relikwii, jaka wg legendy była tu przechowywana- kawałka włóczni, którą przebito Chrystusa podczas ukrzyżowania. Kompleks klasztorny stanowią wyryte w miękkim, wulkanicznym tufie kościoły i cele mnichów. Podania mówią, że założony został już w IV w, jednakże najstarsza z podziemnych kaplic- św. Grzegorza, datowana jest na VII w. Jest niedziela i akurat ormiańskie święto dziękczynne za pomyślne zbiory winogron (winne dożynki). W związku z tym do klasztoru, jednego z ważniejszych centrów religijnych kraju, ściągają na odpust tłumy: pielgrzymi, wycieczkowicze ze stolicy i turyści zza granicy. Wśród tych ostatnich najwięcej jest chyba Rosjan, ale słyszę też swojski język. Dzień dobry. Starszy turysta ze stolicy jest wyraźnie zaskoczony, ale nie przestaje myszkować, jak tu zrobić zdjęcie klasztoru z góry, z widokiem na dolinę. W krótkiej rozmowie dowiaduję się, że jego celem jest odwiedzenie wszystkich miejsc z listy UNESCO. Tymczasem "odhaczył" jakieś 270 w 87 krajach. No, ja tymczasem "zaliczam" jakiś 49 kraj, ale może mam jeszcze trochę czasu na zamknięcie listy państw świata?... i wierzę w to tym mocniej, gdy słyszę takie oto pytania:
- A jak tutaj dojechałeś?
- Normalnie, marszrutką.
- Sam?
- Tak jakby (Francuz jest zupełnie bezużyteczny bez znajomości rosyjskiego)
- No widzisz, mówiłam, że się da. My wynajęliśmy samochód z przewodnikiem - wtrąca się żona. Fajnie, tylko ciekawe ile trzeba zapłacić za taki komfort? Pewnie ze 4 moje normalne dniówki?
W kościele unosi się słodki zapach topionego wosku i kadzidła. Wierni zapalają świeczki w swoich intencjach i ustawiają je w specjalnych pojemnikach z piaskiem, w różnych częściach kościoła. Na skupionych w modlitwie twarzach tańczą blaski płomieni, a sprzed głównego ołtarza rozlega się co jakiś czas śpiewne błogosławieństwo kapłana, na które melodyjnie odpowiada cała reszta kościoła. Jedna z kaplic kryje źródełko, z którego woda ma na pewno jakieś uzdrowicielskie i cudowne właściwości, bo trudno się do niego dopchać, a pielgrzymi nabierają ją litrami do kanisterków i plastikowych butelek. Wyrzeźbione w tufie płaskorzeźby i symbole nabierają jeszcze bardziej mistycznego wymiaru w tej zadymionej i pachnącej wonnościami atmosferze. Na zewnątrz, w świetle dziennym, fasada kościoła oraz pokryte fantazyjnymi ornamentami tablice nagrobne, tzw. khachkary, czyli wyrzeźbione w kamieniu, bogato zdobione krzyże (XII-XIII w), prezentują się równie fenomenalnie. Ponad klasztorem górują zaś urzekające pokłady tufu złożone tu niegdyś po erupcjach okolicznych wulkanów, a w okolicy możemy także podeptać sobie trochę po czarnym "szkle", tyle że równie wulkanicznym.
Przy drodze do klasztoru rozstawiły się ze swoimi wyrobami babuszki i rzemieślnicy. Na straganach można znaleźć rzeźbione, drewniane krzyżyki, szklane paciorki, różnorakie wisiorki i 150 innych wyrobów. Kobiety zachwalają duże, okrągłe i zdobione wypieki (m.in. "gata"- słodkie ciasto drożdżowe z orzechami i kruszonką) oraz "sujukh"- słodkie przysmaki z winogron i orzechów w kolorze bursztynowo-rubinowym. Jeszcze wczesna godzina, ale rodziny już urządzają sobie pikniki, a pełnia święta tuż tuż. Trzeba się spieszyć, żeby zająć dobre miejsce w cieniu, nad orzeźwiającym potokiem. Kosze z jedzeniem i napoje, już rozpalane są ogniska i "grille", a do drzewa stoi przywiązana brunatna owca. Ciekawe, czy w unoszącym się w powietrzu zapachu pieczonej i smażonej baraniny wie, co ją czeka? Czerwona krew na zielonej trawie i przysmak na świętujących podniebienia. Tymczasem zadowalam się szkliwem wulkanicznym w kieszeni, choć chętnie przysiadłbym się do jakiegoś pikniku...
Garni to już zupełnie inna bajka. Hellenistyczno-romańska świątynia o 24-ech kolumnach wzniesiona w całości z bazaltu, ponad doliną rzeki Azat i Garni. Przy wejściu widnieją napisy w języku ormiańskim, ale wyryte są też inskrypcje po arabsku (prawdopodobnie z czasów najazdu w X w.). Nie ma natomiast napisów greckich czy łacińskich? Łaźnie znajdujące się nieopodal ozdobione zostały geomozaiką składającą się z 15-tu rodzajów naturalnego kamienia.
A dolina, a właściwie kanion? Tak imponująca sprawa, że nie mam pojęcia, jak to ująć? Kilkudziesięciometrowe bazaltowe słupy tworzą ściany wąwozu. Rzeka Azat wcięła się głęboko w głąb ziemi tworząc malowniczy przełom. W "bazaltowych organach" szumi woda- cudowna, wulkaniczna symfonia. Po obu stronach rzeki, we wszystkich czarujących miejscach rozłożyły się na pikniki ormiańskie rodzinki, palą się ogniska, smażą się rybki i baranie szaszłyki. W rzece chłodzą się chyba najsłodsze na świecie arbuzy. W jednym miejscu dwa potoki łączą się w jeden, z tym, że w jednym woda jest przerażająco zimna, podczas gdy w drugim wyjątkowo ciepła. Nie wiem dlaczego tak jest, ale do kąpieli wybiorę ten drugi. Dzieciaki zaczynają się coraz bardziej popisywać, przechodząc wygłupami jeden drugiego, zaś na brzegu pojawia się coraz więcej ciekawskich spacerowiczów. Halo, halo, tym razem "maupa" w kąpieli :-).
Pora wracać do Erywania, tylko jak się stąd wydostać? Zeszliśmy dzięki uprzejmości strażnika przez jakiś zamknięty teren, ale jak wrócić? Wiekowy zaporożec kończy moje dumania. Dwóch młodych chłopaków podrzuci nas do góry do Garni, ale taką maszyną droga to będzie niezwykła. Zapłon na 2 druciki i jazda, tyle że z postojami co kawałek na polanie rozgrzanego silnika wiaderkiem wody. Jeszcze parę nietypowych rozwiązań pomagających autku jechać i staruszek daje rady.

Zakaukazie 2006 - Cz. 12 - Armenia
Jezioro Sevan - ormiańskie morze


Ze stolicy prowadzi szeroka, powiedzmy że dwupasmowa i dwujezdniowa droga nad ormiańskie morze. Powiedzmy, że dwupasmowa, bo w rzeczywistości pasy tutaj to rzecz względna, a samochody pływają po szosie bez specjalnych reguł czyniąc ją wielopasmową. Owe 80 km można przemknąć w mniej niż godzinę, chyba że szukając środka transportu trafi się na jakiś rozlatujący autobus bądź marszrutkę. Jedną z ciekawszych scen z drogi jest wycieczka trzymająca z tyłu autokar na 12% podjeździe!... przygoda :-). A podjeżdża się większość drogi, od gorących równin spod Araratu do orzeźwiających 1900 m n.p.m. Dzięki swemu położeniu Jezioro Sevan jest wakacyjnym kurortem dla armeńskiej stolicy i innych turystów, wytchnieniem od 40-tu paru stopni Erywania nad lazurową taflą wody (jez. ma 80x30 km). Kempingi na zachodnim brzegu jeziora pełne są wczasowiczów spędzających rodzinnie czas na plaży, grillujących towarzystw przy zadaszonych przed słońcem stolikach, przed bungalowami, w restauracjach... Dzieciaki konstruują zamki z drobnego żwirku, po wodzie suną skutery i pedałują rowerki, wokoło półpustynne góry, a na wprost największa atrakcja turystyczna okolicy- półwysep Sevanavank z dwoma kościółkami górującymi nad jeziorem.
Ponoć św. Mesrop Masztoc (twórca armeńskiego alfabetu, ukończonego ostatecznie w 406 r.) miał wizję postaci przekraczających jezioro, które wskazały mu to miejsce do założenia kościoła. Zostały one wzniesione w 874 roku (tak, w tym kraju brakuje w datach jedynki z przodu!), jeden pod wezwaniem Apostołów (Arakselots), drugi Matki Boskiej (Astvatsatsin). Malutkie kościółki na planie krzyża zbudowano oczywiście z wulkanicznych bloków. Bogato zdobione tablice z krucyfiksami ustawione przed jednym z nich przyciągają także swoją geo-różnobarwnością: różowy, czerwony, zielony, szary, czarny... Zaglądam do środka. Odwiedzający kupują u kościelnego i kościelnej świece i zapalają je w skupieniu w znanych tylko im i Bogu intencjach. Ksiądz czy pop (nie wiem jak nazywa się kapłan w tym obrządku) siedzi uśmiechnięty pod ołtarzem bawiąc się komórką. Co jakiś czas podchodzi do niego ktoś po błogosławieństwo, a wtedy cały kościół rozbrzmiewa śpiewającą modlitwą zebranych. A potem cisza, każdy wraca do swojego skupienia. Opuszczam kościół tak jak robią to tutejsi, cofam się przez drzwi twarzą do ołtarza wykonując ręką znak krzyża. Już za drzwiami dogania mnie kapłan, kładzie dłoń na głowie i szepta jakieś niezrozumiałe "zaklęcia"...

Zakaukazie 2006 - Cz. 13 - Armenia
Dreadloki w Kraju Ormian


Nie tylko ksiądz chciał dotknąć tego, co widział pierwszy raz w życiu :-). "Pobłogosławione" dready wywołują tu takie reakcje, zaskoczenie i zainteresowanie, jak nigdzie indziej na świecie (gdzie zdarzyło mi się dotychczas być). Na ulicy ogląda się dosłownie każdy i to z tak przeróżnymi minami, że można by otworzyć galerię ludzkich min ze zmieniającą się ekspozycją codziennie, przynajmniej przez najbliższe 100 lat. A przecież w Europie to już tak spowszedniała fryzura, no ale nie tu...
Kierowcy zwalniają (czasem nawet specjalnie zawracają) i przestają zupełnie zwracać uwagę na to, co dzieje się na drodze. Boję się, że w końcu dojdzie do jakiegoś wypadku. Kelnerki z trudem przyjmują zamówienie, a sklepikarze w zwolnionym tempie podają towar. Kucharki nie zaczną przygotowywać potrawy, dopóki nie podejdą bliżej przyjrzeć się, co to takiego. A już wszyscy są w siódmym niebie, gdy mogą dotknąć...
Ormianie są raczej tolerancyjnym narodem w stosunku do obcych kultur, religii, itp. (w Erywaniu działa 6 meczetów, w przeciwieństwie do pozamykanych kościołów w Azerbejdżanie). Są też chyba dosyć powściągliwi, bo mimo żywego zainteresowania, mało kto odważa się mnie zaczepić. W sumie jednak powstaje z tego wszystkiego swoisty kabaret... i przypadkowe, ciekawe znajomości. Miluśko jest z dziewczynami- one oglądają się za mną, ja za nimi:-). Kiedy parę koleżanek postanawia zrobić sobie ze mną zdjęcie, zaczyna się cyrkowa zabawa w podchody i speszona komedia gra nadal:-). Chłopaki palcami-nożyczkami sugerują obcięcie, ale jak się okazuje w rozmowie, takie włosy to chyba chodliwy towar w tych stronach. Ile za kilogram? (Teraz, to ja się dziwię!). Kilkaset dolarów? Wow, ale i tak nie mamy o czym rozmawiać- od 9-ciu lat kumuluję mądrość i energię do działania.
Swoją drogą, ciekawe co będzie się wyrabiać, jak w końcu spotkam się z autostopową ekipą. Pięciu dreadgłowych bujających się po Zakaukaziu i krótko obcięta dziewczyna mogą wywołać zupełnie nieprzewidywalne reakcje... rewolucja kulturalna o krok!

Zakaukazie 2006 - Cz. 14 - Armenia
Karabaska idea


Idea porywa mnie w jednej chwili. Da się pojechać do Górskiego Karabachu, a na dodatek w paszporcie przybędzie dość oryginalna wiza. Co prawda z taką wklejką nie wjedzie się na pewno do Azerbejdżanu, ale tam podczas tego wyjazdu już nie dotrę. Zatem do roboty!
Auto-stopo-taksówka z powrotem do stolicy (Erywań to jedyne pewne miejsce, gdzie można dostać wizę. Ponoć w stolicy Karabachu- Stepanakercie też jest to już możliwe, ale nigdy nic nie wiadomo) i wizyta w Przedstawicielstwie Republiki Górskiego Karabachu. Tu chwila papierkowej roboty ze wskazaniem adresów kwater lub hoteli (w tej kwestii urząd okazuje się być bardzo pomocny, działając jednocześnie jak informacja turystyczna i rezerwując nocleg, oczywiście w odpowiednim przedziale cenowym) oraz wyszczególnieniem "zamieszkałych" miejsc, które zamierza się odwiedzić, zdjęcie i 11 tysięcy drahmów (około 22 euro), a po przerwie obiadowej wiza wraz z kartą akredytacyjną do odbioru.

Zakaukazie 2006 - Oby epilog
Militarne perypetie i azerski areszt z polskiej perspektywy


(Parę słów wstępu na początek. Jestem już w Polsce na praktykach nadmorskich, zaś z relacjami Zakaukazie 2006 grubo do tyłu:-). Komputerowo, bo na papierze są, no ale nieważne. Spotkalem się z 5 osobową ekipą (Siostra- Ola i Grzesiek, brat Bolek, Maniek i Zbyszek) w Armenii, a po jakimś tygodniu rozstaliśmy się w Tbilisi w Gruzji. 2 dni później dochodzą do mnie dziwne wieści z Azerbejdżanu, gdzie ekipa ruszyła pociągiem w tym samym czasie, kiedy ja do spowrotem Europy (przynajmniej teoretycznie :-). A zatem:

I.
Wieczorkiem, po pierwszym dniu praktyk nadmorskich (WGGiOŚ AGH-UST w Krakowie). Plażowa knajpka i piwko. Telefon wibruje. Przekaz wiadomości od ekipy z Azerbejdżanu i... zaskoczenie niesamowite lecz uśmiechnięte i luźne na pierwszy rzut oka. Sms o treści "Od Greg: Sie! Zawinęli nas za przejście obok złomowiska czołgów i siedzimy na dołku już 9 godzin. Jak się jutro nie odezwiemy to dzwoń do MSZtu. Dzieje się. Pzdr". !Ale jazz! Wrażenie mam, że oryginalna aczkolwiek czasochłonna i kieszeń odchudzająca przygoda, ale w sumie kto wie jakie klimaty i co się wyrabia? Chyba jednak nie jest źle, skoro nie zabrali mu telefonu? Odpowiedź na odpowiedź dodaje parę wątków i... wątpliwości. "Zawinęli nas koło miasta Puta, jakieś 20 km na południe od Baku. Byliśmy w wojsku, potem nas przewieźli na komisariat nie wiemy gdzie? Niech se Dziadzia wsadzi... rejestracje." O k..., zapomniałem, że Młody (pasjonat różnego rodzaju wraków i dziwnych ich części, które potem wmontowuje w swoje obrazy i instalacje) ma ze sobą tablice rejestracyjną, którą znalazłem na wraku pojazdu pancernego w Górskim Karabachu (Nagorny Karabach). Niby nic, tyle, że oba kraje są ze sobą w stanie wojny, a z Karabaską wizą w paszporcie nie ma co się nawet starać o wjazd do Azerbejdżanu. Jakieś czołgi, armeńskie wizy w paszporcie i jeszcze ten element z Karabachu... hm, to już zalatuje szpiegostwem. W sumie tablica mogła zostać znaleziona na drodze gdziekolwiek na terenie byłego ZSRR. Ot, po prostu radziecka rejestracja, ale tu okazuje się być chyba elementem wysoce niekorzystnym.
P.S. Mam nadzieję, że Młody ma ze sobą pałki w celi do poćwiczenia swego perkusjonowania :-)

II.
Następnego dnia daalej nieustająca burza mózgu. Za jakie sznurki pociągnąć i w jakiej kolejności, jeśli sytuacja w Azerbejdżanie się nie wyprostuje? Poczekam do jakiejś 10-tej, czyli tamtejszej 12-tej, a potem...? MSZ, polska ambasada w Baku, media? Jednak o 9:56 przychodzi sms o treści: Zwolnili nas o 6-tej rano po przesłuchaniach i trzepance. Jedziemy jeszcze do armii odebrać aparaty i mapy. Pisz na blogu co chcesz. Zrób zakręt z czołgami. Pzdr". To się rozjaśniło, choć słońce za ciężkimi chmurami. Wytrzyma przynajmniej w tym punkcie praktyki? W Azerbejdżanie pewnie jakieś czterdzieści parę stopni i "lampa". Ciekawe jak ich wewnętrzne baro-termometry wskazują? Po przygodzie i dalej do następnej, wojskowo ostrożniej, przez nadkaspijski kraj? Czy może załoga ma już dość Azerbejdżanu, a wulkany błotne zostaną tylko na zdjęciu w przewodniku? A może tak, a może nie, w każdym bądź razie daalej !...!
Daalej Dzieciaki Kolorowe!
daalej pjk

P.S. Nie rozpisuję się i więcej nie komentuję, bo to byłoby na tyle z polskiej pozycji. Dodam jeszcze tylko, że MSZ powiedział, że ich to nie interesuje i można dzwonić ewentualnie do polskiej ambasady w Baku. Tak więc pozostaje nam tylko czekać na bezpośrednie relacje i wrażenia z azerskiego aresztu (w sieci pewnie za jakiś czas na http://podrozniki.blog.onet.pl).
P.S.2. Dzieciaki Kolorowe jadą daalej. Wulkany błotne, kąpiel w Morzu (jeziorze) Kaspijskim pomiędzy szybami naftowymi i wogóle ciekawie, miło i przyjaźnie. Zatem powodzonka i dozox w kraju.

26

AGH
Akademia Górniczo-Hutnicza
im. Stanisława Staszica
Wydział Geologii, Geofizyki
i Ochrony Środowiska
Katedra Geologii Ogólnej i Geoturystyki
al. Mickiewicza 30,
30-059 Kraków
link: journals.agh.edu.pl/geotour