Geoturystyka

Relacje z podróży - Azja

Turcja. - kraina Wulkanów

÷Turcja, Kapadocja

Modlitwa jest lepsza niż sen
Bóg jest największy, Bóg jest najwspanialszy
Świadczę że nie ma bóstwa prócz Boga
Świadczę że Muhamed jest wysłannikiem Boga
Chodźcie na modlitwę!
Przybywajcie ku zbawieniu!
Bóg jest największy, Bóg jest najwspanialszy
Nie ma bóstwa prócz Boga

Adhan - wezwanie wiernych na modlitwę

"Allah akbar, Allah akbar ..." - ciszę poranka przeszywa przeciągła pieśń muezina zwołującego wiernych na modlitwę. Miasto dopiero się budzi. Nie słychać jeszcze zgiełku dnia. Powietrze jest rześkie. Na błękitnym niebie ostro odcina się biel minaretu pobliskiej świątyni. Znad morza dmie ożywcza bryza. Podchodzę do okna - po ulicy leniwie sunie samotny tramwaj. Dwóch chłopaków roznosi ogromne kosze chleba do okolicznych sklepów. A chleb (tur. ekmek) mają tutaj pyszny, z chrupiącą skórką i o miękkim, lekkim środku. Cudowny z masłem i pachnącymi pomidorami. Co ciekawe jego smak nie różni się na całej przestrzeni tego rozległego kraju. Od zielonych Stambulskich bram Europy aż po jałowe granice Iranu o poranku sklepy tak samo pachną świeżymi bochenkami zapraszając do śniadania. Wychodzę z hotelu. Świeżo zmyta ulica pachnie wodą. Tylu rzeczy będzie brakowało po powrocie.
Budzimy się w dość niewygodnych pozycjach w autobusie. Nocna podróż doprowadziła nas ze Stambułu do centrum kraju. Oczy łapczywie chłoną nowe krajobrazy. Dookoła przesuwa się jałowy step. Niewysokie pagórki, popękane skałki. Promienie wiszącego wciąż nisko słońca uwypuklają kształty. W porannym powietrzu obraz jest wyraźny. Z czasem wzgórza robią się coraz niższe aż w końcu całkowicie znikają. Ogromna płaska przestrzeń przytłacza. Wraz ze wznoszącym się słońcem i gwałtownie rosnącą temperaturą widoczność znacznie się pogarsza a horyzont zasnuwa mgiełka upału i pyłu. Pojawia się jezioro z piękną białą plażą. Pierwsza myśl - ciekawe, że taka masa wody nie utrzymuje najmniejszego drzewka ni krzewu. Ale przecież woda tych śródlądowych zbiorników jest słona a biały piasek to kryształy soli tworzące się, gdy latem jezioro wyparowuje znacznie zmniejszając swoją powierzchnię. Z czasem obserwacja równiny staje się monotonna. Nie dziwią już wędrujące stada kóz i owiec przemierzające wraz ze swoimi przewodnikami tę suchą krainę w poszukiwaniu rachitycznej roślinności. Oswoiliśmy się też z myślą, że w malutkich, wątłych domkach przycupniętych po kilka w bezkresie równiny rzeczywiście mieszkają ludzie, którzy być może przez całe życie nie poznali rozłożystej zieleni drzew, ni chłodu ich cienia. Szczęśliwie, po południu na horyzoncie znowu rysują się pagórki a potem większe wzniesienia a w końcu pojawia się majestatyczny stożek wulkanu Hasan Dagi (3268m). Skręcamy na wschód wjeżdżając między wzniesienia. Wielkie prace ziemne przy budowie autostrady wyglądają zupełnie nierealistycznie na tym pustkowiu gdzie samochód to prawdziwa rzadkość.

1Krajobraz bardzo się zmienia. Wprawdzie nadal jest sucho, a zamiast zieleni królują brązy, sepie i szarości i tak już będzie przez całą Turcję, jednak wzniesienia i skały przybierają coraz bardziej fantastyczne kształty. Wjeżdżamy do Kapadocji - bajkowej krainy wyplutej wieki temu z trzewi okolicznych wulkanów gdzie miękka skała rzeźbiona powolną erozją uformowała labirynt wąwozów bogaty kolorami kolejnych erupcji i usiany niezwykłymi ostańcami.
Mieszkamy w malutkim miasteczku Goreme. Dom wydrążony w zboczu wzgórza sięga tarasami od szczytu aż do drogi. W środku panuje przyjemny chłód, z tarasów rozlega się piękny widok na dolinę. Ponad połowę miasta wykuto w zboczu góry lub potężnych kominach ostańców pośrodku doliny. Pozostała część zbudowana z miejscowego kamienia również stwarza wrażenie wydrążonej w skale. Wspaniałe miejsce do dłuższego postoju i odpoczynku. Miasteczko jest senne. Po okolicznych wzgórzach i wąwozach można błądzić całymi dniami podziwiając cuda stworzone przez naturę. Historia odcisnęła tu także silne piętno. Wszędzie można znaleźć wydrążone w skałach pustelnie i kościoły. W wielu zachowały się wspaniałe freski, jedynie nieznacznie nadgryzione zębem czasu w tym suchym klimacie. Nie przez przypadek piszę tu o kościołach. Nim te tereny zalała potęga islamu, nim wogóle powstała ta religia, były to jedne z pierwszych miejsc do których dotarło chrześcijaństwo. To przecież tędy podążało ono do Rzymu a do tej pory przetrwało zepchnięte na wyżyny Armenii i Gruzji.

2Spędzamy tu cały tydzień, a wciąż szkoda wyjeżdżać. Posuwamy się dalej na wschód. Czas zmierzyć się z jednym z twórców Kapadocji. Przybywamy do Kayseri - potężnej rzymskiej fortecy z czarnego kamienia leżącej w cieniu ośnieżonego szczytu wulkanu Ercyies (3917m). Uwielbiamy wulkany. Są takie majestatyczne. Wyrastają nagle z równiny i rosną aż pod samo niebo. Chłód śniegu kontrastuje niesamowicie ze spaloną równiną i duchotą miasta. Oczarowani urokiem i egzotyką tutejszego bazaru wełnianego oraz zdegustowani miejscową rzeźnią pod gołym niebem wyruszamy w kierunku zimowego kurortu narciarskiego na stokach góry. Autobusik pnie się wygodną drogą przez reprezentacyjną dzielnicę miasta stromo w górę. Po lewej strumień wycina stromy i głęboki wąwóz. Nieopodal wznosi się niewielki stożek pasożytniczy. Idealny, książkowy wulkan - tak sobie je zawsze wyobrażałem nim zobaczyłem pierwsze w rzeczywistości.
Docieramy na przełęcz gdzie stoi parę zamkniętych o tej porze roku na głucho nieciekawych hoteli dla narciarzy. Nieopodal rozłożyło się wielkie obozowisko namiotów. Z początku dziwi i cieszy tak wielka popularność turystyki górskiej. Szybko jednak okazuje się, że to jednak diametralnie inny sposób spędzania wolnego czasu.Wielkie pole namiotowe na tym pustkowiu okazuje się być pełne restauracyjek, dyskotek i innego jazgotu. Ścisk, zapach dymu z grillów i pieczonej baraniny zdaje się raczej przyciągać niż odstraszać miejscowych gdyż dalej jak kilkaset metrów od obozowiska nie widać żywej duszy. Zresztą okolica rzeczywiście nie wydaje się ciekawa (!). Z lewej jeszcze trochę uwagi przyciąga błotnisty strumyk, ale już dalsze kamieniste wzgórze czy też niebotyczny, ośnieżony stożek wulkanu po prawej nie są w stanie zachęcić nikogo. Trzeba jak najszybciej stąd uciec. Zakładamy plecaki i ruszamy w kierunku przeciwnym do obozu. Niestety już po paru krokach drogę zagradza nam groźnie wyglądająca tablica napominająca językami, iż przejścia zakazano pod groźbą bliżej nieokreślonej kary. Strategicznie położone usypisko kamieni, na którego straży stoi znajduje się we władaniu wojska. Trzeba tu wspomnieć, że w Turcji jest wszędzie dużo wojska, co wynika po części z niestabilnej sytuacji na wschodzie kraju a po części z tradycji militarystycznych państwa uformowanego twardą ręką skądinąd światłych rządów Mustafy Kemala. Widok pokaźnego obozu wojskowego po przeciwnej stronie przełęczy nie zachęca do łamania zakazu, udajemy się, więc do stojącego nieopodal hotelu ministerstwa sportu by zasięgnąć języka. Podczas gdy Ewelina zostaje z plecakami i fotografuje igrające wokół wiewiórkopodobne zwierzątka, ja, przekraczając próg hotelu przenoszę się w epokę świetności naszego szczęśliwie minionego ustroju. Ciężki przysadzisty hol z zasłanymi dywanem schodami z szaroburego marmuru prowadzi do ponurego korytarza na piętrze. Boazeria z ciemnego drzewa odbiera temu miejscu resztki radości. Wszystko niby urządzone z przepychem, ale jakieś szare i przytłaczające. Nierealność miejsca podkreśla dodatkowo zupełny brak jakichkolwiek oznak życia. Recepcja jest pusta i ciemna, z korytarza nie dobiega żaden dźwięk. Przechodzę przez wielką, ponurą jadalnię i znów nikogo. W końcu w kuchni znajduję dwóch mężczyzn pijących herbatę przy małym stoliku. Jeden z nich okazuje się być kierownikiem ośrodka. Prowadzi mnie ciemnymi korytarzami do gabinetu. To już przerasta najśmielsze oczekiwania. Ogromne biurko ze skórzanym fotelem jest chyba żywcem przeniesione z gabinetu pierwszego sekretarza. Mnie dostaje się tylko niepozorne krzesło. W mieszance angielskiego i niemieckiego wykładam cel swojej wizyty. Wielu ludzi zna tu podstawy niemieckiego głównie z czasu zarobkowych wyjazdów do tego kraju. Wciąż zresztą w Niemczech żyją dość duże społeczności Turecka i Kurdyjska. Z rozmowy wynika, że właściwie pozwolenie nie jest tak naprawdę potrzebne, ale lepiej bym udał się do dowództwa jednostki i jednak go uzyskał, co też niezwłocznie czynię. Niestety, tutaj nie działa metoda na turystę - świętą krowę. W regionach turystycznych obcokrajowiec jest ceniony jako źródło zarobku i traktowany pobłażliwie tutaj jednak rzadko kiedy docierają goście a w dodatku wojsko ma zawsze to do siebie że gdy tylko można czegoś zabronić lub zakazać to jest to przestrzegane z najwyższą powagą. Nie jest mi dany nawet zaszczyt spotkania z oficerem dyżurnym. Miast tego jego adiutant informuje, że owszem pozwolenie otrzymam bez kłopotu, ale najpierw muszę dostać jakiś papier od kierownika z budynku ministerstw sportu. Po kilku kursach od Annasza do Kajfasza sytuacja staje się patowa gdyż wygląda na to, że do wydania jednego pozwolenia konieczne jest drugie i na odwrót. Na szczęście, gdy oficjalne kanały się wyczerpują (a niestety nie jest to Rosja i ojcowie nie zbierają tak nagminnie pieniędzy na cukierki dla dzieci) sprawa przybiera obrót mniej urzędowy i telefon kierownika do dowódcy jednostki umożliwia nam kontynuowanie podroży.
Popołudnie upływa na mozolnym drapaniu się w górę wzdłuż wyciągu narciarskiego. Dopiero powyżej górnej stacji teren prawie się wyrównuje. Do szczytu pozostało jednak jeszcze wiele godzin marszu. Cała północna ściana wulkanu osunęła się przy gwałtownej erupcji i właśnie tędy wchodzimy na płaskowyż kaldery. Niestety pomimo obfitości śniegu w górnych partiach nie udało nam się przed wieczorem znaleźć wody, która bezpośrednio z pól śniegowych nikła w rumoszu skalnym. Nisko leżące płaty śniegu okazały się zaś zbyt brudne i pozostaliśmy zdani na nikłe zapasy przyniesione ze sobą. Rozbiliśmy namiot na z trudem znalezionym kawałku niezbyt kamienistej łąki, która już wcześniej wiele razy musiała służyć za obozowisko. Po poprawieniu murów odwiatrowych, szczęśliwi cudownością i spokojem miejsca ułożyliśmy się na odpoczynek.

3Wspinaczka rozpoczęła się bladym świtem. Zwinęliśmy obóz a cały zbędny sprzęt zadekowali pod kamieniami. Słońce wstawało znad szarych oparów unoszących się nad otaczającymi nas równinami barwiąc purpurą skały na szczycie. Droga, a właściwie jej brak okazała się tyleż prosta, co uciążliwa. Pięliśmy się w górę po ogromnym piargu, a właściwie luźnym usypisku spękanej lawy, na szczęście na tyle płaskim by nie powodować długich upadków usuwających się z pod nóg kamieni. Wraz z wysokością horyzont poszerzał się coraz bardziej ukazując samotność wulkanu wyrastającego z ogromnej równiny. Po dojściu do szczytu krateru teren prawie całkiem się wyrównał. Panorama jest cudowna. Na południe ciągną się pola lawowe, a dalej równiny moczarów, na których podobno zobaczyć można stada flamingów. Od północy kaldera oraz rozległe Kayseri na szarej równinie. Zaczynamy obchodzić od strony południowej. Tutaj to właściwie jak spacer alejką w parku. Spotykamy dwójkę wracających ze szczytu Turków. Taszcząc linę i raki wyglądają trochę nie na miejscu, jednak zaraz dowiadujemy się, że przed szczytem trzeba przejść około dwustumetrowe strome pole lodowe. Niestety z powodu braku jakiegokolwiek sprzętu jesteśmy zmuszeni zawrócić. Zwlekamy jeszcze trochę. Siedzimy, podziwiamy krajobraz. Nad szczytem zaczynają się zbierać popołudniowe chmury i szybko całkowicie go przysłaniają. Czas wracać. Szczęśliwi schodzimy w stronę Kayseri.

Słońce sączy z nieba niemiłosierny żar. Nagrzane ulice i mury sprawiają, że z rzadka pojawiające się łaty cienia nie dają żadnej ulgi. Powiewy wiatru prócz kurzu niosą tylko kolejne fale upału. Starożytna Urfa rozsiadła się na pustynnym stepie tuż nad granicą Syryjską. Nad miastem górują resztki twierdzy a u jej podnóża rozciąga się kompleks meczetów i otoczonych kultem sadzawek - miejsce pielgrzymek wyznawców islamu. Z miejscem tym wiąże się oczywiście jakaś legenda, ale nasza przytępiona upałem świadomość nie rejestruje jej treści. Błądzimy po wspaniałym bazarze gdzie w zalewie taniej chińskiej tandety wciąż można znaleźć warsztaty stolarzy, kowali, blacharzy, tkaczy czy kuśnierzy. Obserwujemy z zaciekawieniem jak ze zwykłej blachy w sprawnych rękach rzemieślnika powstają piękne cyzelowane talerze i dzbanki. Gubimy się w mieście. Miast upragnionego klimatyzowanego pokoju fundujemy sobie tym sposobem parogodzinne poszukiwania. Stara część miasta ma typowo południowy charakter. Długo by tu doszukiwać się jakiegokolwiek zamysłu w planie ulic. Wszystko jest sklecone byle jak i trzyma się tylko na słowo honoru i siłą stłoczenia z inną podobną menażerią. Jest brudno. Zgiełk równie szybko wyrasta co kończy się otaczającą wszystko pustynią.
Nazajutrz wyruszamy dalej na południe do Harranu. Pagórkowaty krajobraz wokół Urfy szybko przechodzi w bezkresne równiny Syrii. Pomimo gorąca i suszy to jedno z najbardziej zielonych miejsc jakie spotkaliśmy w Turcji, a to za sprawą zakrojonego na ogromną skalę projektu nawadniania południowych pustyń. Jak okiem sięgnąć ciągną się uprawy bawełny (jeszcze zielonej o tej porze roku) zasilane potężnymi kanałami toczącymi dziesiątkami kilometrów wody rzeki Eufrat i rozlewającymi je na pola. Widok wartko płynących seledynowo-błękitnych mas wody jest prawie hipnotyczny w pustynnym upale. Jakże chciałoby się zanurzyć i ochłodzić. Niestety w niosących wodę betonowych korytach nurt jest tak wartki, że wyklucza wszelką kąpiel. Po dwóch godzinach docieramy do Harranu. Otoczeni chmarą dzieci - "przewodników" wchodzimy na niewielkie szare, pustynne wzniesienie w morzu zieleni otaczających pól. Ruiny miasta imponują, wprawdzie nie pozostałościami, gdyż ostało się niewiele, ale swym ogromem. Pomyśleć, że gdy nasi przodkowie gonili po lasach ledwie odziani w skóry tutaj istniała potężna cywilizacja, której wytwory (np. walające się wszędzie pozostałości płaskorzeźb czy kapiteli kolumn) fascynują do dziś, a która potem zginęła tak do szczętu że teraz z całego miasta pozostało kilka żałosnych lepianek. W gęsto zaludnionej Europie spotyka się takich miejsc niewiele. Miasta czy osady tracą lub zyskują na znaczeniu, lecz prawie nigdy nie zostają tak dokumentnie starte z cywilizacyjnego krajobrazu. Takie ruiny przyprawiają mnie raczej o melancholię, niż zachwyt i przywołują myśli o przyszłości naszej cywilizacji. Nie inaczej było i tutaj. Po paru godzinach błądzenia wśród rozwalisk biblijnego Harranu wracamy do Urfy.
Jak dawni podróżnicy Istambuł tak my moglibyśmy nazwać Urfę Bramą Wschodu na naszej drodze. Zachodnie wybrzeże Turcji, zdominowane na północy przez przemysł a na południu przez turystykę mimo wyraźnych znaków odmienności przejęło bardzo wiele z europejskiej kultury i stylu życia. W części centralnej szczególnie biedniejszych regionach rolniczych nasila się obserwowalny wpływ świata islamu i tradycji niemniej wszystko spowija utylitaryzm masowej turystyki. Urfa, nie tak często odwiedzana przez przybyszów ze świata zachodniego tworzy klimat całkowicie odmienny otwierając bramy nieznanego, choć jako duży ośrodek religijny, administracji i handlu wciąż zdradza wiele "nowoczesności". Dalej na południe są już tylko spalone słońcem równiny Syrii, z których na wschodzie wyrastają górzyste tereny wschodniej Turcji - cel naszej dalszej podróży. Wyruszamy do Mardinu. Drogą jak żywy rurociąg sunie niekończący się sznur cystern z ropą. Czy tak wygląda "nieuchwytny" przemyt z Iraku? A może to po prostu brak rurociągu. Równina przełamuje się łańcuchem stromo wznoszących się wzgórz. Twierdza Mardin spogląda czujnie na równiny Mezopotamii ze szczytu urwiska. W dół tarasami rozłożyło się miasto. Z podnóża twierdzy rozciąga się wspaniały widok na pokrytą szachownicą pól równinę. Wąskie, kręte uliczki odsłaniają za każdym rogiem wspaniałe meczety, medresy, domy mieszkalne. Miasto przez swe położenie zyskuje dodatkowy wymiar i tak samo ważny jak orientacja ulic na mapie staje się ich pionowy układ. Labirynt zaułków, schodów, ciasnych pasaży odsłania Mardiński bazar. W ciemnych i ponurych warsztatach powstają tu takie cuda jak wspaniałe kolorowe, wykonane w większej części z materiału a nie skóry, siadła na osły i muły, plecione i tkane makaty, kilimy i koce o niespotykanych wzorach i sposobie wykonania, metalowe naczynia, dzbany, talerze i niezliczone ilości innych przedmiotów. Miejsce to żyje handlem przedmiotami użytkowymi. Nic nie jest tu na pokaz dla turystów jak większa cześć skądinąd wspaniałego bazaru Stambulskiego.
Po krótkiej wizycie wyruszamy do Dyiarbakiru. W drodze na wschód wraz z zasobnością kraju pogarsza się także infrastruktura. Po raz pierwszy podróżujemy autobusem bez klimatyzacji. Pojazd przypomina piekarnik na kołach. Gorące podmuchy wpadające przez otwarte okna tylko pogarszają sytuację. Z pomocą przychodzi siedząca obok Kurdyjka. Nacieranie rąk i twarzy świeżymi liśćmi mięty przynosi chwilową ulgę. Szczęśliwie z przeciwległego brzegu Eufratu spogląda już na nas obwarowane czarnymi murami miasto. Potężne fortyfikacje, mimo iż miejscami nadgryzione zębem czasu robią duże wrażenie. Wieczór nie przynosi upragnionego chłodu. Zachodzi słońce, lecz powietrze nadal drży gorącem. Wzdłuż murów podążamy w stronę Eufratu. Wąskie uliczki i śniade, zarośnięte twarze Kurdów budzą niepokój. Jesteśmy tu postaciami z całkiem innej bajki a po części nawet intruzami. Z oglądających to my stajemy się obiektem zainteresowania. Nastrój podkreśla ciemność i atmosfera nieznanego. Z niskiej, masywnej bramy przegradzającej ulicę wylewa się sznur ludzi. Sceneria po drugiej stronie jest już całkiem nierealna. Wiatr pędzi przez skwer tumany śmieci. Tu i ówdzie płoną ogniska. Ludzie pojawiają się nagle z mroku a ich twarze rozświetla demoniczna czerwona łuna. Biegające wokół dzieci dopełniają atmosferę pradawnego festiwalu ognia. Na murach tańczą niezliczone cienie. Pobliski niewielki meczet jest pełen ludzi. Wygląda to na jakieś święto. Droga skręca stromo w dół wśród walących się ruder. W oddali widać kępy krzewów, wśród których połyskuje Eufrat. Nagle wszelkie życie zamiera. Choć nie widać tu nikogo, dzielnica budzi jak najgorsze domysły. Obmycie w wodach historycznej rzeki zostawimy sobie jednak na dzień. Wracamy. Jakże przyjaźnie wygląda teraz miasto po drugiej stronie bramy, które jeszcze niedawno budziło tak mieszane uczucia. Nazajutrz fundujemy sobie kolejny spacer po mieście. Jest bardzo żywe i gwarne.

4Po południu wyruszamy do Tatvanu. To jedno z dwóch większych, nieciekawych miast nad brzegami ogromnego, wyżynnego, słonego jeziora Van. Na północ od tego jeziora wznoszą się dwa majestatyczne wulkany Nemrut (3050m npm) i Suphan (4434m npm) od południa zaś ośnieżone łańcuchy górskie. Poza nieciekawym miastem miejsce jest wprost wspaniałe i stwarza możliwość wielu ciekawych wycieczek. Poznajemy tu osobliwego człowieka o imieniu Ekrem, który na czas pobytu w Tatvanie będzie naszym przewodnikiem, towarzyszem i nieocenioną pomocą i w tym krótkim czasie stanie się naszym przyjacielem.
Pierwszy dzień przynosi wyjazd na górę Nemrut. Porządna, bita droga prowadzi na sam szczyt wulkanu skąd opuszcza się na rozległą (kilka kilometrów średnicy) równinę kaldery. Znajduje się tu kilka jezior o różnej wielkości oraz składzie i temperaturze wody. Od wielkiego bajkowo błękitnego zimnego zbiornika wody słodkiej, przez mniejsze bagniste moczary, seledynowo-białe oczka aż po jeziorka mleczne i gorące. Bije wiele ciepłych źródeł, które prócz gotowania niczego nieświadomych żab dobrze służą miejscowej ludności. Bardzo ciekawe są kominy, z których wydobywają się prądy gorącego powietrza. Można tu też znaleźć lodową jaskinię - niewielką dziurę w ziemi, z której dla odmiany wieje wręcz lodowaty wiatr.

5Kolejnego dnia odwiedzamy potężne cmentarzysko seldżuckie oraz ruiny miasta i fortecy z tego samego okresu. To niesamowite ile przez te ziemie przewinęło się ludów i cywilizacji i jak wiele z nich całkowicie zaginęło zostawiając po sobie jedynie ruiny choć stały na niebywale wysokim stopniu rozwoju. Ewelina nareszcie spotyka tu swojego upragnionego żółwia. Jak do tej pory te podobno liczne tutaj zwierzęta jakoś nas omijały, tym razem jednak wygrzewającemu się na ścieżce osobnikowi nie udało się umknąć na czas i nie pozostało mu nic innego jak wdzięcznie pozować do fotografii oraz prezentować swoją wspaniałą muszlę i wielkie pazury.
Następny dzień przyniósł wyjazd na wyspę Akdamar i spotkanie z inną, także dawno minioną cywilizacją. Wyspa ta była schronieniem mnichów ormiańskich, po których pozostał na niej wspaniale zachowany, romański kościół z pięknymi płaskorzeźbami i dość mocno zniszczonymi freskami oraz ruiny klasztoru. Podróż statkiem po kryształowych wodach jeziora z widokiem na niebotyczne białe szczyty przysparza wspaniałych wrażeń. Na wyspie prócz historii czekała nas też lekcja botaniki. Otóż mnisi uprawiali tu migdały i część sadów pozostała do dziś. Widząc na drzewie owoce i znając ich doskonały smak z wypraw do domowej spiżarni zerwaliśmy po kilka jednak rozłupane nie przypominały niczym tych znanych z domu. Być może były jeszcze niedojrzałe? Zagadnięty Turek przekazał nam jednak na migi coś, co zrozumieliśmy jak zachętę do zjedzenia owocu. Szybko przekonaliśmy się jednak o błędzie naszej interpretacji. Owoc okazał się straszliwie gorzki, co zmusiło nas do natychmiastowego wyplucia przeżuwanej treści ku widocznemu zdziwieniu obserwującego nas Turka. Gdyby nie to właśnie wyraźnie wypisane na jego twarzy zdegustowanie naszym zachowaniem pewnie uznalibyśmy, że źle zrozumieliśmy jego zalecenia. Niedługo potem jednak z ust władającego angielskim znajomego naszego znawcy owoców dowiedzieliśmy się, że są dwa rodzaje migdałów - słodkie i gorzkie.
Niestety z wielkim żalem musieliśmy zrezygnować z naszych planów zdobycia wulkanu Suphan. Banalny, acz bolesny wypadek, który przytrafił mi się jeszcze w Dyiarbakiże pozbawiając mnie jednego z paznokci pozwalał mi na noszenie tylko jednego buta a chodzenie w sandałach wśród porastających tu wszystko kłujących krzewinek i wytężona uwaga by uniknąć bliskiego spotkania z jakimś jadowitym mieszkańcem tych terenów było w tej sytuacji wystarczająco trudne na równinie i bez plecaka. Po miłym pobycie w tym rejonie wyruszyliśmy więc na północny-wschód w stronę Araratu i granicy z Iranem okrążając niezdobyty, wyniosły Suphan.

6Dogubayazit, ostatnie większe osiedle w Turcji i pokaźna baza wojskowa na drodze do granicy z Iranem rozsiadł się na równinie u stóp Araratu. Ośnieżony szczyt biblijnego wulkanu kontrastuje z błękitem nieba i szarością otaczającej pustyni. Krętą drogą jedziemy wysoko ponad miasto w stronę imponujących ruin starożytnej urartyjskiej twierdzy i pochodzących z późniejszego okresu pozostałości pałacu Ishak Pasha Saray, dawnej siedziby kurdyjskich wodzów. Niewielki hotelik na stromym zboczu wzgórza u stóp pałacu poza wspaniałym widokiem na równinę oferuje też (za bardzo przystępną cenę) dość komfortowe warunki. Miejsce to, podobnie jak Kapadocja, swoim spokojem i pięknem otaczającej przyrody zachęca do spędzenia tu dłuższego czasu. Kolejne kilka dni spędzamy na pieszych wycieczkach po okolicznych wzgórzach poznając życie koczowniczych pasterzy i podziwiając niesamowite krajobrazy tych powulkanicznych terenów. Piękne i słoneczne dni upływają w rytmie krótkich acz intensywnych wieczornych burz (raz spada nawet pokaźna ilość gradu), które sunąc od południowego zachodu doliną u stóp hotelu pozwalają nam codziennie podziwiać ferie barw zachodzącego słońca łamiących się na pędzących burzowych chmurach połączone z pokazami iluminacji i ogłuszającej akustyki.
Niestety nieubłaganie zbliżający się czas powrotu zmusza nas w końcu do wyruszenia w drogę do Istambułu. Na kolejną wizytę zostawiamy sobie odwiedziny w starożytnym ormiańskim mieście Ani, górach północnej Turcji i na wybrzeżach Morza Czarnego. A przecież tutejsze drogi wiodą do Iranu, Armenii, Gruzji...  

26

AGH
Akademia Górniczo-Hutnicza
im. Stanisława Staszica
Wydział Geologii, Geofizyki
i Ochrony Środowiska
Katedra Geologii Ogólnej i Geoturystyki
al. Mickiewicza 30,
30-059 Kraków
link: journals.agh.edu.pl/geotour