Geoturystyka

Relacje z podróży - Arktyka

Wyprawa do Indii i Nepalu

÷Azja, Indie, Nepal

09.09.2010

Czytelnik zasługuje na kilka slow wyjaśnienia. A oto i one:
- to co piszę jest TYLKO moim subiektywnym odczuciem
- wydarzenia są prawdziwe lub mógłby zaistnieć....

Teraz w drogę...

Wyszedłem z lotniska i wbrew obiegowym opiniom nie zostałem obskoczony przez stado przewoźników - właściwie przez nikogo nie zostałem obskoczony, tylko udałem się na prawo od wyjścia w kierunku budki prepaid taksi, gdzie podałem adres: pahar ganj main bazar. Miły mister wystawił kwit na 310 rupii i pojechałem. Obecnie kończy się pora monsunowa, więc ulice pełne błota i taką właśnie ulicą dotarłem do mojego hotelu. Przyznam że odwiedziłem już wiele hoteli klasy budget od Turcji po Maroko i wszędzie wyglądają one tak samo. Zawsze zastanawia mnie kiedy przypadał czas ich świetności, bo nazwy zobowiązują: down town hotel, imperial palace, garden palace czy the only one. Te nazwy przecież nie mogły powstać same z siebie. Kto je nadal? Mam nadzieję, że adekwatnie do rzeczywistości i przecież nikt tak po prostu nie zrobił marmurowych posadzek.  Ale przecież zwykle widok z mojego pokoju obejmuje ścianę sąsiedniego budynku, pranie pościeli wydaje się dla obsługi pojęciem obcym. Ale są też plusy, pod sufitem z zawrotną prędkością wiruje wiatrak, woda w prysznicu nie jest ani zimna ani gorąca, ma jedną nieregulowalną idealna temperaturę jakby sama wiedziała co w tym klimacie jest dla ludzi najlepsze.

Dobrze. Po paru godzinach snu wyszedłem na śniadanie i znowu te nazwy: golden cafe, gurmet palace itp. Golden cafe okazało się po prostu otwartą wnęką i jakiejś rachitycznej strukturze budowlanej, która przecież w zgodzie z prawami fizyki nie może stać. Cóż oferuje takie
golden cafe? Ach oferuje! Masala omlet za 20 rupii i tosty za 25 grilowany ser 40 a na obiad full chikek (16 kawałków) za 200 i całe mnóstwo innych przysmaków około 100 rupii. Ale najważniejsze, że od ostatniego posiłku mija już 4 godzina, a mi nic nie jest, tylko piwo drogie,
bo 120 rupii.

10.09.2010

Wczoraj wieczorem już nic nie pisałem ale winny jestem jeszcze kilka informacji które się mogą przydać, a mianowicie internet, telefon i ryksze. Z żadną z wymienionych nie ma problemów, tj. 10 minut to 10 rupii, minuta do Polski to 5 rupii, 20 min ryksza to też 20 rupii.

Ryksza przynajmniej w teorii powinna należeć do zawiadującego rykszarza. Powinna należeć także z innego powodu, bo przecież któż inny oprócz rzeczonego rykszarza mógłby chcieć posiadać pół roweru z kanapą, która to część roweru właśnie żyje swoim 7, a może 9 życiem. Jest zardzewiała, poskręcana, powiązana, trzeszczy i skrzypi niemiłosiernie. A jednak okazuje się, że wiele z tych ryksz jest dzierżawionych od czegoś w rodzaju ryksiarskich korporacji, a te które są na własność, często stanowią jedyny majątek naszego rykszarza. Stawki za dzierżawę rykszy to 40 rupii/dzień. Rykszarz dziennie zarabia ok 300 rupii. Rykszarz zmotoryzowany za wynajem pojazdu płaci 300.../12h.

Tak więc nie wahajmy się zostawiając napiwki.

Ale cóż, właśnie w tym momencie hindustantimes wieszczy zamach na rykszarski świat, gdyż od 27.09 w Dehli będą jeździć specjalne, przeszklone, klimatyzowane autokary dla turystów typu hop on - hop out. Trasa ma trwać 3 h i obejmować najważniejsze zabytki w Delhi.

Zastanawiam się gdzie te autobusy się zmieszczą w mieście, w którym nawet skutery stoją w korkach.

Delhijski ruch uliczny zasługuje na osobny akapit. A więc w Polsce ulice są albo jedno albo dwukierunkowe - tutaj wszystkie są wielokierunkowe. W Polsce są jedno i czasami dwupasmowe - tutaj wszystkie są wielopasmowe.

11.09.2010

Pisanie dzisiejszej relacji sprawia mi niejaki wysiłek, gdyż ledwo żyję. Nie powiem dlaczego, ale za to pokrótce opiszę co i za ile można pić.

Nie wiedzieć czemu, piwo jest drogie, bo kosztuje 120 rupii, ale za to sprzedają w butelkach 0,65 l. Właściwie w Dehli są dwa dobre jego gatunki: kingfisher i foster's.

Okazuje się, że bytność Anglików zaowocowała także całkiem niezłą i tanią whisky i to należy pić w Indiach, gdyż butelka zacnego mc' dowell'a kosztuje ok. 200 rupii. W/w mc'dowell idealnie komponuje się z wodą lub pepsi, ale także na lodzie jak takowy jest. Wyśmienicie też smakuje bez dodatków. Dobrą porą na szklaneczkę mc'dowella jest zarówno śniadanie (gdyż nie ma nic lepszego jak piekielnie ostry omlet masala ze szklaneczką mc'dowell), jak i obiad (gdyż pan MD wręcz idealnie miesza sosem chili i tofu). Ale najbardziej właściwe jest MD do kolacji. Waniliowe nuty MD wyśmienicie podkreślają smak jagnięciny w słodkim sosie z ryżem.

Z Panem mc'dowell i jego innymi szkockimi przyjaciółmi najlepiej spotykać się w miejscach, gdzie Pan MD nie jest oficjalnym gościem, czyli w przyulicznych knajpach w pahar ganj, a konkretnie w golden cafe na main bazar, zaraz obok hotelu relax. Oficjalnie nie ma tam ani piwa ani whisky. Ale można je bez problemów zamówić, tylko pan mc'dowell wymaga dodatkowych 40 rupii dla rykszarza, który musi wpaść do pobliskiego sklepu.

Ach rozmarzyłem się. Ale jest 6 rano, a ja jadę pociągiem relacji Dehli-Agra po 2h snu. To jest specjalny pociąg dla turystów i raczej nie wszystkie takie są. Niemniej jednak jadąc nim żałuję, nas Anglicy nie zawojowali, nie wybudowali drugiej co do wielkości (po rosyjskiej) kolei na świecie. Jak już pisałem wcześniej ledwo żyję,w związku z tym nie jestem w stanie myśleć o zabezpieczeniu tak przyziemnej potrzeby jak woda. Usiadłszy w fotelu zdałem sobie sprawę, iż zanim dotrę do Agry najprawdopodobniej umrę z pragnienia (to jest ciemna strona pana mc'dowella). Nerwowo zacząłem rozglądać się za warsem, nic takiego nie ma. Tęsknie spoglądałem na butelkę należącą do siedzącego obok Japończyka. Wtem na końcu wagonu ujrzałem wspaniałego mężczyznę z tacą oszronionych butelek wody. Oczywiście natychmiast przypomniał mi się pan mc'dowell i zamknąłem oczy, gdyż to co widziałem to musiał być jakiś majak, a ja po prostu umieram z pragnienia i mam zwyczajne halucynacje. Mój majak się zbliżał. W końcu podszedł kompletnie zbaraniałemu umierającemu turyście wręczył 1,5 litra zimnej przepysznej wody. Ale nie był to jeszcze koniec moich przyjemności, bo oto za nim pojawił się drugi piękny pan i ten natomiast wręczył mi tackę z: ciasteczkiem, torebką herbaty, śmietanką, 2 cukierkami miętowymi i nie wiedzieć czemu metalowym widelcem. Za nim paradowali już następni panowie w czerwonych liberiach rozdając wszem czerwone termosiki z wrzątkiem. Jeszcze przez chwilę miałem nadzieję na jajecznicę, bo przecież dali mi widelec, ale ci przed momentem tak mili panowie właśnie zabrali mi tackę,opakowanie po ciasteczku i widelec... O dali śniadanie!

12.09.2010

Wczoraj wyruszyliśmy z Agry do Khujaraho. Najpierw pociągiem typu plackarta, ale bardziej zatłoczonym niż najbardziej zatłoczona plackarta w Rosji. Potem następne 3 h terenową toyota do Khujaraho. Ale nie o tym będzie mowa, bo indyjski transport wymaga osobnego omówienia. A mowa będzie o zwierzęciu, które właśnie transport czyni tak uciążliwym. Właściwie nie jest ono jedynym sprawcą trudności w poruszaniu, ale na pewno jedynym, który ma otaczający świat, a w tym auta i pociągi w głębokim poważaniu. Historia będzie o Krowach, o przepraszam, świętych Krowach.

Zacznijmy od początku.  Krowa, gatunku zebi jest zwierzęciem, które było odpowiedzialne za transport głównego Bóstwa Indii Shiwy. Tzw. Shiwa taxi ;). Krowa jest naprawdę ważna i doskonale zdaje sobie z tego sprawę, w związku z czym leży na środku drogi razem z koleżanką, stoi na środku drogi wraz z przyjaciółmi, lezie po torach. Zabicie krowy będzie wiązać się z poważnymi karami pieniężnymi lub w skrajnych przypadkach więzieniem.  W Indiach nie ma domów starców, a ludzie często umierają na ulicach, ale nie Krowy, bo krowom Państwo buduje domy pogodnej starości, gdzie w godnych warunkach dożywają swoich dni pod troskliwą opieką ludzi dożywających swoich dni, np. na ulicach Dehli czy Kalkuty.

Czym sobie owe sympatyczne zwierzątka na to zasłużyły poza byciem Shiwa taxis? Wbrew obiegowej opinii, iż krowa jest tylko święta i nic nie robi tylko blokuje ruch - Krowy i byki ciężko pracują w polu, dają mleko i opał w zimie. Na targach można kupić wysuszone łajno i potem nim palić. To łajno po rozpuszczeniu w wodzie i wysmarowaniu podłogi zabezpiecza przed wizytą insektów i węży.

Każda krowa musi mieć swojego właściciela lub opiekuna, a jeżeli krowa stara i takowego brak, jego rolę przejmuje państwo. Gatunek indyjskiej krowy jest niesamowicie wytrzymały i mówi się, że potrafi długi czas wytrzymać bez wody. Krowy w Indiach można jeść, ale tylko w jednym przypadku, a mianowicie w czasie ekstremalnego głodu, wtedy to państwo indyjskie może wydać odpowiednie zezwolenie, więc te święte krowy stanowią naturalny, rozproszony spichlerz na czarną godzinę.

13.09.2010

Najlepszym miejscem do umierania jest Varanasi. Tylko umierając tutaj można przerwać cykl reinkarnacji, a tym samym osiągnąć nirwanę. Idyjska biedota tłumnie pielgrzymuje do tego miasta tylko po to, aby zakończyć życie w jednej z wielu lokalnych umieralni. Niesamowita jest wiara tych ludzi, gdyż często śmierć nie jest spowodowana starością czy chorobą, ale świadomym zagłodzeniem się. Często całe życie odkładają pieniądze na pogrzeb w Varanasi. Pogrzeb kosztuje od 50 $ do 500 $ i więcej. W dużej mierze zależy to od rodzaju drewna użytego do kremacji - podobno najdroższe jest sandałowe. Kremacji dokonują niedotykalni na brzegu Gangesu. Wokół tego miejsca leżą stosy drewna. Nietykalni zawijają ciało w całun i układają na stosie, często stosów jest wiele obok siebie. Nietykalni chodzą od miejsca do miejsca podsycając ogień. Po ceremonii prochy oddają rzecze. Wcześniej ciało na noszach podróżuje po mieście przeciskając się przez wąskie uliczki. Potykając się o śpiących, niekiedy napotyka na umierającą krowę leżącą na ulicy, konwulsyjnie drżącą. Wokół roztacza się zapach odchodów. Krowa też przykryta jest całunem, a obok jej ciała palą się znicze.

Już kilka metrów dalej spokojnie sprzedaje się colę, fajki i bardzo słodki sok mango. Na przeciwko sklepikarz spokojnie przygotowuje betel. Pomiędzy tym przepychają się turyści.

14.09.2010

Siedzę na tarasie knajpy. Siedzę tutaj tak naprawdę od wczoraj z krótkimi przerwami na sen w dusznym pokoju. Wyłączam klimatyzator i wiatrak. Leżę pod dwoma kocami i się pocę. I tak na zmianę. Złapałem jakieś cholerne przeziębienie i próbuję się wszelkimi sposobami wyleczyć. W końcu odkryłem ginger lemon tea i to jest to coś dzięki czemu z każdą szklanką czuję się lepiej. Ale przeziębienie nie jest najgorsze. Najgorszy jest zapach, który z każdym podmuchem wiatru czuję w nozdrzach. Pachnie palonym żywicznym drewnem z delikatną nutą ludzkich zwłok. Zapach nie jest  szczególnie nieprzyjemny, ale już widok dymu i świadomość skąd pochodzi jest nie do wytrzymania. Wybrzeże Gangesu, gdzie masowo palą zwłoki jest ode mnie w prostej linii jakieś 600 m i 5 pięter niżej. Właściwie wystarczy że użyję mojego zooma x5 i widzę stosy. Stosów maksymalnie wydziałem 6, między nimi psy wyjadają resztki i spacerują krowy. W osiąganej w nich temperaturze właściwie nie da się spalić całkowicie ciała. Spalarnia  pracuje 24h, średnia wydajność to 150 ciał dziennie. Na początku był to tylko zapach, teraz wydaje mi się, że między zębami od czasu do czasu pojawia się popiół. Oczywiście to już wymysł wyobraźni, no ale... Tak mam dosyć Varanasi. Na szczęście wieczorem wyjeżdżam w kierunku Pokhary.

20.09.2010

Mieszkańcy Pokhary twierdza, że mityczny raj -  Shangri-la jest właśnie tutaj. Chociaż  to tylko dobry PR, to wielu podróżnych podziela tę opinię.  Może dlatego że do Pokhary jedzie się zwykle z Indii, które prawie na pewno zasługują na miano piekła.

Pokhara jest  zielona, cały rok trwa tu lato, a klimat jest bardzo łagodny. Idąc ulicą czujemy się jak w europejskim górskim resorcie. Ulice są naprawdę czyste, knajpki i sklepy na wysokim poziomie.  Praktycznie każdy smakosz znajdzie tutaj kuchnie dla siebie. Ceny są 2-3 razy niższe niż Polsce, tylko za piwo trzeba płacić jak na krakowskim rynku.
Dziesiątki agencji turystycznych proponują trekkingi, elephant safari czy loty na paralotniach lub przeloty do lo mustang.
Są tu też wioski uchodźców tybetańskich ze świetnymi targowiskami, pełnymi paciorków, kamieni, posążków etc.

Idąc na spacer np. W okolicach masywu Annapurny napotykamy na rożne wioski, sklepiki. Droga raz wije przez bambusowy gaj, potem znowu jakieś osiedle. Wszystko sielskie, miłe, czyste i pełne marihuany. Rośnie tu jej fioletowa odmiana sansymila. Krzaki rosną z reguły przy prawie każdym domku. Mój znajomy Nepalczyk po ćwiartce indyjskiej whisky rozpływał się w zachwytach nad sansimila nazywając ją darem boga...;) w takim domku zwykle maja przygotowane wysuszone szczyty lub aromatyczne żywiczne grudy. W niektórych domkach możemy się zaopatrzyć w tzw. Magic mushrooms ze swoja siłą plasują pomiędzy polska łasiczką a meksykańskim killerem... Nepalczycy  uważają ich grzybki najlepiej smakują w 10grzybkowej drużynie. Niekiedy też przemili autochtoni znajdują dawno nie używaną fajkę z opiom.

W każdym natomiast domu miła gospodyni poczęstuje zdrożonego turystę roksi, czyli winem z milletu(proso). Przepis na roksi jest prosty: zagotować ziarna z woda z przyprawami. Sfermentować i przecedzić. I cieszyć się  jego ponoć zbawiennymi dla zdrowia właściwościami. Jest jeszcze roksibimber, który jest  potężnym destylatem.

Jak na raj przystało wszystkie wyżej wymienione uciechy powinny być na wyciągniecie reki. I są! Ale czyż w raju nie powinniśmy móc się bawić do białego rana, no może nie całkowicie za darmo ale np. za 50 zł. Tylko w Nepalu są miejsca gdzie szanowny turysta może pójść bawić się, jeść ile chcę, pić ile chcę i co chce, palić co chcę. A później jeszcze zostanie za darmo odwieziony do hotelu. Takich miejsc jest w Nepalu kilka, a jedno tuż obok Raju Pokhary. ;)

21.09.2010

Friendship road tak ma się nazywać droga z Delhi do Lhasy. Poznałem jej nepalski odcinek Chitwan do Kathmandu.
Po tej podróży  autokarem uznałem, że warto napisać coś o lokalnych punktach komunikacyjnych. Moja trasa liczy 170 km i trwa 12h. Jeżeli drogi Czytelnik chce wiedzieć dlaczego, niech podąży za mną.

Drogi w Nepalu  są, ale mało i w okropnym stanie,  szczególnie podczas i po  monsunie.
Fragment nepalskiej drogi lubi od czas do czasu się rozmyć, gdyż często na dany fragment spada wodospad. Na drogę lubią spadać też skały. Głazy te są dość perfidne ponieważ często trafiają w autokary. Skały zdarzają się różnorakie: od małych kamyków, które się po prostu wymija, po kilku metrowe głazy. Przyczyny pojawiania się ich na drodze są dwojakiego rodzaju:
- naturalne; urwało, spłynęło i leży
- zamierzone; sabotaż

Zdarza się, iż miejscowa ludność narzuci na drogę trochę kamieni i drzew i w czasie gdy służby zajmują się usuwaniem zawalidrogi owa ludność oddaje się  nieskrepowanemu handlowi z wkurwionymi kierowcami, stojącymi w kilometrowym korku.
Zwykle odbywa się to tak. Jedzie ogonek aut. Nagle buch. Odpadło np. 2 m drogi albo wodospad wymył dziurę.
Na szczęście w Nepalu jest tylko kilka dróg, wiec policja drogowa monitoruje newralgiczne punkty.

Ale wróćmy na drogę. Stoimy i czekamy, leje, wychodzimy z aut i się gapimy. Czasami co bardziej narowiści kierowcy terenówek próbują forsować przeszkodę. Za nimi ruszają kierowcy potężnych ciężarówek TATA, na co drugiej widnieje napis: King Road - speed limit 40km/h, Truelove czy off-road express. Gdy już kompletnie nie da się  niczym przejechać, pojawia się spychacz, czyli żółte monstrum Kawasaki. Szybko nabiera ziemi. Rach - ciach zasypuje dziurę. Wyrównuje. My jedziemy dalej.

To była sytuacja banalna. A teraz wyobraźmy sobie upał, autobus Chiwan - Kathmandu, i  niespodziewany kilometrowy korek. Kierowca wyłącza silnik. Wychodzę. Miejscowa ludność sprzedaje cukinie z chilli, cukierki, cieciorkę, coca-cole i inne substancje, których nie mogę zidentyfikować. Ale chyba smaczne bo interes kwitnie.

Okazuje się, że przyczyną przystanku jest głaz średnicy ok 2m, który właśnie  urwał się ze zbocza. W około głazu wije się tym razem pomarańczowy potwor daewoo z pneumatycznym młotem i co sił wali w przeszkodę. My kibicujemy, doradzamy że teraz to z lewej, albo już można go zepchnąć do rzeki.
Po godzinie potwór rozszarpał głaz. Teraz do akcji wkracza nasz dobry znajomy - żółte kawasaki. Spychacz zrzuca resztki skały do płynącej poniżej rzeki ,na której tak się składa organizowany jest rafting. Pontony w popłochu uciekają ku bezpiecznemu brzegowi. My jedziemy mijając zwłoki mężczyzny, który miał mniej szczęścia niż inni.

Chciałem już napisać o czymś innym, ale właśnie spłynęło kawałek zbocza i znów stoimy...
Skoro i tak stoimy to pochylmy się też nad innymi aspektami nepalskiego transportu drogowego.
Ponieważ brak jest chodników po drogach poruszają się także piesi. Częstym widokiem jest stado kóz, paradujących środkiem. Paradują też gęsi i inne zwierzaki. A nierzadko na środku śpi pies.

W Nepalu przy drogach znajdują się  tzw. Checkpointy, które zostały tu po wojnie. Wcześniej też były, ale nie w takiej ilości jak teraz. Można wyróżnić 4 rodzaje posterunków (buda przy drodze):
- policyjne - spisują numery rejestracyjne, czasami coś kontrolują
- policyjno-maoistyczne - te pobierają także opłaty
- dzikie maoistyczne - te pobierają tylko opłaty,
- społeczne - pobierają opłaty
Na szczęście nie są one szczególnie uciążliwe, bo w Nepalu maoiści stali się biznesmenami, więc postawili check pointy i zbierają po 20-50 rupii od samochodu. Chyba w zależności od jego gabarytów, a może od humoru lub mogą po prostu mięć zaplanowaną na wieczór imprezę. Biorą. Przybijają pieczątkę i jedziemy.  Nie tylko maoiści zbierają haracz, ale też rząd (w sumie rząd to też maoiści) oraz lokalne społeczności. Społeczności zbierają zwykle na jakiś lokalny cel np. nową drogę.

Dlatego drogi turysto nikt tu nie podaje odległości w kilometrach tylko w godzinach. W długich godzinach.

22.09.2010

Coś mnie ugryzło w nogę. Niestety nie znalazłem winowajcy. Na co zresztą nie liczyłem, choć przez chwile miałem małostkowe marzenie o rozdeptaniu drania.

Zaczęło swędzieć. Zacząłem drapać. Zrobiło się duże, purpurowe z czarna kropka w środku. Minęły dwa dni.  Niestety dwa wyżej wymienione dni spędziłem w oparach whisky, nikotyny i sansimili. Jak łatwo się domyślić zrobiło się jeszcze większe,  bardziej purpurowe, tylko czarna kropka pozostała tych samych rozmiarów.

Tak się złożyło, że właśnie wylądowałem w parnej dżungli. Pomny historii Stasia i Nel,  postanowiłem udać się do lekarza. Znalazłem jakiegoś chłopa na motorze. Obiecałem 100 rupii i kazałem się wieźć. Po jakimś czasie i minięciu kilku wiosek, w każdej miałem nadzieje na ratunek,  doktora znalazłem dopiero  w szóstej czy siódmej. 

Przychodnia okazała się wnęka między monopolowym a tekstylnym. Wnęka była pod sufit, wyładowana lekarstwami i była biała. To wzbudziło moja nadzieje na ratunek. A gdy za regalem zobaczyłem nosze z podpiętą  kroplówką już wiedziałem, że tu leczy się ludzi. Rozmowa z doktorem była lakoniczna ale konkretna.

Ja: pokazuje nogę
Doktor: każe się na ławce kłaść, bierze latarkę i długo przygląda się całej moje długiej prawej nodze
Ja: Czekam na werdykt
Doktor: Patrzy mi głęboko w oczy. Teatralnie milczy i w końcu mówi:
- jesteś  zakażony!
Ja: Otwieram szeroko jape
Doktor:
- i co mam teraz z tym zrobić?
Zapytał,
Ja: Otwieram jeszcze szerzej jape. Bo przecież on chyba powinien wiedzieć. Ostatkiem sil wydukałem:
- Nie wiem, a może ty coś zaproponujesz
Doktor: znów spojrzał mi głęboko w oczy, pogroził palcem i powiedział:
- to bardzo dobry pomysł.

Potem już było tylko lepiej. Doktor tarmosił mi ranę gazikiem, szczypcami, zalewał spirytusem i smarował jodyna. Zamiast znieczulenia nazywał mnie swoim przyjacielem i przepraszał...;)
Po opatrzenie wróciłem do dżungli zaopatrzony paczką antybiotyku, moja noga się powoli goi.

26

AGH
Akademia Górniczo-Hutnicza
im. Stanisława Staszica
Wydział Geologii, Geofizyki
i Ochrony Środowiska
Katedra Geologii Ogólnej i Geoturystyki
al. Mickiewicza 30,
30-059 Kraków
link: journals.agh.edu.pl/geotour