Relacje z podróży - Antarktyda
Góra Vinson - przygoda z Antarktydą 2001
Witold Szylderowicz 2005-08-04
÷Administracja Chile, Zachodnia Antarktyda
Jest
koniec października, z ciekawości wysyłam e-mail do Adventure Network
International sprawdzić jakie warunki proponują, żeby zdobyć Mt.
Vinson. Zaznaczyłem, że zainteresowany jestem wyłącznie podróżą z Punta
Arenas do Patriot Hills i dalej do bazy pod Vinsonem.
Za dwa dni dostaję odpowiedź, że i owszem mogę lecieć na Vinsona lecz, po pierwsze nie obsługują wcale wypraw solowych, po drugie mogę przyjechać z kimś pod warunkiem, że ja albo ten drugi będzie miał potwierdzone uprawnienia przewodnika górskiego (międzynarodowe uprawnienia). Kiedyś o tym myślałem ale praca, praca, a poza tym to, że lubię wspinać się po górach nie znaczy że muszę być przewodnikiem, radzę sobie zupełnie dobrze. Podobno tak ostre warunki, postawiła im firma ubezpieczeniowa, ze względu na wysokie koszty ewentualnej akcji ratunkowej.
Znając koszt uczestnictwa w wyprawie praktycznie zapomniałem o sprawie. Wysłałem dla podtrzymania dyskusji e-mail, że jestem gotów zapłacić
połowę pieniędzy. Na początku grudnia przychodzi informacja że dają mi
prawie 30% rabatu. Jeżeli zgadzam się to wyślą mi dokumenty do
wypełnienia oraz proszą mnie o przesłanie pieniędzy. Zazwyczaj
podejmuję decyzję z dużym wyprzedzeniem a tu....
Drzemię w
samolocie do Punta Arenas. Myślałem, że zobaczę może Cerro Torre albo
Torres del Peine a tu chmury i deszcz. Na lotnisku miła niespodzianka -
odbiera mnie obsługa ANI. Wiozą mnie do hotelu. Umawiamy się na
kontakt. Jutro mam cały dzień do swojej dyspozycji.
Punta
Arenas to miasto skąd praktycznie wyruszają wszystkie ekspedycje na
Antarktydę czy też w Torres del Peine. Miasteczko bardzo przyjemne ok.
120 tysięczne, obecnie główny ośrodek administracyjno społeczny w
południowej części Chile. Na każdym kroku widać ślady pionierów
zasiedlających te ziemie w postaci pomników, popiersi, itd. Latem
zamieniające się w centrum turystyczne obsługujące całą południową
Amerykę. Dla zabicia czasu jadę obejrzeć Pingwiny Magellana. Całkiem to
sympatyczne zwierzątka, wychowujące swoje małe w jamach w ziemi.
Śmiesznie chodzą, ludzi się w ogóle nie boją i ryczą jak osły.
Następnego dnia o 10:00 odprawa uczestników wypraw. Jest nas ok. 20
chętnych zdobyć Mt. Vinson. Po twarzach widać, że nie jest to tania
wyprawa. Jestem jednym z najmłodszych uczestników (39 lat).
Odprawa przebiega bardzo profesjonalnie, slajdy, omówienie lotu,
ciągłe informowanie, że leci się do stolicy zimna. Wystąpienie kapitana
samolotu, który przypominał, że do kabiny pilotów można spokojnie
wchodzić tylko żeby mu nie błyskać fleszem po oczach. Wszystko pięknie
tylko dzisiaj nie lecimy, pogoda, trudności ze zgodą itd.
Kontakt między 5:00 a 6:00.
5:00 prysznic, leżę i oczekuję telefonu. 7:00 telefon,
dalej te same problemy, kontakt ok. 18:00. Informacja w hotelu, kontakt
5:00-6:00 rano. 5:00 prysznic, oczekiwanie. 7:00 telefon zapraszają na
10:00. Na zebraniu przepraszają za kłopoty, ale ciągle te same
problemy, że kontakt......
5:00 prysznic,
oczekiwanie. 6:00 telefon, że przyjadą po mnie o 6:40. Punktualnie o
6:40 podjechał autobus pełny uczestników. Wyglądamy dość komicznie.
Tutaj środek lata a my w pełnym zimowym rynsztunku. Niektórzy w
kombinezonach puchowych, w One Sportach (wspaniałe wysokogórskie buty
produkowane przez Milleta. Zintegrowana skorupa zewnętrzna ze
stoptutami. Bardzo ciepłe. Bardzo drogie).
Wiozą nas na
lotnisko, ważą nam precyzyjnie bagaż podręczny. Łącznie cały bagaż nie
może przekroczyć ok. 23 kg czyli 50 lb. Za każdy dodatkowy 1 lb (0,45
kg) trzeba zapłacić 30 USD. Więc bardzo ostrożnie z wyborem rzeczy na
wyprawę. Ja ze względu na pokaźną ilość sprzętu filmowego muszę
zapłacić 250 USD. Lekko się zdenerwowałem bo myślałem, że te parę kilo
to nic, lecz niestety angielska biurokracja....
Lecimy
Samolotem typu Herkules z oznaczeniami ANI. Duża transportowa maszyna w
środku której wstawiono fotele do przewozu ludzi. Lot trwa 6h. Wszystko
jest dobrze gdyby nie silny hałas i drżenie w kabinie.
Lądujemy w Patriot Hills, jest to baza czynna w sezonie letnim,
położona w odległości 1076 km od bieguna południowego i ok. 200 km od
bazy pod Vinsonem. Jest to główna baza wypadowa na zdobycie Mt.Vinsona
i innych szczytów np. Mt. Tyrae (drugi najwyższy szczyt Antarktydy)
oraz bieguna południowego.
Baza składa
się z kilku dużych namiotów, w których odbywa się codzienne życie
uczestników wypraw i obsługi bazy oraz całego miasteczka namiotowego w
których się śpi. Warunki są tu bardzo spartańskie a konieczność
przestrzegania rygorystycznych przepisów ochrony środowiska doprowadza
do rozpaczy. Sika się do beczki, nawet wodę którą się myję muszę wlewać
do beczki, to wszystko muszą potem wywieźć. Tak więc kąpiel w dwa i pół
litrach wody to ogromny luksus który możesz sobie zafundować biorąc
oczywiście swój termos do ciepłej wody. Normalnym wyposażeniem umywalni
są dwa termosy 0,7 l. Baza wyposażona jest w nowoczesne środki
łączności oraz samoloty latające prawie po całej Antarktydzie. Jej
głównym atutem jest pas ok. 5 km na 1 km pięknego błękitnego lodu, na
którym mogą lądować ciężkie transportowe samoloty.
Zaraz po
lądowaniu tylna klapa samolotu kładzie się, a my jak komandosi w
szeregu wychodzimy na ten śliczny błękitny lodzik. Fala zimnego
powietrza nie zostawia żadnych złudzeń - ANTARKTYDA!!!
Uczestnicy przegrupowują się i szykują do odlotu do bazy pod
Vinsonem. Ja mam lecieć w drugiej turze, więc czym prędzej zmykam do
mesy na coś ciepłego.
Pogarszająca się pogoda w górach nie
pozwala na dalsze loty. Winem z kartonu w plastikowych kieliszkach
wznosimy toast za zdobywców Vinsona, którzy właśnie przylecieli.
Patrząc po twarzach można poznać, że szczyt może łatwy, ale warunki tam
panujące nie są lekkie. W miłej rodzinnej atmosferze spędzam wieczór w
mesie integrując się pozostałymi uczestnikami. Jedną z bardzo ciekawych
postaci jest Eric Weihenmayer z Colorado USA niewidomy alpinista,
realizujący przy współudziale przewodnika górskiego Chrisa Morisa
koronę ziemi.
Następnego dnia pogoda w masywie Vinsona bez
zmian. Patrząc na bielące się szczyty niedaleko bazy myślę, że można by
się gdzieś wspiąć. W końcu nie wytrzymuję pakuję sprzęt, radio i
kieruję się na nartach w stronę gór. Ostatni kilometr do podstawy gór
jadę po pięknym błękitny lodzie. Jak wygląda jazda po pochyłym lodzie
który zamarzł jak lekko sfalowane jezioro to się możecie domyśleć.
Szczyty okalające bazę przewyższają ją o 400-500 m. Bardzo miłe wspinanie po ścianach z lodo-śniegu 40-60 stopni.
Widok z góry uzmysławia mi, że Antarktyda to nie tylko lód i równina
lecz nie przebrane po horyzont morze gór. Kładę się spać o pierwszej.
Słońce świeci sobie wysoko. Jest to niewątpliwie zaleta koła
podbiegunowego latem, łagodząca warunki tu panujące. Mimo, że
temperatura powietrza jest tu ok.-10 do -20 stopni, to w namiocie
temperatura utrzymuje się na poziomie +5 do +10 stopni. Gorzej jest
kiedy słońce zajdzie za chmury, albo inną przeszkodę naturalną.
10
stycznia, lecimy dwusilnikową Cesną do bazy po Vinsonem. Patrząc na
Antarktydę z góry ma się wrażenie, że płynie się nad chmurami, z
których wystają wierzchołki gór. Na całej przestrzeni góry, morze gór.
Po wylądowaniu w bazie na 2200 m poznajemy naszego lidera. Keil
przewodnik z dużym doświadczeniem w górach typu Mt.Kinley, Aconcagua.
Nasza grupa składa się z 5 osób i dwóch przewodników. W sumie tylko ja
mam duże doświadczenie w górach wysokich. Po przepakowaniu, część na
plecy, część na sanki ruszamy w dwóch zespołach do obozu I na 2700 m.
Wędruje się po lodowcu Bransbomb. Obóz I zakładamy na wprost zachodniej
ściany .
Mt. Vinsona. Ściana ta robi duże wrażenie, ponad
1500 m skały i lodu. Pomiędzy zachodnią ścianą a Mount Slaughter spada
lodowiec, którego lewe ograniczenie tworzy piękny 1500 m kuluar o
nachyleniu 45-60 stopni. Do wierzchołka, 2100 m wspinania. Myślę, że
obecnie jest to najładniejsza droga wejścia na Vinsona. Następnego
dnia, 11 stycznia idziemy ok. 2 h po lodowcu wzdłuż zachodniej ściany
Vinsona na wysokość 2950 m. Wspaniałe widoki roztaczające się na
pd-zach ścianę Mt Shinn, za którego wyłania się Mt. Tyrae dają
wyobrażenie ile jest tu jeszcze do zrobienia. Ściany po 2000 m, trudny
dostęp, warunki tu panujące powodują, że prawie każde przejście jest
wysoko oceniane.
12 stycznia. Następny odcinek ruszamy w
rakach wchodząc do ogromnego kotła zamkniętego ścianami Mt.Shinn a
Mt.Vinsonem. Ogromne leżące bloki połamanych seraków wokół
uzmysławiają, że alpinizm to chyba nie jest najbezpieczniejszy sport.
Idziemy powoli rozglądając się na prawo to na lewo, teren staje się
coraz bardziej stromy. Trawersujemy ścianę zamykającą przełęcz,
omijając raz z lewa, raz z prawa piękne lodowe seraki. W trakcie
podejścia dwójka uczestników z braku doświadczenia rezygnuje z dalszego
podejścia wracając z drugim przewodnikiem do obozu. Dalej do obozu III
na 4000 m, położonego na ogromnej przełęczy podchodzimy w czwórkę. Gdy
słońce zachodzi za granią temperatura spada do -30 stopni.
13 stycznia. Wstajemy ok. 11:00 i szykujemy się wyjścia na szczyt.
Mimo, iż trzy grupy przyleciały dwa dni wcześniej, wychodzimy razem do
ataku. Pogoda doskonała, niebo bezchmurne, -25 stopni. W miarę
zbliżania się do wierzchołka temperatura spada i robi się dość
wietrznie. Szybko ubieram wszystko co mam i nie mogę powiedzieć, że
jest mi ciepło. Na przełęczy pod granią szczytową zostawiamy plecaki i
ruszamy w górę granią (I-II), miejscami eksponowaną. Silny wiatr
temperatura -35 stopni nie pozwalają się zbyt długo cieszyć
przepięknymi widokami. Schodzimy pośpiesznie na dół. Droga powrotna po
ogromnych lodowych polach nuży coraz bardziej, mimo maski, gogli,
zaciągniętego kaptura czuję, że wiatr próbuje znaleźć każdą szczelinę
do mojego ciała.
Walczę z zamarzającym nosem i policzkami.
Po powrocie jestem zamarznięty słownie i dosłownie, wyglądam jak
bałwan. Dopiero w śpiworze rozgrzewam się powoli.
14
stycznia. Pakujemy wszystko i schodzimy do bazy na 2200 m. W Patriot
Hills jest zła pogoda, więc samolot po nas nie przylatuje. Następną
niespodzianką jaką zapewnia lodowy kontynent jest ciekawe zjawisko
pogorszenia oceny odległości i kształtu. Unoszące się w powietrzu małe
igiełki lodu powodują, że bardzo trudno ocenić odległość i nachylenie.
Stąd piloci mimo, że jest ładna pogoda, nie mogą lecieć. Na następny
dzień samolot zabrał część uczestników, lecz ciągle pogarszające się
warunki tym razem u nas nie pozwalają na dalsze loty.
16
stycznia. W miarę pojawiających się przejaśnień rośnie nadzieja na lot
do Patriot Hills. Jak nas pociesza Keil bywało, że i ponad tydzień
czekano na samolot. Wreszcie lecimy. Samolot po oderwaniu się od
lodowca mknie na spotkanie przepięknych seraków. Z zapartym tchem
obserwujemy wysiłki pilota, który manewruje ciężkim samolotem. Skrzydła
tną powietrze kilkanaście metrów od lodowych turni.
W Patriot Hills wszyscy uczestnicy wielu wypraw świętują sukcesy w gwarze i radości.
17 stycznia. Na szczęście nie spełnia się czarny scenariusz
spędzonych tutaj kilku dodatkowych nocy, który przychodził mi na myśl.
Donośny dźwięk Herkulesa rozbrzmiewa po lodowej pustyni. Ok. 14:00
wielki transportowiec ląduje na błękitnym lodzie. Silny wiatr i
temperatura prawie -20 stopni powoduje, iż wszyscy ruszyli do szybkiego
rozładowania i załadowania Herkulesa. Po półgodzinie pakujemy się do
samolotu. Startujemy. Przez okienko przemykają coraz to mniejsze
szczyty przepięknej lodowej Antarktydy.
Na pewno jest po co wrócić.
Witold Szylderowicz - lat 44, wspina się od 1982. Ponad 200 wspinaczek w górach latem i zimą.
Wysokościowo: Elbrus, Kilimangaro, Aconcagua, Mt. Mc Kinley, Mt. Vinson, Gasherbrum II, wyprawa na Everest 1999.

Relacje z podróży 
