Geoturystyka

Relacje z podróży - Ameryka północna

Otwórz oczy... Droga ku słońcu - MONTANA

÷USA, Montana

Najgorsza jest ta dzicz. Oczywiście ja rozumiem, że człowiek aktualnie lgnie do przyrody, bo zmęczony jest zgiełkiem miasta, ale to? Ja chyba dostanę aerofobii od tych pastwisk. Właściwie to już nie dostanę , bo nie widzę ani pastwisk ani nic poza nimi. Nie dość, że zmrok nam zapadł nieprzyjemnie i niespodziewanie po kilku godzinach drogi, nie dość, że spadł nam deszcz i rozślizgał bezczelnie szosę to jeszcze wzdłuż świecą ślepia zwierzyny. A ta zwierzyna tylko czyha by wpaść pod koła wypożyczonego samochodu ubezpieczonego na minimum stawki, prowadzonego przez znużonego i wystraszonego otoczeniem kierowcę.
- Szukasz tego kampingu czy nie? - szczęka ze złości zębami Gośka usiłując równocześnie patrzeć na poboczne ślepia, na przeciwne samochody i we wsteczne lusterko.

- No jak Boga kocham nic nie ma! Są na mapie dwa, wygląda, że w ciekawym lasku, ale dopiero za 70 mil. Jakieś 70...

Milknę, bo właśnie mijamy rozjechanego trupa jelenia. Nie no, horror jakiś czy co.

- Jedź wolniej, bo jeszcze w co wjedziemy.
- Jak będę jechać wolniej to tych 70 mil nie strawimy do jutra. Zrób coś, bo i tak zasypiam.

No to śpiewam. Opowiadam dowcipy. Opowiadam historię swojego życia i życia najbliższych. Czytam przewodnik. Tańczę na siedzeniu. Szarpię ją za głowę i to głupi pomysł w tych ciemnościach i deszczu. Ale nie śpi. Aż do 3.30 nad ranem kiedy to wreszcie odnajdujemy kawałek miejsca do noclegu.

- No to witamy w Montanie - mówię półprzytomnie na widok dużego znaku z napisem, że to "rejon czarnych niedźwiedzi".
- A żeby to jasna cholera - odmrukuje Gośka i zasypiamy obie tak jak siedzimy. Jutro sprawdzimy gdzie tu się płaci. I w ogóle.

...

1 60% terenu to preria. Żółto - zielono- brązowa. A nad prerią, niziutko wisi niebo. Najbardziej niebieskie sklepienie Stanów Zjednoczonych. Stąd też druga nazwa Montany - Kraina Nieba. Wielkiego Nieba.
Okres świetności i przekleństwa to lata 60 XIX wieku. Wiek odkrycia złóż złota i srebra, a co za tym idzie lata pielgrzymek poszukiwaczy skarbów, traperów, łowców przygód, amatorów nowego...Oni nie zabawili tu długo, obłowili się i ruszyli dalej. Ale przybyli po nich osadnicy chcieli zostać na stałe i chcieli mieć do dyspozycji wolne tereny. Wolne od pierwotnych mieszkańców. Generał Philip Sheridan - Amerykanin z krwi i kości postanowił pomóc pobratymcom. "Pozwólcie mi zabijać bizony, wyprawiać skóry i sprzedawać mięso, dopóki nie padnie ostatnia sztuka, a wtedy wasze prerie zapełnią łaciate krowy i weseli kowboje"

Pozwolili mu. Bizony wyginęły, a tym samym powiódł się słynny plan zagłodzenia Indian.

Ich klątwa ciążyła na następcach długo. Łaciate krowy i weseli kowboje, którzy ochoczo rozpanoszyli się na cudownie wyludnionych terenach, nie mieli łatwo. Po chwili bezruchu, gdy nuworysze zagnieździli się tu na dobre, Montanę ogarnęła wściekła zima. Zima stulecia. A potem plaga pasikoników. Susza. Erozja gleby. Spadek cen zbóż. Autochtońska klątwa zbierała swoje żniwo niemal do połowy XX wieku. Coś koło stu lat. Wreszcie nieszczęścia ustały. Może już wyrównały się rachunki. Może biali swoje odcierpieli. Montana zaczęła się odradzać. A jej mieszkańcy rosnąć w siłę.

Dziś podstawą gospodarki jest agrykultura, hodowla bydła i przemysł wydobywczy. I mimo dużych, a słabo zaludnionych przestrzeni - mieszkańcy dają sobie radę.
...

Budzi nas pukanie w okno. Staruszka ma chyba 150 lat, ale wyjątkowo młodzieńczym głosem pyta czy wszystko w porządku, bo tak dziwnie stoimy. Usiłuję bez powodzenia rozsupłać te wszystkie mięśnie, które teraz odmawiają mi posłuszeństwa.

- Jest o.k - mówi nieprzekonująco Gośka , po czym tłumaczy nasz dziwny wygląd - miałyśmy wczoraj wyjątkowo ciężką drogę i przyjechałyśmy nad ranem. Dopiero.

Staruszka się nie dziwi. Jest po sezonie. I tak mamy szczęście, że ona jeszcze tu siedzi. Inaczej musiałybyśmy jechać aż do samego parku. Nie, nie z opłatą się nie spieszmy, ale chodźmy do środka. Chyba jednak trochę zmarzłyśmy w tym wozie. Po trzech kubkach kawy, śniadaniu i szarlotce domowej roboty - ciepłej! - otwieram wreszcie oczy. Wnętrze jest przytulnie zagracone sprzętem domowym, a babcia gadatliwa. Nie dziwota. O tej porze roku rzadko tu ktoś przybywa. A my to ruszamy na pewno do Glacier? To ona nam zaraz da mapę i objaśni drogę. I w ogóle zadzwoni czy z powodu śniegu nie zamknęli tam dojazdówki...

...

2Glacier Park ( Lodowcowy) leżący w północnej Montanie oferuje absolutnie spektakularne widoki zapierające dech nawet sceptykom. USA dzieli te tereny z Kanadą. Raczej niesprawiedliwie, gdyż z całego obszaru (4400 km. kw) 4130 km. kw. jest amerykańskie. Malowniczość terenu to sprawka głównie Gór Skalistych oraz górskiego klimatu, który na długie miesiące zdobi okolice lodem, śniegiem, szronem i wszelkiego rodzaju białą prószyzną. Nazwę zawdzięcza park potężnym lodowcom, które powstawszy jakieś 10 tys. lat temu przez kolejne pięć tysiącleci żłobiły górskie doliny. Potem stopniały, potem powstały na nowo. Teraz znów z powodu ocieplenia topnieją - jak to lody. Ale ich nacisk na podłoże nie pozostaje dla tego podłoża obojętny. Stąd niesamowite, niespotykane nigdzie indziej kształty, formy i rzeźby terenu. Warto to zobaczyć. Ale ponieważ park leży w górach i to wysokich górach eksploracja łatwą nie jest.

...

- Ty co się dzieje?
- Nic nie widzę.
- No jak to? Ja widzę biało.
- A biało to tak. Śnieg.
- Jak to śnieg? Wrzesień jest!
- To na dole. Tu jest zawsze luty.
- No teraz to mnie wkręcasz normalnie...
Wysiadamy z samochodu i natychmiast wpadam w zaspę po kolana.
...

Going To The Sun - najsłynniejsza droga USA, którą właśnie jedziemy to najtrudniejszy górski szlak...do odśnieżania. Droga jest jedyną, która łączy zachodni ze wschodnim wjazd do Glacier Park i tylko ona umożliwia tak dokładny ogląd parku. Ma zaledwie 80 kilometrów długości ale serpentynowy jej charakter i ogromny spadek ( przełęcz Logana np. leży na wysokości 2036 m n.p.m.) oraz częste tu opady śniegu czynią ją jedną z najtrudniejszych do pokonania. I najbardziej pożądanych.
Przed wybudowaniem drogi amatorzy pięknych widoków mogli dostać się do wnętrza parku jedynie organizowanymi wyprawami, planowanymi tygodnie wcześniej, z przewodnikami oczywiście i na grzbietach zwierzęcych. Wreszcie władze doszły do wniosku, że bez odpowiedniej drogi nic z tej turystyki - prócz niebezpieczeństwa i kosztów - nie będzie. Dlatego w 1921 roku zaczęto budować. Jedenaście lat później pierwszy turysta, z szerokim uśmiechem na twarzy, przejechał Glacier Park jak panisko, bez konieczności wysiłku fizycznego. Od tamtego czasu passa trwa. W 1997 roku droga oficjalnie uznana została za Narodowe Miejsce Historyczne, a jej uroki i majestat opisują wszyscy, którzy tam byli, a piszą. Nie da się inaczej. Droga wije się niczym gigantyczna wstęga, wciąż wyżej i wyżej, jakby wznosiła się do samego nieba. Temperatura spada, niebo się chmurzy, zewsząd nadciąga mgła, szczyty i stoki zaczynają bieleć. A wokół pełno poważnych, zwalistych skał ...brr...

...

3 Tom nieruchomieje, a my za nim. Normalnie ogromny niedźwiedź przed nami. A co mi tam. Jakbyśmy były same to co innego, ale z Tomem... On sam wygląda na spokojnego. Miś nawet nas chyba nie widzi za to usłyszawszy szelesty końskich kopyt po prostu znika w zaroślach.

- Czujecie? - pyta Tom pociągając nosem.
- Nieee...bardzo - odpowiadamy zgodnie.
- Ktoś piecze mięso. Dlatego niedźwiedź tu podszedł. Węszył za łatwym łupem.
- Kłusownicy?- pytam z nadzieją.
- Coś ty - śmieje się Tom - jaki kłusownik zachowałby się tak głupio.

I rzeczywiście to nie kłusownicy. Mają pozwolenia i wszystko. Tom tylko ostrzega ich przed myszkującym misiem i odjeżdżamy.
Kolejne kilkadziesiąt kilometrów bez niespodzianek. Ot, las, wiewiórka, ptaszek. Nasze konie znają te drogę lepiej niż my. Nagle zupełnie niby bez powodu ożywiają się i przyspieszają znacznie. Parskają do siebie nawet, a mój wierzchowiec który dotąd człapał ze smętnie opuszczonym łbem teraz wyraźnie się do mnie uśmiecha. Co to? - pytam Toma. - A ...leśny kamping - odpowiada - konie go już czują.
Rozkulbaczanie koni oraz oswabadzanie z bagaży mułów, kolacja na świeżym powietrzu (i to jeleni stek), suszenie ubrań przy najprawdziwszym ogniu - to rzeczywiście miłe wydarzenia po całym dniu odgniatania sobie tyłka w siodle. A wokół sami polujący ludzie. Hobbiści. Poznać ich można po pomarańczowych to kamizelkach, to kurtkach, to polarach. Ubierają je wtedy gdy chcą być widoczni. To w USA obowiązkowe - myśliwego musi być widać w lesie. Bo w tym lesie lepiej żeby cię było widać. Tom też poluje, ale nie na zwierza, a na nielegalnych amatorów dziczyzny. Patroluje tereny parku Bob Marshall Wilderness tylko jesienią, bo wtedy jest tu sezon łowczy na "rogaciznę". A jak się z nim spróbować zaprzyjaźnić to chętnie zabierze w trasę towarzystwo. Zwykle patroluje okolice sam i jest w tym fachu niezłym wygą. Tutejsi myśliwi znają go dobrze i cenią za profesjonalizm. Tutejsi kłusownicy nienawidzą go z całej duszy i życzą mu jak najgorzej. A on sobie robi swoje i się nie przejmuje.

...

- Can I ask you where you are from?- kobietka w średnim wieku, nieco podchmielona i bardzo atrakcyjna. Gdybym była mężczyzną znaczy. Oderwała się właśnie od Jednorękiego Bandyty i przyfalowała ku nam.

- Poland.
- Great. You have so beautiful language...

Tym nas ujęła. Po godzinie i trzech piwach miałyśmy w kieszeniach swoje adresy, telefony, e- maile. I wiedziałyśmy, że Andrea jest mało stateczną matką czterech, niemal już dorosłych, córek. I, że możemy zawsze do niej przyjechać w gościnę.

Tydzień później właśnie pisałam do niej maila - że Święta Bożego Narodzenia spędzamy w Nowym Jorku i dzięki za zaproszenie, ale nie - gdy podkusiło mnie z pytaniem o Powwow. Odpowiedź nadeszła w pięć minut. "Jesteście zaproszone na Powwow do Crow Fair. Stop. Przez mojego wujka. Stop. Indianin. Stop. Medicine man. Stop. Będziecie spać w jego tipi. Stop. 94 lata więc bez obaw. Stop. Andrea"
...

Największym miastem Montany jest Bilings i mniejsza o jego wątpliwą urodę. Na południe od miasta wzdłuż rzeki Little Bighorn rokrocznie odbywa się Crow Fair and Rodeo - największa w USA impreza tańca Powwow. Powiązana z innymi atrakcjami. Indianie rozbijają swoje namioty na ogromnych przestrzeniach, a amatorzy przygód zapełniają okoliczne kampingi i motele, hotele i kwatery prywatne. Wszystko po to by spędzić tu oficjalnie weekend, a nieoficjalnie tydzień czasu. Tańczyć, ujeżdżać, paradować, stroić się, biesiadować. Poznawać dziesiątki tubylców o różnych odcieniach skóry. Popisywać się sprawnością i propagować swoją kulturę. I czcić historię, która na tych terenach zebrała wiele znaczących wydarzeń do swoich kronik - ciekawscy odnaleźli by tu nazwiska i Crazy Horse'a i Siedzącego Byka, poznali by dzieje jednej z najkrwawszych bitew Lakotów z Białymi... ale to dla wtajemniczonych. Niewtajemniczeni będą po prostu wchłaniać atmosferę dnia dzisiejszego.

...

- O do licha! - nie wiem dlaczego krzyczę, przecież i Andrea i Gośka siedzą tuż obok - o do licha, o psiakrew, o kurczę!

- Beautifu, isnt it?- Andrea uśmiecha się na widok mojego niekłamanego zachwytu.

Beatiful? To nie to. Nigdy w życiu nie widziałam tylu Indian naraz. I to Indian odświętnych, Indian jak z westernów mojego dzieciństwa. Indian jak ze snu. Kolory i pióra, skóry i koraliki, mokasyny i tomahawki, muszelki i szeregi tipi licho wie co jeszcze. Tu się po prostu mieni, to jest jak indiański targ pełen takiego gwaru, że kręci się w głowie.

- O cholera - nie ustaję w zachwytach - o w mordę, o ja się zabiję...
- Zostaw ją - podpowiada Andrei Gośka - jest w szoku. Przejdzie jej jak stąd wyjedziemy.

Nie chce mi przejść. Głowa obraca mi się w kółko i nie nadążam za tymi barwami. Ten tygiel mieści wszystko - współczesne samochody i przykryte pstrokatymi derkami pstrokate konie, ogromne, strzeliste tipi i całkiem malutkie, współczesne namioty, głowy ozdobione praktycznymi kapeluszami i te nakryte zupełnie niedzisiejszymi pióropuszami. I ten chaos.

- O jasny gwint, o psiakość, o żesz ty ...

Nie wiem gdzie biec najpierw. Tu tańczą. I to jest ogromny taniec, ogromnej ilości reprezentantów plemienia charakteryzujących się krzykliwym strojem. Tam śpiewają: i to jest potężny śpiew wydobywający się z dziesiątek gardeł innego plemienia odznaczającego się typowymi dla nich tylko barwami. Z tyłu parada - długa na kilka kilometrów reprezentacja kolejnego szczepu przedstawia to co dla niech najbardziej znaczące.

- O jejku, o psiamać, o kurde!
- Yes - mówi z namysłem Andrea przyglądając mi się uważnie - your language is really beatiful.
...

4Wuj Indianin wygląda jak posąg z brązu. Twarz - pomarszczona jak suszone jabłko - nie przywołuje litości nad wiekiem. Przywołuje szacunek dla kogoś obdarzonego mądrością i doświadczeniem. Bo wzrok Wuj ma przenikliwy. Czarny, sępi i poważny. Nazywamy go po prostu Uncle. I to dobrze. W życiu nie odważyłbym się zwrócić do niego po imieniu.

Uncle jest chyba trochę ubawiony moją reakcją na to wszystko. Nie mogę spać ani jeść za bardzo też nie. Pierwszą noc w tipi spędzam siedząc pod ścianą i napawając się atmosferą. Uncle też nie śpi. W jego wieku snu wiele już nie potrzeba. Tak mówi.

- Tipi - jak wszystko w naszej kulturze - jest uświęcone - chrypi trochę cichawo ze względu na śpiących - każdy z masztów konstrukcyjnych reprezentuje co innego i trzeba uważać by maszty stawiać w odpowiedniej kolejności.
A potem opowiada godzinami. Opowiada o bitwach, potyczkach i przepychankach, o ich wielkich wodzach, o historii, o tym co zwykli jeść i gdzie polować. O pozostałościach, o symbolice, o tym co w ich kulturze znamienne. Uncle ani nie płacze ani nie narzeka.

- Powwow to święto radosne - mówi - i nie spotykamy się tu po to żeby użalać się nad sobą.

Fakt - Powwow to święto radosne. Myliłby się jednak ten, kto podszedłby do niego jak do karnawałowej zabawy Amerykanów szukających kilku chwil dla odreagowania. Indianie w czasie Powwow ani się nie bawią ani nie odreagowują. Oni reprezentują. Chwalą się. Szczycą. Indianie w czasie tego święta udowadniają sobie i innym, że ich kultura wciąż trwa. Taka piękna. Taka wartościowa.

- O Mój Boże - powtarzam raz za razem szczypiąc się gdzie popadnie - mam nadzieję, że nie śnię. Co Andrea? To się dzieje naprawdę?

- Zostaw ją Andrea - Gośka, racjonalistka pełną, uśmiechniętą gębą, oczywiście nigdzie nie musi się szczypać - jest w szoku. Jak stąd wyjedziemy - wróci do rzeczywistości.

26

AGH
Akademia Górniczo-Hutnicza
im. Stanisława Staszica
Wydział Geologii, Geofizyki
i Ochrony Środowiska
Katedra Geologii Ogólnej i Geoturystyki
al. Mickiewicza 30,
30-059 Kraków
link: journals.agh.edu.pl/geotour