Geoturystyka

Relacje z podróży - Ameryka północna

Otwórz oczy... Gdy słońce wschodzi na wschodzie - OREGON

÷USA, Oregon

Największą zaletą Oregonu jest fakt, że jego mieszkańcy są z niego dumni. "Czy macie powód?" - zapytasz drogi niedowiarku takiego oregończyka. "A czy słońce wschodzi na wschodzie?" - odpowie on wzruszając ramionami...
Oregon jest 33 stanem USA. Jego stolicą jest Salem, największym miastem Portland, największą rzeką - Kolumbia. Dwa pasma górskie - Coastal Range i Cascade Range tworzą jeden z najbardziej urodzajnych terenów na ś wiecie - dolinę Willamette. Dużo tych naj w opisie: Wybrzeże Oregońskie jest najsłynniejsze, różnorodność terenowa największa (są tu wody słodkie i słone, góry, pagórki, niziny i doliny, lasy, plaże i pustkowia, znajdzie się coś dla każdego...), historia najciekawsza, miejsca turystyczne - najatrakcyjniejsze...
Stan zamieszkuje tyleż chrześcijan co protestantów, legalna jest eutanazja na specjalnych warunkach (śmiertelnie chorzy sami biorą przepisaną przez lekarza truciznę), a opakowania, w których sprzedaje się napoje mogą być tylko zwrotne. Stanową rybą jest łosoś Chinook, a najważniejszym ssakiem - bóbr (stąd potoczna nazwa - Stan Bobra).
Tubylcy kochają swój dom, a osiedlające się żółtodzioby witane są opowieścią o tym jak półtora wieku temu, 66 letnia Tabitha Moffatt Brown za ostatnie oszczędności kupiła wóz i odbyła podróż z Missouri aż tutaj. Za co w 1987 władze ogłosiły ją Matką Regionu. Bo warto poświęcić wszystko żeby zamieszkać w Oregonie.
Amerykański Oregon jest stanem również przez turystów lubianym, a zasłużył sobie na to zarówno malowniczym położeniem nadpacyficznym jak i różnorodnością terenową. Miłośnicy gór, pagórków czy nizin, wód słonych czy słodkich, zieleni czy pustkowia - każdy może napaść się ulubionymi widokami do woli, nasycić przestrzenią, dostarczyć sobie samemu wrażeń po grdykę, po czym z niechęcią wrócić. A po powrocie stwierdzić, że od tej pory nic już nie będzie takie samo. Wszędzie będzie bowiem gorzej niż w Oregonie.

1_oregon Devils Point. Tak nazywa się ów szczyt. Idziemy, sapiemy i pocimy się już drugą godzinę na podejściu równym tym tatrzańskim, a końca nie widać. Najpierw obejrzałyśmy sobie wodospad od dołu. Multnomah Falls - drugi co do wysokości w USA. 168 metrów, z tym, że rozdzielonych w dole. A potem nas podkusiło żeby go obejrzeć z góry. Że też żadna z nas nie popatrzyła na mapę i nie wyczytała, że interesujący nas punkt leży wyżej niż wodospad...o wiele,wiele wyżej.
I tak noga za nogą... najgorsze jest to, że podejście wcale nieciekawe. Las. Nic nie widać. I las. I tak w kółko. Wreszcie dochodzimy do jakiegoś punktu. - Myślisz, że to tu?- Gośka niepewnie rozgląda się po lesie, który wygląda dokładnie tak samo jak ten całe metry niżej. Po co było tak sapać?
- Nie wiem czy to tu, ale wyżej już wejść nie można - odpowiadam szczęśliwa, że to koniec wspinaczki.
- Czyli co?
- Czyli zakładamy, że doszłyśmy do Devils Point. Może na tym właśnie polega jego diabelskość.

2_oregonOczywiście najpierw byli tu Indianie (Chinook, Klamath, Bannok i Nez Perce) później powoli wypierani przez białych, którzy eksplorowali te ziemie od XVIII wieku, stopniowo i konsekwentnie. Pionier James Cook i jego liczni następcy jak Lewis i Clark czy David Thompson oswajali teren niestrudzenie, poświęcając temu życie. Do dziś można oglądać m.in. Fort Clatsop założony przez ekspedycję Lewisa i Clarka w 1805 roku, czy najstarszą osadę Fort Astoria powstałą w 1811 roku, dzięki pieniądzom i nadziejom na zysk futrzarski Johna Jackoba Astora...

- No to lej- mówię i już szczękam zębami - tylko nie przestawaj dopóki zupełnie nie spłuczę piany...
Lodowaty strumień wody z samotnie stojącej rurki z pompką, prawie urywa mi głowę. No, ale jakoś trzeba sobie radzić, a dziś znowu cały dzień będziemy pokazywać się ludziom. Żeby chociaż temperatura powietrza była cieplejsza...żeby nie wiało...nie padało...może byłoby mi to łatwiej znieść.
- Wystarczy już - Gośka warczy, bo też jej zimno, a poza tym chce już jechać. Na śniadanie znów był nieśmiertelny ogóreczek i serek biały kremowy i można powiedzieć - wpasował się w pogodę. Marsowe czoła, miny pod psem. Ale głowę mam czystą.

John Day Fossil Beds National Monument - park obejmujący około 57 km kw leży w zachodniej części Oregonu. Do niczego by nie doszło, gdyby nie przejście tędy wojsk w 1861 roku. Żołnierze jak to żołnierze podczas odpoczynku z przyzwyczajenia grzebali buciorami w ziemi, na której siedzieli. I jeden z nich tak grzebiąc, wykopał jakiś kamyk z odciskiem zębów i kości. Splunął nań, oczyścił rękawem i schował do kieszeni, by później pokazać komuś przy piwie. Traf chciał, że tym kimś przy piwie był Thomas Condon, a będąc naukowcem, docenił wartość kamyczka. Odcisk! Zębów! Ssaka! W najbliższym możliwym terminie naukowiec pognał na złamanie karku w rejony wskazane przez żołnierzy. Przybył i oniemiał. Następne lata spędził na terenie dzisiejszego rezerwatu, przesiewając kamolce i odkrywając nieprawdopodobne ilości skamielin ssaków i roślin żyjących miliony lat wcześniej.
To on rozpoczął działania, które w konsekwencji doprowadziły do uznania tego miejsca za Pomnik Narodowy. Dziś miejsce to jest rajem nie tyle dla geologów, co dla estetów. Bowiem to, co z fakturą i kolorami na tym terenie wyczynia Matka Natura - przechodzi ludzkie pojęcie.
Jedną z ciekawszych części parku są Malowane Wzgórza (Painted Hills). Fascynują przede wszystkim barwą. Nigdzie nie spotka się tak bajkowej scenerii. Całego łańcucha pasiastych pagórków, w których przeważa czerwień i zieleń poprzecinana czarnymi i brązowymi nitkami cieńszych warstw. Same góry będąc kompletnie gołe znajdują się jednak w otoczeniu bujnej roślinności, co przy odpowiedniej pogodzie i dobrym oświetleniu sprawia wrażenie niemal nierzeczywiste. Zwiedzając ten obszar, trzeba się wciąż szczypać w nadziei, że to nie sen. Że takie miejsca istnieją naprawdę. Za tym, że to ułuda przemawia nie tylko kolor i forma, nie tylko nietypowość i pozorna niewytłumaczalność takiego dziwactwa, ale także i jego zaskakujące położenie. Bo Painted Hills nie są niczym zapowiadane ani z daleka widoczne, nie są monumentalne, niewielu je odwiedza, nie leżą na uczęszczanym szlaku, nie leżą w pobliżu znanych dróg...właściwie wszystko przemawia za tym, by je pominąć. A pominąć ich absolutnie nie można.
Wszystko co tu się dzieje, a nie jest spowodowane działalnością człowieka - jest spowodowane działalnością wulkanów. To wulkany 33 miliony lat temu zaczynając swoje harce pokryły lawą, a później popiołem te tereny. Dla ówczesnej fauny i flory było to zabójstwo. Popioły jednak będąc bezlitosnymi dla żywych, wspaniale traktują zmarłych. I to one konserwują różnego rodzaju szczątki przez setki lat. Dzięki popiołom wulkanicznym wprawdzie wyginęło to, co żyło, ale skamieliny zwierząt i roślin przetrwały do dziś. Ku uciesze naukowców. Bo na przykład to tutaj znaleziono skamielinę nosorożca uważanego na jednego z najstarszych na świecie.
Również popiołom wulkanicznym podległym na przestrzeni sporego czasu obróbkom naturalnym jest ten koloryt. Wskutek zmian strukturalnych i chemicznych teraz, zamiast popielnego pokładu, mamy ziemię pokrytą warstwami gliny i skały osadowej złożonej z minerałów ilastych. Czyli jak zwykle naukowcy zepsuli romantyczne wizje udowadniając, że Malowane Wzgórza nie są wytworem wygłodniałej wyobraźni rozmarzonego podróżnika, ale warstwami minerałów. I tu jednym tchem wymieniają glin, krzem, żelazo, mangan, magnez, wodór, fosfor, potas, wapń, sód... Wzgórza malowane są w zależności od składu: magnez - kolor czarny, żelazo -czerwony, mieszanka żelaza i magnezu - żółty. W zależności od stopnia utlenienia, od ilości, od oświetlenia odcienie barw są różne, a efekt końcowy zapiera dech w piersiach nie tylko artystom. Wygląda to tak jakby Przyroda odbierając tym "ziemiom" ozdoby w postaci roślinności (wysoka absorbcja wody i gęstość minerałów uniemożliwia życie roślinom) równoważyła ten niedobór dając im zamiast brunatnej barwy zwykłej ziemi - tęczowe kolory nieba.

3_oregon Reklamówka trzeciego co do wielkości miasta, Eugene, głosi : "Położenie Eugene jest jednym z podstawowych powodów zamieszkania tutaj na zawsze. Wtulone w dolinę Willamette (najurodzajniejszą na świecie), pomiędzy wybrzeżem, a górami, oddalone o trzy i pół godziny drogi od Crater Lake z dużą ilością rzek i lasów - ma wiele do zaoferowania o każdej porze roku"
Sami oregończycy dzielą się na tych, którzy mieszkają po lepiej rozwiniętej, usianej wielkimi miastami i bardzo turystycznej stronie zachodniej oraz tych na spokojniejszym i mniej ludnym wschodzie. Antagonizmy są, ale polegają głównie na przechwalaniu się zaletami swoich terenów i dyskredytowaniu tych drugich. Na forum internetowym Neal tak odpowiada Lisie - Brytyjce, która chcąc przeprowadzić się do Oregonu prosi o wskazówki :
"Oregon jest ogromny, ale tak naprawdę do zamieszkania nadaje się ćwiartka całego stanu. Jeśli jesteś zwariowaną konserwatystką wybierzesz oczywiście część wschodnią. Ale zaletą mojego miejsca zamieszkania - Portland - jest fakt, że przeprowadzają się tu ludzie wykształceni, co wpływa na styl życia i ciągły rozwój ... mieszkam tu od 24 lat i wciąż coś się zmienia najlepsze...to także zasługa turystycznej popularności tej części regionu.
Moje dzieci czasem mamroczą, że nienawidzą Oregonu z powodu pogody. Hm... to nie tak, że ciągle tu pada ... ale jak zacznie - pada tygodniami. To czasem trudne do zniesienia. Ok - nasze plaże są wietrzne i zimne, a Ocean Spokojny dostał złą nazwę - naprawdę jest dziki jak diabeł! Ale mamy gorące lato, i niespotykanie piękną, magnetyzującą kolorem jesień."
Na ripostę nie trzeba długo czekać. Roger mieszkający właśnie po stronie "zwariowanych konserwatystów" natychmiast radzi Lisie:
"Mamy miejscowości nie przeludnione i z tzw. duszą. Bardzo niska przestępczość pozwala spokojnie egzystować dorosłym i bezpiecznie dorastać dzieciakom. Nasza część Oregonu nie jest tak bardzo turystyczna, co nie znaczy, że poza sezonem ta strona stanu zamiera. Za to taniej kupisz tu dom, w ciągu pięciu minut dojedziesz do pracy, a kierowcy są uprzejmi! Palenie w miejscach publicznych jest zakazane, a w Baker City gdzie mieszkam mamy najczystszą wodę w stanie !"
Potem jest jeszcze krótka wymiana zdań między wschodem, a zachodem, w której można przeczytać coś o małomiasteczkowych, wścibskich plotkarzach oraz o wielkomiejskich, nadętych snobach, ale obiektywne argumenty między wierszami się znajdą. Duże miasta zachodu mają swoje zalety - łatwiej o pracę i wyższe są zarobki, więcej się dzieje, a ludzie są bardziej tolerancyjni i otwarci na nowinki. Z drugiej strony koszty życia są wyższe, zgiełk całodobowy, mrowie turystów to wyższa przestępczość itd,itp. Małe miasteczka mają swój urok, ale za większe bezpieczeństwo i spokój trzeba tu zapłacić mniejszą anonimowością i swobodą działania. Z pracą tu trudniej i nie zarobi się tyle...
Jest też kilka rad mieszkańców typu. "Ubezpieczenie zdrowotne jest tu straszliwie drogie i w sumie większości mieszkańców na nie nie stać", "Okropna publiczna komunikacja. Musisz mieć samochód."
Nancy pisze "pogodę mamy opłakaną - jak się rozpada to pada. I pada. Nie jest to przyjemne, ale da się wytrzymać, a za to flora jest przepiękna. Przy dobrej lokalizacji będziesz miała godzinę drogi na plażę i tyle samo na narty. Pamiętaj jednak, że ocean jest dość zimny. Ponad połowa stanu jest nie do zamieszkania, chyba, że lubisz samotnię i nudy. Szkolnictwo - chociaż jeszcze nie najgorsze w USA, jest jednak na podłym poziomie. Zwłaszcza ponadpodstawowe (cięcia budżetowe), dlatego lepiej by stać cię było na szkoły prywatne dla dzieciaków...Jeśli przygotujesz się na to co najgorsze - będziesz mogła cieszyć się tym co najlepsze w Oregonie. A naprawdę jest czym..."

4_oregonSamo wybrzeże tego stanu jest warte obejrzenia głównie ze względu na różnorodność. Jadąc stale drogą numer 101 na długości 644 km napotkać można absolutnie każdy rodzaj plaży i wszystkie jej charakterystyczne elementy oraz skorzystać ze wszelkich możliwych nadmorskich ofert turystycznych. Nabrzeża skaliste, piaszczyste i kamienne. Wydmy i skały w wodzie, cyple, wyspy, porty, miasteczka i wioski, latarnie morskie, wieloryby i kormorany. Tu jest wszystko. Można jeździć, pływać, chodzić lub leżeć plackiem. Można oglądać zachody i wschody słońca i księżyca. Można tu spędzić pół życia wcale się nie nudząc.

Jaskinia jest głęboko pod ziemią i jeszcze zjeżdża się tam windą. Co dla osób z klaustrofobią nie jest miłe.
- No co ty się wygłupiasz - Gośka się wścieka - w tym twoim Rzeszowie wind nie było czy co? Rozejrzyj się, tamta baba ma chyba 100 lat i jedzie. A ty?
No to jadę. Jak nie pojadę to ona też nie pojedzie i będzie mi głupio. Nie zobaczymy lwów, i w ogóle to tak jakbyś my tu nie były.
Lew morski jest ciekawy, chociażby dlatego, że wszędzie mówi się , iż występuje w Kalifornii, a on sobie wystąpił też w Oregonie. Dla niego bowiem granice stanowe nie istnieją. I w Kalifornii i w Oregonie ma ocean, a to jest dla tłuściocha najważniejsze. W wodzie ten ogromny ssak zwany też uchatką kalifornijską (!) traci jakby na kilogramach, których potrafi mieć i do 1100. Ale na lądzie - z którego często korzysta, by odpocząć po oceanicznych harcach - staje się niezgrabną wielką (do 3,5 metra) kluchą, o poczciwym pysku i nieco gapowatym wejrzeniu dużych, czarnych oczu. Jest jednocześnie mistrzem kamuflażu, gdyż absolutnie nie sprawia wrażenia niebezpiecznego. A niebezpiecznym być potrafi. Zwłaszcza gdy czuje się zagrożony. Odkąd lew napotkał pierwszych ludzi - zagrożony czuje się stale.
Wszystko to zdają się rozumieć władze stanowe, które równocześnie muszą pogodzić wymagania występujących tu lwów chcących spokoju i naturalnych warunków życia, wymagania ekologów chcących jak najwięcej lwów morskich, wymagania turystów, chcących z bliska obejrzeć sobie te przecudowne zwierzaki oraz wymagania mieszkańców, chcących jak największej ilości turystów. Niemożliwe stało się możliwym w momencie odkrycia w pobliżu miasta Florence jaskini, zwanej dziś Jaskinią Lwów Morskich. Jaskinia powstała 25 milionów lat temu, ale Wiliam Cox odkrył ją dopiero w 1880 roku. Jest największa na świecie i ma wyjście prosto w wody Pacyfiku. Ponieważ równocześnie nie ma do niej dojścia od strony lądu upodobały ją sobie uchatki jako miejsce spokojne, zaciszne i bezpieczne. Szacuje się, że stale (czyli w miesiącach zimnych ) przebywa tu około 200 zwierząt, a drugie tyle wpada "od święta". Grota stała się miejscem, które po odpowiednim zagospodarowaniu pogodziło zwierzęta, turystów, ekologów, władze i stałych mieszkańców rejonu. Powoli, w okresach letnich gdy lwy opuszczały jaskinię adaptowano ją na potrzeby zwiedzających. Nad nią powstało Visitor Center oraz punkty widokowe umożliwiające obejrzenie zwierząt baraszkujących w przybrzeżnych wodach. Tu można kupować pamiątki, fotografować, krzyczeć, biegać i szaleć do woli. Część właściwą groty również przerobiono - rozjaśniono przytłumionym światłem, zrobiono przejścia, schody, muzeum i nawet mini kino. Wmontowano tu specjalną windę ( 1961 r), którą można zjechać do samej jaskini - 200 stóp w dół. Równocześnie odgrodzono żelazną kratą przerobioną część wnętrza, od tej w której znajdują się lwy oraz zakazano zwiedzającym błyskać lampami fleszy, zachowywać się nadpobudliwie i w ogóle zwracać na siebie uwagę. W ten sposób wilk jest syty i owca cała. Lwy sobie żyją na wolności nie wiedząc nawet, że zza pobliskich krat są obserwowane, wytykane palcami i obśmiewane za niezgrabność lądową. Turyści chętnie płacą niewielką sumę 8 dolarów za możliwość przeżycia chwil grozy w zjeżdżającej pod ziemię windzie, obejrzenia słynnej jaskini w całej okazałości i poprzebywania w towarzystwie rozwrzeszczanych i czujących się tu bardzo swobodnie zwierząt.
A jednak po wyjeździe na zewnątrz - oddycham spokojniej.

5_oregon- Wiesz kiedy staniesz się prawdziwym oregończykiem?-pyta John ,oregończyk z dziada pradziada, mieszkający obecnie w Sherwood - mamy taką specjalną listę - uśmiecha się i recytuje:
- kiedy zaczniesz wierzyć w pogodynkę,
- wyrzucisz aluminiową puszkę do kosza i poczujesz się winny,
- narzekasz na kalifornijczyków mimo, że jednemu z nich sprzedałeś dom dwa razy drożej niż kupiłeś,
- nie ruszysz na kamping bez nieprzemakalnych zapałek,
- zatrzymujesz się na opuszczonym, zalanym deszczem skrzyżowaniu czekając na zielone światło,
- znasz więcej posiadaczy łodzi niż posiadaczy klimatyzatorów,
- w zimie wychodzisz do pracy gdy jeszcze jest ciemno, a wracasz gdy już jest ciemno...mimo, że dzień wciąż ma osiem godzin,
- znasz osobiście kogoś z Nevady,
- uważasz że coś jest wzgórzem niezależnie od wysokości jeśli tylko nie leży na tym śnieg i ostatnio nie uległo erupcji,
- znalazłeś portfel z 500$ i oddałeś właścicielowi,
- nie nosisz krawata,
- znasz różnicę między łososiem Chinook, Coho i Sockeye,
- mieszkałeś wcześniej gdzie indziej, ale się do tego nie przyznajesz publicznie.
John oczywiście troszkę sobie pokpiwa z mieszkańców Sherwood czyli i z samego siebie, ale nie zamieniłby tego miejsca na żadne inne. I wie co robi. W corocznym rankingu na najlepsze w USA miejsca do zamieszkania Money Magazine w tym roku uplasował miasteczko na miejscu 18! A pod uwagę brane są koszty życia (dochód rozchód, podatki ...), system edukacji, bezpieczeństwo, klimat, opieka zdrowotna, sąsiedztwo, a nawet oferta kulturalna i sportowa.
Uwzględniając wielość miejsc zamieszkania na terenie całych Stanów Zjednoczonych - pierwsza dwudziestka to naprawdę Coś. Przez duże C.

6_oregonIndianie Klamath mówią, że wulkan Mazama zamieszkany był przez boga podziemi Llao. Indiańscy bogowie walczyli jak ludzie. I skutkiem takiego konfliktu pomiędzy Llao, a bogiem Nieba - Skell było zniszczenie Mazamy...
Tak czy inaczej 7700 lat temu Mount Mazama uległa erupcji. Popiół pokrył okolicę zamieniając ją na lata w pumeksową pustynię. Co więcej wierzchołek wulkanu zapadł się tworząc kalderę. Kaldera natomiast jakieś 1000 lat temu wypełniła się wodą. I dzięki temu Oregon ma najgłębsze jezioro USA, które jednocześnie jest siódmym co do wielkości na świecie (597 m) - Jezioro Kraterowe czyli Crater Lake.
Pierwszym człowiekiem, który ujrzał wypełnioną wodą kalderę był oczywiście poszukiwacz złota. A właściwie było ich trzech John Wesley Hillman, Henry Klippel i Issac Skeeters. W 1853 roku urzeczeni nieprawdopodobnym kolorem wody nazwali ją "Deep Blue Lake". Po czym podążając dalej złotym szlakiem - szybko o tym miejscu zapomnieli. 17 lat później na wodę natknął się William Gladstone Steel. Zafascynowany terenami poświęcił swój czas i pieniądze na to, by teren chronić, a jednocześnie rozsławić. To on nazwał większość tutejszych miejsc (chociaż samo Crater Lake było po prostu nazwą używaną przez mieszkańców), to jego działalność doprowadziła do powstania tu w 1902 roku Crater Lake National Park. Wysiłek Steel’a nie poszedł na marne. Rocznie park odwiedza około pół miliona turystów. Mnie najbardziej w tym miejscu urzekają prysznice. Wprawdzie trzeba za nie zapłacić wrzucając żetony do skarbonki i potem zmieścić się w 6 minutach, ale czy to nie piękne? Po kilku dniach bez gorącej wody można się tu wyparzyć, wyprać sobie co nieco, podładować telefon i aparaty. Obok w sklepiku kupić hot - doga. A co to za fantastyczne uczucie zjeść hot - doga po tygodniu jedzenia chleba z serkiem i ogórkiem...
- Głupia jesteś cała czy co? - Gośka wymachuje mi przed nosem pięścią - no przecież nie przyjechałyśmy tu żreć i się wylegiwać przed tą chałupą. Jezioro!!! Jezioro chcemy obejrzeć.
Czar hot-doga pryska.
Zanim ktoś powie : "woda jak woda" - powinien tu przyjechać. Będzie zachwycony. Wjazd oznakowany jest wystarczająco wyraźnie i oryginalnie by wiedzieć, że to już tu. Później wszystko można sobie dokładnie obejrzeć jadąc opasującą jezioro, 33 milową asfaltówką, która nadziana jest po mistrzowsku punktami widokowymi. To stąd podziwia się nieprawdopodobną przejrzystość wody, głębię jej koloru, skaliste obrzeże i wysepki o fantastycznych kształtach. Oto Wizard Island - 233 metrowy stożek wulkaniczny nazwany tak ze względu na to, że jako żywo przypomina czapkę czarownika. Jest też Phantom Ship - kamienna �łodź piracka", czy niezwykle interesujący Cleetwood Cove. Na własne oczy przekonujemy się, że polodowcowa woda jeziora nie jest zasilana żadnym strumieniem czy rzeczk ą... Crater Lake eksploruje się z daleka, ale również z bliska. Można tu pływać, można łowić ryby, można zwiedzić jezioro jednym ze stateczków rejsowych, by dotknąć wysp. Amatorzy pieszych wędrówek mają tu sporo tras w tym tę prowadzącą na wartą odwiedzenia Górę Scott (prawie 9 tys stóp).

Małe, a cieszy w Oregonie? - zastanawia się Michael - ...o.k, stacje benzynowe są full - service - właściwie to nawet nie jest dobrze widziane samodzielne tankowanie.
- Oregon nie ma podatku od zakupów - rzuca natychmiast Natasza - chwile przy kasie są takie przyjemne...
- Latarnie! Jak myślę o Oregonie zawsze widzę latarnie - włącza się Paul - Jest tam ich dziewięć, a pięć z nich wciąż w użytku. Kilka razy do roku robię sobie wycieczkę wybrzeżem i zawsze mam radochę.
Niezależnie od skojarzeń, kosztów, pogody i miejscowych animozji Oregon według jego mieszkańców jest jednym z przyjemniejszych miejsc do życia. Dzięki różnorodności terenowej i ruchliwości turystycznej można tu mieszkać od dziecka i czuć się wciąż jak na wakacjach. Dzięki rozsądnej, lokalnej gospodarce, wyważonym działaniom władz i wrodzonej serdeczności oregończyków można mieszkać tu od tygodnia i już czuć się jak u siebie w domu. Czy to nie wspaniałe?

26

AGH
Akademia Górniczo-Hutnicza
im. Stanisława Staszica
Wydział Geologii, Geofizyki
i Ochrony Środowiska
Katedra Geologii Ogólnej i Geoturystyki
al. Mickiewicza 30,
30-059 Kraków
link: journals.agh.edu.pl/geotour