Geoturystyka

Relacje z podróży - Ameryka północna

Otwórz oczy...Prezydent z pudełka po lekarstwach - WASZYNGTON

÷USA, Waszyngton

Nobilitacji stanowi Waszyngton dodaje fakt odziedziczenia miana za nazwiskiem pierwszego prezydenta USA, Jerzego. A uroku to, że graniczy z Kanadą i leży nad Pacyfikiem.

Ma obszar 176 446 km kw. i zamieszkuje go ok. 6 100 000 ludności; jego stolicą jest Olympia, a największymi miastami Seattle, Spokane i Tacoma.

Wieki temu, kiedy jeszcze terytorium Waszyngtonu i Oregonu traktowane było jak jedno – zamieszkiwali je Indianie. Europejczycy dotarli na te ziemie w 1543 roku i byli to żeglarze hiszpańscy. Potem nastał czas Jamesa Cooka (1778) i równocześnie Rosjan , którzy panując wtedy na Alasce postanowili wyskoczyć za wodę i sprawdzić co się tam dzieje. Z biegiem lat zainteresowanych było coraz więcej, ale były to raczej penetracje podróżnicze. Aż do momentu odkrycia złota nad rzeką Salmon w 1860. Nagle zaczęły się napływy, kolonizacje, zasiedlenia, wyścigi. Po ziemie sięgali: panująca wtedy w Kanadzie Anglia, kontrolująca Kalifornie Hiszpania, Rosja i USA. Przepychanki trwały długo, ale (czego nietrudno się domyślić) ostatecznie zwyciężyły Stany Zjednoczone, które w 1848 roku utworzyły tu Terytorium Oregon. O Waszyngtonie ani słowa aż do 1853. Wtedy dopiero powstał zalążek pod nazwą Terytorium Waszyngton. Stanem stał się w 1889. Od tego czasu kwitnie.
...

Dojeżdżamy do kempingu. W lesie. Nie ma już „strażnika” , bo jest późno więc trzeba samemu się zarejestrować , zapłacić i znaleźć sobie miejsce. Płacimy wrzucając pieniądze do koperty, a kopertę do pojemnika. Potem śliczny grajdołek i nawet miejsce na ogień. Zimno. Ognisko by się przydało. Nie mamy drewna.

- Żaden problem – mówi Gośka – gdzieś muszą być wiązki na sprzedaż.
- ???
- No mówię ci. Chodź –zobaczysz.
- O 22.30 w nocy? Ktoś sprzedaje drewno?

Idziemy. I rzeczywiście, blisko wejścia budka, w budce powiązane klocki drewna, obok skarbonka.

- Widzisz? Proste. Bierzesz sobie opał, a do skarbonki wrzucasz złoty pieniądz.
- Chciałabym wiedzieć jakby to funkcjonowało w Polsce – mruczę trochę złośliwie. I wrzucam należność.

Kempingi mnie urzekają. Nie dlatego, nie tylko dlatego, że zwykle urocze i czyste. Kempingi są różne. Z prysznicami, pralniami i internetem lub z wychodkami bez wody. Położone w lesie, w skałach lub gdzieś na pustynnym płaskowyżu. Co mnie wzrusza to ich zagospodarowanie. Zwykle jest miejsce na samochód i namiot, na ognisko i grill, jest stolik z ławkami. W łazience (czystej łazience) jest zawsze mydło i ręczniki, papier toaletowy i lustro. I gniazdka z prądem. Bywałam tu na kempingach w dużych parkach narodowych i w zapomnianych dziurach. Jeśli jest to kemping - jest on fantastycznie zorganizowany.
...

1 Park Narodowy Mount Rainier rozpanoszył się na prawie 1000 km kw. w Górach Kaskadowych. W stanie Waszyngton. Nazywa się tak ponieważ centralne miejsce zajmuje tu wulkan Mount Rainier i o to właśnie chodzi. To jedno z najbardziej kapryśnych wzniesień świata. Niby śpi (od 7 tysiąclecia p.n.e. zanotowano 18 silnych wybuchów wulkanu, ostatni był w1882), ale nie jest to sen zbyt mocny. Są i tacy, którzy grzmią o zagrożeniu jakie stwarzają Mt. Helen i Mt.Rainier jako wciąż czynne choć aktualnie ciche zbiorniki z lawą. Nasz bohater  ma 4,392 m., jest najwyższym szczytem tego łańcucha i piątym co do wielkości w USA. Jest potężny. Tak potężny, że wpływa na aurę wokół, a przy dobrej pogodzie widać go z absolutnie każdego miejsca stanu.

Jego wyższe partie są zawsze białe gdyż śnieg nie ma szans tu stopnieć, a dookoła odpoczywa sobie 25 lodowców. W ogóle śniegu tu dużo. Wulkan zasłynął w latach 1971- 72 światowym rekordem rocznego opadu białego puchu (31,102 mm) i od tamtej pory ludzie się z nim liczą. Nie tylko narciarze. Corocznie na szczycie Mt.Rainier stara się stanąć około tysiąca wspinaczy. Połowie się udaje. Połowa odpada. I jedni i drudzy mówią, że ten szczyt to diabeł wcielony. Zdobyć go to sprawa prestiżu. Marek Wencel tak relacjonuje swoje podejście  ”Wiatr smaga mnie po twarzy, co chwilę pod jego silnymi porywami tracę równowagę, czołgam się już prawie, z obawy, że kolejny podmuch zrzuci mnie gdzieś w szczelinę. Wokoło mnie nic nie widać, śnieg i kawałki lodu pędzące z wiatrem siekają mnie po twarzy i głowie, jak piaskarka do czyszczenia metali. To wszystko, co mam na głowie i twarzy nie chroni mnie przed nawałnicą śniegu i gradu. Idę w tym śnieżnym piekle już ponad godzinę, myśląc sobie, który z moich partnerów pierwszy powie "dosyć, wracamy".

Ed Viestrus ( jeden z najsłynniejszych alpinistów świata) wspomina Mt. Rainier ze swoich studenckich czasów „Widziałem szczyt z okna akademika. Stał się moim celem. Ogarnęła mnie mania na jego punkcie. W każdy weekend siadałem w samochód lub łapałem stopa, w pogodę i w deszcz, byle tylko być na szczycie”

Góra bezlitośnie smagając tych, którzy sięgają wyżyn, jest dość łagodna dla  amatorów parku czyli partii niższych. Ci będą się cieszyć fantastyczną pogodą, podziwiać widoki, pławić się w wodach rzek i jezior czy zbierać sobie owoce leśne typu: jagody np. I przede wszystkim będą podglądać zwierzynę. A jest co. Prawie 60 gatunków ssaków, i ponad 300 różnych ptaków, do tego płazy i gady. Entomolodzy też się nacieszą. Daje to ogromne pole do popisu łowcom... ciekawych zdjęć. Mt.Rainier spokojnie przygląda się tym harcom , ale czasem daje do zrozumienia kto tu rządzi. Wtedy pojawiają się oficjalne ogłoszenia Zarządu Parku poszukujące wolontariuszy do odbudowy dróg, kempingów i szlaków górskich, które w przypływie złośliwości góra zniszczyła licznymi opadami deszczu i silnymi wiatrami. Bo w Waszyngtonie jest tylko jeden pan. Senny, potężny wulkan.     
...
Na pomysł by przez jedną noc pobyć w luksusie, domyć się, odpocząć i nabrać sił przed kolejnymi dniami włóczęgi Gośka wpada jeszcze przed wyjazdem. Jeszcze przed nim rezerwuje wspaniały pokój hotelowy w centrum Seattle. Pokój nie ma znaczenia, ani prysznic ani ogromne, małżeńskie (tak było taniej!!!) łoże. Priorytetową sprawą przy wyborze był basen. Kryty basen i jacuzzi. Możliwość wymoczenia i wygrzania kupra po tym całym czasie marznięcia i kuleniu się w śpiworach.

Do hotelu wparowujemy trochę późno, bo Seattle zajęło nam jednak cały dzień. Brudne, z plecakami i reklamówkami w rękach może i wzbudzamy sensację w tym wypindrzonym wnętrzu, może i pan z trzema charcikami włoskimi na smyczy i zgrabną aktóweczką pod pachą wywala na nas oczy... Ale obsługa zachowuje się bez zarzutu. Że niby każdy klient to pan.

Pierwsze pytanie do recepcjonisty to „na którym piętrze jest basen?” zadane jednym tchem. Wczuł się w rolę i odpowiada, że na czternastym i jednym tchem też, że do dwudziestej drugiej  otwarty. Dlatego najpierw nie zwracamy na to uwagi. A potem już tak. Jest 21.00. O, kurde! To biegiem do pokoju. Już wszystkie nasze plany, że kąpiel wcześniej, że ogolimy nogi, obetniemy paznokcie, że zjemy coś może, biorą w łeb. Bo musimy zdążyć na ten basen, o którym opowiadałyśmy sobie podtrzymując się na duchu w najcięższych chwilach wyjazdu.

Wpadamy na pół godziny przed zamknięciem, zastajemy już tylko sprzątaczkę i miotamy się nie wiedząc czy najpierw pływać czy lecieć do jacuzzi czy poleżeć na leżaczku czy zacząć się wycierać żeby zdążyć. Przed 22. Cholera jasna psiakrew.

Sprzątaczka patrzy na nas trochę zbyt natarczywie. Więc zagadujemy tłumacząc sytuację i żeby nie pomyślała , że wszyscy z Polski zachowują się histerycznie na widok basenu. I że my w Polsce też mamy baseny.

- Wiem jak jest w Polsce – odpowiada na to, jak się później okazuje, Joasia.

No to jesteśmy proszę państwa w domu. I już nigdzie nie musimy się spieszyć. Bo ona będzie sprzątać do północy albo i dłużej.

Zostajemy „albo i dłużej”. I przed świtem znamy się już z Joasią jak łyse konie.

...
W gospodarce Waszyngtonu dominuje przemysł. Głównie lotniczy (za sprawą siedziby koncernu Boeing Airplane Co. w Seattle ze wszystkimi tego konsekwencjami), ale także drzewny, papierniczy (drugie miejsce w kraju pod względem eksploatacji lasów), stoczniowy, elektroniczny, elektrotechniczny, maszynowy i metalurgiczny (hutnictwo, aluminium). Nie koniec na tym - eksploatuje się tu złoża węgla kamiennego, kamienie budowlane, a także srebro. Ale to, co dla Waszyngtonu najbardziej charakterystyczne to wiecznie panująca tu zieleń. Nie bez kozery taki właśnie jest przydomek stanu – permanentnie zielony. Bo Waszyngton jest agrokulturalny. Właśnie stąd pochodzi 90% amerykańskich malin, 80% zielonego groszku czy 75% chmielu. Tu uprawia się morze mięty, wiśni, brzoskwiń, winogron, marchewki, kukurydzy, asparagusa, cebuli, śliwek, truskawek i wielu,wielu innych owoców i warzyw, co zwykle powoduje oczopląs u zwiedzającego i plasuje ten stan w pierwszej dziesiątce jeśli chodzi o dochody z upraw. Ale stanowym owocem jest jabłko. Jeśli Polakowi wydaje się, że jabłko jest owocem wybitnie polskim, powinien przyjechać tu w okresie jesiennym. Takiej różnorodności tego owocu trudno szukać gdziekolwiek indziej. Wariacje na temat jabłek to tutejsza specjalność: kolor, kształt, wielkość i smak – do wyboru. Wyjątkowo wygląda też ten stan podczas kwitnienia sadów. Całe połacie – białe, różowe i niemal czerwone - zatykają dech. Także aromatem.
...
- Co to było?!!!
- Nie wiem, może wiewiórka?
- Głośno mów – niech tu żadne zwierzę nie podchodzi
-Uspokój się i napij się piwa. Jest tak zimno, że niedźwiedzie to chyba zapadły w sen zimowy, a nie latają po kempingach. Poza tym masz ogień. Nie czytałaś nigdy Londona? Nie wiesz, że zwierzyna boi się ognia?

Gośka boi się niedźwiedzi. Ja chyba też właściwie się boję, ale jakoś nie wyobrażam sobie aby misiek rzeczywiście zlazł do nas na kolację. A ona sobie wyobraża. Skutecznie pomagają jej w tym strażnicy parku, którzy wszędzie umieszczają ostrzeżenia. Po pierwsze tu idąc lasem się krzyczy. Trzeba śpiewać, rozmawiać, tupać i w ogóle zachowywać się głośno. Bo misia łatwo zaskoczyć jak się tak cicho skradać, a niedźwiedź wzięty z zaskoczenia strasznie się wkurza. Po drugie kempingi w lesie są potencjalnym źródłem pożywienia dla leniwego grubasa, który zamiast sobie coś upolować woli wziąć jak swoje. Np. ze śmietnika. No to mu wymyślili śmietniki zamykane na klapkę. No to on się nauczył tę klapkę podnosić. No to dołączyli do klapki blokadę. No to on tę blokadę złamał. Efekt jest taki, że kempingowe kosze na śmieci są do tego stopnia przemyślnie zamykane, że i człowiek musi się nieźle natrudzić by je otworzyć. Misiek odpada. Ale się nie poddaje. Jak wiadomo ludzie sporo jedzą, a  jeszcze więcej zostawiają. Może jakby obejść stoliki...Więc na każdym stoliku są ostrzeżenia, a przy każdym stoliku metalowe skrzynki. Zasada jest taka – nie drażnić zwierzęcych zmysłów. Czyli jeść szybko i wszystko, nie kruszyć, unikać kuszących aromatów, a to czego się nie zje chować do metalowych skrzynek. Trzymanie jedzenia w namiocie to głupi pomysł. Otwieranie okien w samochodzie – też nie najmądrzejszy. Zwierzęta leśne mają silny instynkt zbieracko – łowczy. I swój rozum. Wiewiórka, która się wkradnie do namiotu lub wejdzie przez okno auta – co najwyżej poszarpie reklamówkę z chlebem. Ptak, który znajdzie okruchy pod stołem – po prostu je zje. Kiedy się przestraszą – uciekną albo zaatakują. Niedźwiedź zrobi dokładnie to samo. Ale tu waga jest cięższa.

No więc Gośka nasłuchawszy i naczytawszy się tego wszystkiego bywa trochę przewrażliwiona na niezidentyfikowane odgłosy lasu.
...
Normalnie wilgotne lasy, lasy deszczowe występują w dorzeczu Amazonki i Orinoko, na przesmyku Ameryki Środkowej, w dorzeczach kongo, Zambezi i Nigru... jest też gdzieś na Madagaskarze ...gdzieś w Nowej Gwinei... gdzieś w Australii...

Charakterystyczne dla takiego lasu jest przede wszystkim to, że wciąż tam pada, siąpi, ciurka, cieknie, kapie sączy się. I że stale jest zielono. I gorąco. To na pierwszy rzut oka. Znawcy wskażą jeszcze na wyjątkową bujność i różnorodność roślinności oraz widoczną walkę o dostęp do światła, polegająca na pięciu się jednych roślin po innych. Kto pierwszy ten lepszy. A jest z kim rywalizować, bo podczas gdy w Europie na jednym hektarze  występuje średnio np. 5 gatunków drzew, tutaj występuje ich od 60 – 100. Tych gatunków. Zielska oplatają się, rosną jedne na drugich i jedne obok drugich, tworząc duszny, spleciony w dręczącym uścisku płat soczystego koloru o wielu odcieniach.

Także zwierzęta niechętnie żyją tu przy ocienionej ziemi i częściej zamieszkują wyższe partie lasu też mając wielu rywali do co lepszego miejsca.

Czy można taki las zobaczyć w USA? Ano można. W waszyngtońskim  Parku Narodowym Olympic. Na półwyspie o tej samej nazwie. Największy las deszczowy strefy umiarkowanej. Oczywiście nie jest to to samo. Ale prawie.Tu nie dominują paprocie, ale mchy. A jak taka niepozorna, przyziemna roślinka może powalczyć o choćby promień słońca? A dzięki drzewom właśnie. Na które się włazi i z których się zwisa. I dzięki którym jest się całkiem, całkiem wielkim. I prawie się w tym lesie rządzi. Naprawdę warto to zobaczyć. Te obwieszone ze wszystkich stron mchem, płaczące drzewa, otulone zwykle mgłą lub innym rodzajem deszczu oświetlone światłocieniem. Wyglądają jak wielkie czarownice, których nagości nie okrywa nic, prócz długich aż do ziemi płaszczy włosów. Rządzą lasem niepodzielnie i tylko mchy pozwalają sobie na taką bliskość – wszelka inna roślinność zaakceptowała ich zwierzchnictwo i co najwyżej pełza im gdzieś koło stóp. Jakby bała się zdeptania.
...
Na krótko przed ustanowieniem tych ziem stanem zaczęto gorączkowo pracować nad symbolami mającymi odtąd składać się na wizerunek Waszyngtonu. Najpierw więc pieczęć. Specjalny komitet zatrudnił jubilera Charlesa Talcotta, któremu zasugerowano żeby pieczęć była Czymś. Najlepiej by był na niej Mt. Rainier, port w Takomie, pola uprawne, jakieś zwierzę...Spotkanie poświęcone projektowaniu pełne było wielkich słów i planów, których Talcott słuchał pokornie. Gdy już każdy wrzucił swoje trzy grosze, jubiler wziął butelkę z atramentem i odrysował od niej kółko, za wzór mniejszego okręgu posłużyła mu srebrna jednodolarówka. W powstały pasek wpisał „Pieczęć Stanu Waszyngton , 1889”. Z kieszeni spodni wydobył jakiś znaczek pocztowy z podobizną Jerzego Waszyngtona i wkleił go w środek projektu. „Oto – powiedział - wasza pieczęć. Wystarczająco symboliczna, a bez niepotrzebnego zaśmiecania polami, czy owcami. Przetrwa lata”

Po kilkunastu minutach szeptów, pomruków, przepychań, projekt zaakceptowano. Co racja to racja, stan się będzie rozwijał, zmieniał, a pieczęć z wizerunkiem patrona pozostanie zawsze aktualna. Ale żeby tak od butelki w atramentem...

Talcott nie przejmował się pozorami tylko efektem końcowym. Przyznawał rację tym, którzy wskazywali na znamienitość postaci prezydenckiej i mówili, że nie wypada jego podobizny odrysowywać od pocztowego znaczka! „Fakt. – mówił Talcott – Miniatura ta jest mało zasobna w detale i nie ułatwia mi zadania”. Więc do ostatecznego wyrobu pieczęci posłużył się wizerunkiem prezydenta z ... opakowania po lekarstwie na kaszel i przeziębienie. Zdjęcie bowiem tu było dokładne, kolorowe i łatwo było przenieść je na stempel. Dzięki temu powstała pieczęć. Przetrwała lata. Wprawdzie Amerykanie nie ufając opakowaniu po lekarstwach zatrudnili w 1967 grafika Richarda Nelmsa, który portret zmodyfikował. Wprawdzie teraz za wzór posłużył portret Jerzego Waszyngtona namalowany przez Gilberta Stuart’a . Ale ta oryginalna, teraz ponad stuletnia pieczęć nadal jest wykorzystywana, pozostaje pod opieką Sekretarza Stanu i jest jednym z najważniejszych symboli stanu.
...
Koń patrzy na mnie ciężko jakoś spod przymkniętych powiek i przysięgłabym, że zastanawia się jak tu by mnie zrzucić przy pierwszej możliwej okazji

- No na co czekasz? Chcesz żeby on się sam osiodłał? – woła Gośka, która na swoim wierzchowcu siedzi już od dobrych kilku minut i czeka na mnie.
- No bo popatrz, on wyraźnie coś knuje...- mruczę z powątpiewaniem. Czy ja powinnam w ogóle do niego podchodzić?
- On nic nie knuje. On śpi.Zasnął z nudów. Ruszysz się wreszcie czy nie?

Ruszam się. Kiedy na niego wrzucam siodło otwiera oczy tak nagle, że aż mi ciarki po plecach lecą. Zrzuci mnie jak nic.

- Popręg, popręg – poucza mnie Gośka, która z trudem utrzymuje swojego konia w miejscu.   

Gramolę się wreszcie na Tego Z Wielkimi Ślepiami i już na początku ściągam wodze jak mogę najbardziej w obawie, że jak zaraz wystrzelimy... Gośka rusza. Ja stoję.

- Co ty robisz? - pyta mnie z ciekawością – chcesz zdjęcie już tu, koło stajni?
- Nieee...mogę go zmusić do ruchu.

Gośka wraca i klepie moje zwierzę w zad. Zrobił dwa, trzy kroki i stanął. Znowu. Dwa, trzy kroki i stoi.

- Ty wiesz co? To jakiś staruszek musi być i mu się pewnie nie chce. Masz gałąź ...

Cokolwiek miałam zrobić z tą gałęzią jest już nieaktualne. Widocznie „staruszek” miał jakieś przeżycia traumatyczne z nią związane, bo na widok Gośki podającej mi witkę wyrywa do przodu niczym torpeda.

Spadam po pierwszych kilkunastu metrach galopu ...

A nie mówiłam? Knuł od początku.
...
2Neah Bay leżący na półwyspie Olympic to rezerwat indiański, który wypełniają Indianie z plemienia Makah, zaliczani do kręgu kultur Północno-Zachodniego Wybrzeża Pacyfiku. Rezerwat zamieszkuje blisko połowa z 2000 żyjących dziś Makahów. Ziemie należące do nich to najbardziej wysunięty na północny zachód skrawek Stanów Zjednoczonych i wbrew pozorom nie jest łatwo tu się dostać.

 - Zatrzymaj co?
- Jeszcze jeden cmentarzyk?
- Ale ten jakiś inny, zobacz...

Cmentarz przyciąga uwagę kolorem. I tym dostojnym z totemów i rzeźbionych orłów i tym jarmarcznym – z nagrobnych laleczek, wiatraczków, plastikowych kwiatków, srebrnych dzbanuszków do kawy, samolocików i dziesiątków różności. Mienią się i furkoczą, drgają i podskakują na wietrze jakby zupełnie nie zdawały sobie sprawy, że to poważne miejsce i się nie godzi. Odczarowują je i zaczarowują równocześnie. Mnie przypomina to dawne, przykościelne odpusty – o czym przypomina odwiedzającym swoich zmarłych autochtonom?

- Zostaw tę kobietę – syczy Gośka na widok mojego pożądliwego wzroku, ale ja jej nie słyszę.

I już lecę do siedzącej na cmentarnej ławeczce staruszki, która kiwa się miarowo w przód i w tył.

Gocha wzdychając nad moim chamstwem wlecze się za  mną

- Indianie – wzdycha – znowu ci twoi Indianie

Ale idzie ze mną.
...
Centralnym punktem półwyspu jest miasteczko Neah Bay, gdzie prawie 80 % mieszkańców to Indianie Wybrzeża. Dziś osada żyje z turystyki. Poszukiwacze indiańskich pozostałości tylko tu obejrzą totemy (własny totem miała i ma każda rodzina, a było nim uważane za przodka tejże zwierzę, roślina lub przedmiot. Każdy totem ma swoją symbolikę, historię i legendę) czy też długie domy (budowle charakterystyczne dla czerwonoskórych tego regionu. Dochodzące do 100 metrów długości, miały zwykle dwa wejścia i mieściły kilka spokrewnionych ze sobą rodzin).W Neah Bay jest muzeum, centrum turystyczne, sporo tubylców i wielu turystów. Przyjeżdżają (i przypływają) tu też poławiacze wszelkich wodnych stworzeń, by wziąć udział w często organizowanych w sezonie zawodach łowieckich. Neah Bay nie jest miejscowością piękną, nie urzeka architekturą  ani wielością atrakcji – ale warto ją zobaczyć. Ze względu na historię, położenie oraz przede wszystkim - mieszkańców. Makahów.

Indianie tego rejonu różnili się od swoich pobratymców z Wielkich Równin zasadniczą rzeczą. Oni nie koczowali, oni latami żyli w jednym miejscu gdyż wody i wybrzeże oceanu szczodrze obdarowywały czerwonoskórych. Dzięki połowom, polowaniom i zbieractwu, ludność tutejsza nie martwiła się o jedzenie, ubranie i ozdoby. Mahakowie łowili dorsze, flądry, pięć gatunków łososia, halibuty, śledzie, stynki i olacheny (tak tłuste, że wystarczyło wprowadzić w nie knoty, by służyły jako świece). Polowali  na wydry morskie, foki, lwy morskie, morświny. Poza tym zbierali małże i mięczaki, łowili ptactwo wodne, a z gniazd wybierali jajka. Dalej od brzegu polowali na jelenie, łosie, kozły górskie, niedźwiedzie i drobniejsze ssaki. Niedobór pokarmu roślinnego równoważyli, zbierając wodorosty.

Mając żywności pod dostatkiem Indianie Wybrzeża nie musieli przemieszczać się w poszukiwaniu zapasów, więc wiele czasu poświęcali podnoszeniu życia materialnego i duchowego. Posiadali rozwiniętą technikę obróbki drewna, budowali najtrwalsze domy ze wszystkich plemion amerykańskich, wykonywali również drewniane łodzie – dłubanki z pni drzew, byli doskonałymi rzeźbiarzami i rysownikami tworzącymi w drewnie i na tkaninach (wełna dzikich kóz). Potrafili też zbierać, przetapiać, kształtować i kuć miedź, którą wydobywali w postaci samorodków z płytkich wykopów lub wprost z powierzchni ziemi. Byli społecznością bogatą, cywilizacyjnie dobrze rozwiniętą, wysublimowaną pod względem artystycznym, podlegającą własnej religii. Najważniejsze dla Makahów było jednak polowanie na wieloryby. To był cały ceremoniał przed którym mężczyźni pościli (także seksualnie) po to, by móc później wytrwać bez snu nawet do dziesięciu dni. Każdy polujący ofiarując odpowiednią, przekazywaną z dziada na syna pieśń - modlitwę , zdobywał przychylność ducha wspomagającego zwanego tumanos. Indianie wierzyli, że po śmierci wieloryba, jego dusza przyjmuje ludzką postać. Stąd gdy już go upolowano, odbywało się czterodniowe święto pozwalające tej duszy odejść. Święto z podtrzymywaniem ognia, tańcami i śpiewem.
...
- Możemy już stąd jechać?
- Nie jeszcze. Chodźmy na przystań, może tam ktoś...
- Dagmara, przecież tu nic nie ma. Nawet herbaty się nie ma gdzie napić...
- Jest, jest. Na pewno coś jest. Tylko musimy poszukać.

Znajdujemy Alana. Alan jest Makahem i nie patrzy wilkiem jak jego współplemieńcy. Daje się nawet namówić na kawę i chętnie opowiada o swoim plemieniu. To on wyjaśnia nam, że Makahowie od lat spotykają się z ostracyzmem społecznym spowodowanym polowaniem na walenie szare. Historia ciągnie się już wieki. Zaczęła się w 1855 roku kiedy to Isaac Stevens będąc przedstawicielem rządu Stanów Zjednoczonych zawarł układ z Makahami, na podstawie którego zrzekli się oni praw do ziem na rzecz USA w zamian za gwarancję połowu na wieloryby. To jedyny układ USA z tubylcami zawierający taką klauzulę. Układ z Makah, zatwierdzony przez Kongres USA w r. 1855, stał się prawem państwowym według Konstytucji Stanów Zjednoczonych Ameryki i jest podtrzymany przez sądy federalne i Sąd Najwyższy USA.

Później z powodu wytrzebienia gatunku, polowania zostały zakazane, ale gdy tylko pogłowie wzrosło Makahowie wystąpili o przywrócenie im prawa do kultywowania tradycji.

- Teraz możemy polować, ale według bardzo wyraźnie ustanowionych zasad, które określają ilość, wiek i rodzaj waleni. ( tylko pięć rocznie, tylko wędrownych, tylko dorosłych, bezdzietnych i tylko szarych). Nie możemy handlować mięsem. Z każdego polowania wymagane jest dokładne sprawozdanie. Polowanie może odbywać się tylko w przygotowanych, zorganizowanych, fachowych grupach. Jest bardzo dokładnie określone jak mogą być spożytkowane które części walenia, mięso, kości, ości, skóra. Mało tego, do mojego domu może wejść komisja i sprawdzić co robię z mięsem takiego zwierzęcia. Gdzie ono jest i czy przypadkiem go nie sprzedałem. Określone jest jak i czym można polować, jakiej długości mają być łodzie, jakie ich wyposażenie i jaka załoga. Sama powiedz czy to jest normalne? Ale zgodziliśmy się, bo dla nas polowania to sprawa tradycji. To nasze być lub nie być.

To jednak nie uspakaja grup ekologicznych, które starają się na wszelkie sposoby spowodować wznowienie zakazu, a między czasie odsądzają Makahów od czci i wiary. Że przez nich znowu gatunek stanie się zagrożonym, że na szali tradycja czy zwierzę powinno zwyciężyć zwierzę, mówią o nie humanitaryźmie polowań i mękach waleni.

Wyznaczają nagrodę dla tych, którzy powiadomią ich o miejscu i czasie polowania by móc zawczasu przygotować jego blokadę.

Alan jednak jest nieprzejednany jeśli chodzi o ocenę sytuacji. Jego i jego ziomków najbardziej rozżala ludzka obłuda. Wskazuje, że to Biali wytłukli Makahom wieloryby, tak jak wytłukli Lakotom bizony. Z tym, że tu według niego sprawa jest bardziej złożona.

-Wiesz o co chodzi kiedy nie wiadomo o co? Czarnorynkowa wartość wieloryba jest ogromna. Gdyby na naszym miejscu było jakieś bogate, wpływowe lobby z pewnością sprawa już dawno byłaby załatwiona. Po cichu i bezprawnie. A my? Co możemy my? Każde z naszych plemion ma swoją tradycję na której opiera się jego istnienie. Tych, którzy przestali zabiegać o kultywowanie tradycji – już nie ma.

26

AGH
Akademia Górniczo-Hutnicza
im. Stanisława Staszica
Wydział Geologii, Geofizyki
i Ochrony Środowiska
Katedra Geologii Ogólnej i Geoturystyki
al. Mickiewicza 30,
30-059 Kraków
link: journals.agh.edu.pl/geotour