Geoturystyka

Relacje z podróży - Ameryka północna

Otwórz oczy...Carpe diem - KALIFORNIA

÷USA, Kalifornia

Dziewięć na dziesięć osób zapytanych gdzie chciałoby skierować pierwsze kroki po przybyciu do USA odpowie bez namysłu „Kalofornia” Jedna na dziesięć zapytanych osób odpowie „Kalifornia” po namyśle.  Nie jest prawdą , że ten stan jest najpiękniejszy. W USA każdy stan ma coś wartego zobaczenia. Jedynego w swoim rodzaju. Ale Kalifornia jest najbardziej różnorodna geograficznie i klimatycznie, trzecia pod względem wielkości i najludniejsza. Zamieszkuje ją niewiele mniej ludzi niż Polskę (35 mln) i to nie bez powodu. Ludzie chcą tu mieszkać. I wiedzą co robią.

Na wyobraźnię działa wiele. Gubernatorem stanu jest Arnold Schwarzenegger, największym miastem jest Los Angeles. W Kalifornii jest Hollywood, Dolina Śmierci, Golden Gate, Dolina Krzemowa, Alcatraz, Malibu, Beverly Hills...można by tak wymieniać. Sama historia stanu też jest baśniowa. Ziemie należały do Meksyku kiedy USA odbiły je zbrojnie. Ale wypłaciły Meksykowi 25 mln dolarów odstępnego. Dobrowolnie. Prawdopodobnie tylko dlatego, że Amerykanie wiedzieli o złożach złota ukrytych na tych terenach. I rzeczywiście – wkrótce odkryto kruszec i ruszyła tu lawina spragnionych bogactwa. To wpłynęło na przyszłość stanu i  wydatnie przyczyniło się do szalonego rozwoju regionu. 

Dziś Kalifornia jest tak bogata, że będąc samodzielnym państwem byłaby w pierwszej dziesiątce światowych potęg. Zawdzięcza to wydobyciu złota, produkcji rolnej, przemysłowi elektronicznemu i oczywiście filmowemu. Oraz turystyce. Równocześnie świadomość, że w razie trzęsienia ziemi połowa stanu może zostać zepchnięta do Pacyfiku wyrobiła w mieszkańcach umiejętność doceniania dnia dzisiejszego.

Redwood National Park

- Wiesz ile tu kosztuje drewno?- pytam retorycznie, bo skąd ma wiedzieć jeśli nie wchodziła ze mną do środka - prawie 6 dolców!

Dwa razy więcej niż normalnie. Złodzieje.

Gośka nie wytrzymuje i wychodzi z samochodu. Wjechałyśmy do tego miasteczka (Klamath) tylko dlatego, że pierwszy raz w życiu zobaczyłam miasto ogrodzone siatką. Jak jakiś... ogród. Tyle, że miejscowość nie ma nic z ogrodowego uroku. Jeden sklep, jedna stacja, kilka odrapanych domków typu barak drzewny. Zmierzcha więc może to jeszcze odbiera naturalne ciepło miejsca? Ceny mnie wkurzają. Drogo jak nie wiem co, a wybór żaden...

- Kupić to drewno?Nie wiadomo czy coś się potem trafi, a zimno się robi jak diabli...

Zanim jednak podjęłyśmy tę strasznie ważną decyzję czy wydać po 3 dolce na łebka za wiązkę, zaczepia nas Frank. Ona nam załatwi drzewko. Za jakieś pół godziny. I za jakieś 20 zielonych, ale cały bagażnik. Myśl, że my nie mamy bagażnika i trzeba będzie to drzewo umieścić gdzieś pomiędzy plecakami, a prowiantem i z nim potem spać, jakoś mnie nie martwi.

Sprzedawca patrzy na nas z nienawiścią. Dobrze mu tak. Zdzierca.
...
Redwood National Park , ponad 110 akrów lasów ciągnących się wzdłuż wybrzeży północnej części Kalifornii, wart jest zobaczenia z kilku powodów. Z powodu Indian, z powodu drzew i z powodu położenia.

Indianie wielu szczepów zamieszkiwali te ziemie (Tolowa, Yurko i Chilula) od tysięcy lat, a do czasów współczesnych przetrwały o nich legendy, liczne tu rezerwaty indiańskie z coraz mniej licznymi mieszkańcami oraz słynne canoe indiańskie robione z Czerwonego Drzewa. Jakkolwiek okres świetności plemion indiańskich dawno minął - warto się wybrać w te tereny, by poznać Indian, pooglądać warunki w jakich mieszkają, zaznajomić się z ich krwawą  historią. Jest to też rejon, w którym można kupić autentyczne, indiańskie wyroby, ozdoby, ubrania...Szczególnie godne polecenia jest otoczenie rzeki Klamath i ten właśnie rezerwat. I to nie ze względu na egzotykę życia współczesnych synów tej ziemi, ale ze względu na realizm egzystencji.
...
- No przecież widzisz, że jest napisane „full”!
- To co chcesz wracać przez ten las?

W życiu! Właśnie przejechałyśmy po nocy drogą wołającą o pomstę do nieba. Ani znaku, ani człowieka, jedynie oczy jakichś jelonków przy drodze.

Nienawidzimy jelonków przy drodze. Zwłaszcza nocą, gdy pada, jest ślisko, a my ledwo żyjemy w poszukiwaniu noclegu. A tu full.

- Może...
- Na pewno nie będę spać przy drodze – wybij sobie z łepetyny.
- No to o robimy?

No właśnie – co robić w sytuacji gdy przyjeżdżamy prawie o północy do jedynego w okolicy kempingu, leje, zimno i wstrętnie, a tu full. Znaczy nie ma miejsc. Inni byli szybsi, lepsi, pierwsi, a ty biedaku coś teraz wymyśl...
...
Redwood National Park leżący w północnej części Kalifornii swoją nazwę i sławę zawdzięcza właśnie drzewom zwanym redwoods. To rodzina, do której należą znane wszystkim największe na świecie sekwoje (giant sequoia) oraz czerwone drzewa ( coast redwoods), które są na świecie najwyższe. W tym miejscu właśnie te najwyższe na świecie czerwone drzewa zwane popularnie redwoods są atrakcją. Występują już tylko tutaj , oraz częściowo w Oregonie, żyją ok.2 tys. lat, ważą do 730 tys. kg., osiągają średnio wysokość 111, a objętość ponad 6 metrów. Prawdziwy rekordzista w tym względzie to Tall Tree – ma 600 lat, mierzy 122 metry i wciąż rośnie!

Tak jak i Indianie tak i redwoods zostały przetrzebione na tyle, by aktualnie chronić nieliczne miejsca ich występowania. Przygoda z najciekawszym lasem świata zaczyna się po wjeździe na teren Kalifornii od północy drogą numer 101 mniej więcej w miejscowości Crescent City kończy w miejscowości Trinidad. Przejeżdżając ten odcinek drogi, a zbaczając z niej jedynie za znakami - zobaczyć można wszystko, co najważniejsze. Fakt, że miejsce leży w oddaleniu od głównych atrakcji turystycznych i z dala od głównych szos czyni miejsce nieco odludnym i tym ciekawszym.

Death Valley

- Wyłącz klimatyzację - warczy Gośka
- Zwariowałaś! Jest 50 stopni Celsjusza! Chcesz na stu żywcem usmażyć?
- Nie widzisz znaków? Tu jest stromy podjazd i piszą żeby wyłączyć i światła i RC.
- Upieczemy się
- Jak chcesz. Jak nam pójdzie samochód – chyba cię uduszę...chociaż pewnie nie będę musiała.

No to wyłączam. Za żadne skarby świata nie chciałabym tu utknąć. Zanim na to pustkowie dojechałaby jakaś pomoc – z pewnością umarłybyśmy z samej świadomości, że jesteśmy tu, pozbawione chłodzenia.
...            
Dolina Śmierci nazwana jest tak nie ze względu na wysoką latem temperaturę. Gdyby powiedzieć np. afrykanom o panujących tu pięćdziesięciostopniowych upałach – wzruszyłby ramionami. Niesłusznie.

Ta dolina jest jak śmierć nie dla tego, że jest tu gorąco, ale dlatego, że jest tu w dodatku gorąco. W dodatku do najniżej położonego (zdarza się i 86 m. poniżej poziomu morza) olbrzymiego (8374 km kw), najsuchszego w Ameryce (wilgotność względna poniżej 1%) obszaru, który jest popękaną, wyschnięta skorupą, pozbawioną jakiegokolwiek cienia. Pozbawioną ludzi. Niemal pozbawioną życia. Przejechać dolinę można prostą, ale biegnącą przez ostre wzniesienia drogą, ciągnącą się dziesiątki kilometrów (długość doliny to 225 km). I niech Bóg ma w opiece tego, kto zmuszony byłby tu czekać na pomoc drogową.
...
Pół drogi Gośka usiłuje przekonać mnie, że po to tu w końcu jesteśmy żeby eksplorować. Ale ja nie jestem w stanie wysiąść z samochodu. Wyszłam pół godziny temu w jakimś punkcie chyba ratunkowym (jeden sklep!). Podmuch wiatru natychmiast rozgrzał mi oprawki okularów przeciwsłonecznych tak, że musiałam je zdjąć..Nawet oddycha się źle. Od tamtej pory siedzę w aucie jak w igloo. Przez okno patrzę z przerażeniem na drgające powietrze i burze pustynne. Jezu! Co za miejsce. Świadomość, że na tej rozgrzanej powierzchni ( podobno przy ziemi to jest nawet i 100 st.C) może nam pójść opona sprawia, że jedyne czego chcę to wyjechać stąd żywa. Nazwy mijanych „atrakcji” wcale nie pomagają mi się uspokoić. Oto  Piekielne Wrota. Na lewo Pogrzebowe Góry, na prawo Wzgórze Trumien. No pięknie po prostu! Patrzę na termometr i kiedy widzę 52 st.C zaczynam nerwowo kręcić głową.

Ona upiera się jednak, że skoro już tu przyjechałyśmy, to powinnyśmy zobaczyć to, co najważniejsze.

Ale nie ma głupich. Daję się namówić na wyjście z samochodu tylko raz. By usmażyć jajko bez ognia i je później zjeść. Jest południe, powyżej pięćdziesiątki, mamy kupione specjalnie na tę okazję jajka i patelnię.

Żar nam się leje na głowy gdy rozbijamy jajo. Czekamy kilkanaście sekund – nic.

- Trzeba by poczekać z pół godziny – jęczy Gośka, której pot już zalewa oczy. A minęła dopiero minuta.
- Może trzeba je nie na patelnię, ale na coś gorącego -  sugeruję, marząc byśmy zeszły z tego piekła - na kamieniu! Tony Halik smażył na kamieniu...

Rozglądamy się. Nie ma kamieni. Jest tylko piach i ziemia.

- No to może na masce samochodu -  decyduję wreszcie, bo ile można tak stać na wietrze? Pięć minut?

Wylewam. Spływa jak gdyby nigdy nic. Widocznie wciąż jest zbyt chłodno...

- Jedziemy?
- A nasze jajko?
- Chrzanić jajko – sama czuje się tak jakby mi się ścięło już co nie bądź w organiźmie  - usmaży się na tej masce po drodze. Wtedy go możemy zjeść. Uciekajmy stąd wreszcie!
...
W Death Valley na uwagę zasługuje kilka punktów, które swym wyglądem podkreślają charakter miejsca. Najbardziej kontrowersyjny to Racetrack Playa – gdzie można zobaczyć wędrujące kamienie. Tzn. Kamienie, które wędrują. Wygląda to ciekawie, bo na piaszczystej równinie brak czegokolwiek prócz głazów. I ciągnących się za nimi śladów przesuwu.  Śladów długich na kilkadziesiąt metrów. Czyli kamienie idą. Czy ktoś widział jak idą? No nie. Ale nic innego, tylko same głazy mogły zrobić te ślady. Jak to wytłumaczyć? Tłumaczeniem, badaniami i hipotezami zajmują się od kilkudziesięciu lat naukowcy i od kilkudziesięciu lat do końca nie wiadomo dlaczego w Dolinie Śmierci kamienie same chodzą. Ale można obejrzeć ewidentne dowody tego procesu. Oprócz kamieni z nogami, jest tu największa depresja kontynentu – Bedwater.  Położona 86 metrów poniżej poziomu morza resztka po jeziorze, które wyschło 3 tys. lat temu. Teraz pozostało pokryte solą dno i trochę cuchnącego siarczanami płynu. Jest też Pole Golfowe Diabła czyli ziemia spieczona i popękana tak bardzo, że trudno tu wbić nawet gwóźdź, można popatrzeć na złocistą czerwień formacji w Zabriskie Point, lub w głąb krateru Ubehebe. A jak już się człowiek zdołuje tym pustynnym, bezżyciowym, dennym krajobrazem można pojechać do Zamku Scotty’ego. I po kilkakrotnym przetarciu z niedowierzaniem oczu obejrzeć przepysznie urządzony, autentyczny zamek, postawiony na środku pustyni i nazwany imieniem hochsztaplera, który nawet nie był właścicielem tego przybytku, ale spowodował jego powstanie, bo „ten klimat dobrze mu robił na zdrowie”
...
- Ty! Co to tam tak błyszczy na horyzoncie? Samochód?

Tak! To jest samochód. Jedzie sobie w tę samą stronę co my, tą samą drogą co my. Tyle, że my jedziemy szybciej i go doganiamy. Nasza radość jest niezmierna. Właśnie od dwóch godzin jedziemy asfaltówką, która powinna nas stąd wyprowadzić. Zbliża się wieczór, temperatura spadła wprawdzie do 48 st. C, ale niżej ani drgnie. Końca jakoś nie widać. I właśnie naszą rozmowę o tym, czy na pewno jedziemy w odpowiednią stronę i dlaczego od godziny nie widać żadnego samochodu, przerywa widok owego na horyzoncie. Co za ulga... Kto by pomyślał – co? Co za ulga, że jedziemy właściwą drogą...

Las Vegas (Nevada)

Z Death Valley do Las Vegas jest rzut kamieniem. Dlatego robimy wypad do Nevady i dojeżdżamy tu tak jak polecają wszystkie przewodniki - wieczorem. Wrażenie jest, bo po całodniowym pustkowiu doliny, wpadamy nagle w migotliwą ferię świateł i krzykliwą obecność ulicznego tłumu. Jest wciąż – mimo, że to już prawie 21 – ponad 45 stopni i ta myśl mnie niepokoi.

- Gdzie mamy przewidziany nocleg?
- Gdzieś na parkingu
- Patrz na temperaturę...
- Właśnie patrzę

Intensywnie myślimy co by tu zrobić. Z założenie nocleg na parkingu jest nielegalny. I choć tańszy o niebo niż hotel wymaga pewnych zabiegów. Przygotowania się do snu gdzieś w neutralnym miejscu, a potem tylko podjazdu na jakieś uprzednio wybrane (mądrze wybrane) miejsce, przejścia do tyłu Kiciuni przy wyłączonych światłach i udawaniu, że nas tam nie ma. Nie daj Boże żeby ktoś nas wypatrzył. Społeczeństwo amerykańskie wierzy w swój porządek i natychmiast dzwoni po policję.

Ale jak tu spać w dusznym mieście przy tak wysokiej temperaturze ? Przy zamkniętych oknach? Braku możliwości włączenia klimatyzacji? Jak odpocząć po całodziennej jeździe w upale, która nas wykończyła i przed całodzienną jazdą w upale, która nas wykończy?  No właśnie...

Na razie skupiam się na mieście.
...
Las Vegas (Łąki) – wybudowane na niegościnnej pustyni niegościnnej Nevady w 1905 jest największym miastem amerykańskim założonym w XX wieku. Miasto na piachu ma szansę egzystencji dzięki pobliskim: jezioru Mead i zaporze Hoovera. Dawniej miasto mafii i ciemnych interesów, dziś jest miastem hazardu i grzechu.

Kto mówi Las Vegas myśli – kasyna. I ma rację. Chociaż te kasyna to tak naprawdę około siedmiu kilometrów drogi (w dodatku poza granicami miasta), którą można przejechać w piętnaście minut – trudno nie być pod wrażeniem. Pomysłowość w ściągnięciu miłośników hazardu nie zna tu granic. Kasyno The Mirage posiadające tygrysy bengalskie, delfiny, las tropikalny pod dachem, akwarium i wulkan, który wybucha co godzinę – jest najdroższym przedsięwzięciem architektonicznym (630 mln. dolarów). Paris Las Vegas ma replikę wieży Eiffla, tylko dlatego o połowę mniejszą od oryginału, że niedaleko znajduje się lotnisko. Circus Circus oferuje występy cyrkowe, park rozrywki, kolejkę górską i ściankę wspinaczkową. Bellagio co kwadrans organizuje pokazy podświetlanych fontann z muzyką, a Treasure Island – walkę dwóch statków pirackich. Kasyna te mają średnio 3 tys. pokoi. I to nie żart, że niektóre drukują mapy, by się w nich nie zgubić.

Las Vegas to także...miłość. Nevada mając najbardziej liberalne prawo małżeńskie (i nie tylko takie) udziela pozwoleń na lewo i prawo, a niemal każde kasyno ma kaplicę ślubów. Wystarczy tylko zapłacić i okazać dowód tożsamości by bez problemu uzyskać pakiet: ceremonia, limuzyna, poczęstunek i nocleg. Należy jednak pamiętać, że rozwód w tym stanie jest  równie łatwy do przeprowadzenia. 

Tak naprawdę Las Vegas jest miastem dla graczy. Turystycznie zajmie przez kilka godzin, później zaczyna się problem. Trzeba wejść do któregoś z kasyn i zacząć się bawić lub się stąd wynosić. Włóczenie się po ulicach, kolorowy zawrót głowy w tej aurze szybko męczy, a atrakcji innych – właściwie brak.Wyjście poza krąg światła i muzyki zaprowadzi zwiedzającego w ponure, obdarte i niezbyt bezpieczne, boczne uliczki – jakby nagle w inny wymiar.Wszystko tu jest podporządkowane  jaskiniom hazardu i ma na celu zwabienie delikwenta i wyciśnięcie z niego szmalu. Amatorzy tych rozrywek – nie znajdą lepszego miejsca. Będą poruszać się w sztucznie stworzonym, luksusowym świecie, który na pewno zapewni im zabawę jaką lubią. Ci, którzy przyjadą tu popatrzeć – wyjadą po kilku, kilkunastu godzinach... Nam wystarcza godzina...   

Yosemite

Siedzimy pod El Capitano. Na karimatach. Na łące. W koło trochę ludzi. Też tak siedzą. Jedzą ,piją, rozmawiają. A od czasu do czasu podnoszą lornetki do oczu i wbijają wzrok w granitową skałę. Oglądają wspinaczy. Czyli tych, którzy przyjechali tu w celu zdobycia ściany. Pocą się, stękają, brzęczą swoim sprzętem. Szybko zresztą znikają z oczu. Skała ma ponad 1000 m wysokości więc w jeden dzień zdobyć się je nie da. Trzeba nocować gdzieś na półce jak się taka trafi lub podwiesić się na czymś w rodzaju hamaku. Musi być przeżycie.

- Do you want any water? - Gośka litościwie krzyczy do dwóch dziewczyn zataczających się drogą. Chyba właśnie wracają z El Capitano, bo tylko kiwają głowami. Podajemy im dwie butelki wody, a jednej poprawiam ciągnącą się za nią linę...jeszcze jej kto na tę linę najedzie samochodem i dziecko się udusi.

- Nie szkoda ci trochę?- Gośka zauważa mój przyczepiony do oddalających się dziewcząt wzrok
- Nie.

Wszystko ma swój czas. Ja mam teraz czas wypraw. Wspinać się będę kiedy indziej. Aktualnie piję kawę siedząc pod El Capitano. Skałą, której zdobycie jest dla każdego wspinającego się – marzeniem.
...
Swoją fantastyczną rzeźbę Yosemite – dolina  leżąca w górach Sierra Nevada w Kalifornii – zawdzięcza lodowcom. I cierpliwości natury. Bo mimo, że to granit wydaje się materiałem najcięższym do formowania znalazł się nań sposób. Mianowicie lód. To lodowce (o niedocenianej, a ogromnej sile nacisku) rzeźbiły w skale fantastyczne kształty: niecki, rysy, zapadliny, koryta i wąwozy. Zajęło im to wprawdzie jakieś 2 mln.lat, ale gdy, po ociepleniu, nagle ustąpiły – zostawiły po sobie nierzeczywiście piękne kształty. Sucha skała, już wyrzeźbiona artystycznie, nabrała jeszcze uroku gdy wstąpiło w nią życie. Zieleń i woda przyozdobiły nagie góry po mistrzowsku, a przyjazne teraz życiu tereny zamieszkały zwierzęta.

Nie trzeba też było długo czekać na człowieka. Indianie Yo'hem-iteh zagospodarowali część tej przestrzeni. Urzekła ich dolina – długa na 7 i szeroka na 1 milę, otoczona przez strome, niemal pionowe skały poprzecinane wodospadami, a wyściełana łąkami w otoczeniu lasów. Sielanka trwała jak zwykle do czasu przybycia Białego.

Pionierem, który odkrył te ziemie był Joseph Rutheford Walker, który przejeżdżał tędy w 1833 roku. Nie zjeżdżał jednak w dół gdyż zbyt był wyczerpany dotychczasową podróżą, a i potrzeby specjalnej nie było.Tyle, że zarejestrował urodę miejsca. Dopiero perspektywa wydobycia złota spowodowała pokusę wyparcia stąd Indian i zagarnięcia terenu dla siebie. Było to w połowie XIX wieku i od tej pory biali sukcesywnie i w barbarzyński sposób opanowywali dolinę. Po czym bezczelnie nazwali ją Yosemite od nazwy wyrzuconych stąd  Indian.

Ale co nie ma tego złego, które nie miałoby strony dobrej. Dziś Yosemite jest obiektem Światowego Dziedzictwa Przyrody, jednym z najbardziej popularnych miejsc wśród amatorów natury. Parkiem Narodowym położonym na ponad 3 tys. km. kw. Granitowe klify, tęczowe wodospady, sekwojowe lasy, tysiące jezior, 1600 mil strumieni, 800 mil dróg wspinaczkowych i najprawdziwsza dzika zwierzyna. To tu czarne niedźwiedzie włamują się do samochodów w poszukiwaniu żywności - co działa najbardziej na wyobraźnię zwiedzających. Ale oprócz misiaków jest tu ponad 70 gatunków innych ssaków, 250 różnych ptaszysk, 11 rodzajów ryb i około 1500 roślin.  Tu roztacza swe uroki mekka wspinaczy – fantastyczna El Capitano (największa granitowa bryła na świecie - 1067 m). Tu mamy najwyższy w USA i jeden z najwyższych na globie, Yosemite Waterfall. Kto tu przyjedzie – nie będzie się nudził.
...
- Udało nam się z tym miejscem co? – siedzimy właśnie przy piknikowym stoliku, z piwem w dłoni i wypowiadam to zdanie w fatalnym momencie. Podchodzi do nas facet. W ciemności widać tylko jego brodę i białka oczu.

- Sorry gays, but this is our place. Don’t you see the tent?

Musimy mieć niezłe miny. No, bo rzeczywiście – jest 22.30, w okolicy innego kempingu nie ma, a tu więcej miejsc też nie. No nie zauważyłyśmy tego namiotu wcześniej. Gość patrząc na nas mięknie. Dobra, nie musimy się wynosić. On właściwie nie ma nic przeciwko żebyśmy siedziały przy stoliku, ale samochód musimy trochę przestawić, bo oni właśnie przyjechali i muszą gdzieś zmieścić swój.

- Of course, of course, thank  you so much…

Gośka przestawia Kiciunię, a facet mnie inwigiluje. Gdzie namiot? Nie mamy namiotu – śpimy w aucie. O to jeszcze lepiej. Nie będzie problemu ze zmieszczeniem się na polance.

- Dobra – krzyczy do mnie Gocha – powiedz mu, że miejsce wolne
- Polki ?– z niedowierzaniem, ale najczystszą polszczyzną mówi do mnie nasz dobroczyńca - to wy jesteście z Polski? Kurczę, ale numer...

I tak poznajemy Witka.

Los Angeles

- I am sorry ladies but you can’t use tripod here. Thank you. – gość w garniturze szybko oddala się by u niknąć dyskusji. Nie można, to nie można. Zamiast ustawiać statyw prosimy kogoś o uprzejmość. Z odciskiem dłoni Paul Newmana. Zdjęcie. Potem biegniemy pod Kodak Theatre, które w czasie rozdania Oskarów skupia na sobie kamery całego świata. Dziś jest to jeden z wielu, nieciekawych budynków, zamkniętych na głucho. Zdjęcie. Jest jeszcze miejsce, z którego świetnie widać wzgórze z ustawionymi literkami Holywood. Obok wielkie, kamienne łoże pomalowane na kolor żółty i obok napis „Najlepsza droga do Holywood”.

Słynne Beverly Hills objeżdżamy powolutku, ale rezydencje są przemyślnie ukryte pośród wzniesień i roślinności. Niewiele widać.

I to by było na tyle. 

Alcatraz

Alcatraces znaczy pelikany. Po hiszpańsku. Oblana lodowatymi wodami Pacyfiku, położona zaledwie dwa kilometry od San Francisco wyspa, początkowo była oazą pelikanów. Stąd urocze miejsce otrzymało sympatyczną nazwę, po powszechnie lubianym łowcy ryb.  I to by było na tyle tego uroku. Mimo, że odkryta w 1775 roku (przez Juana de Ayala, który nazwał ją właśnie Isla de los Alcatraces) nie cieszyła się dużym zainteresowaniem. Nawet Indianie, choć korzystali z owoców morza i wybierali stąd ptasie jaja, uważali, że wyspa należy do złych duchów. Jedynie pięciohektarowa, słodkiej wody nie miała, urodzajna nie była, roślinności jakoś skąpo. A jednak... z czasem...

W 1846 roku Kalifornię opanowało USA. W 1854 wybudowano tu pierwszą na zachodnim wybrzeżu latarnię morską, chwilę potem - fort. W 1859 dotarł na wyspę pionierski garnizon. Przez kolejne lata Amerykanie przekształcali Alcatraz w najbardziej niedostępną fortyfikację na zachód od Missisipi. Zainstalowano około stu dział obronnych, zastosowano szereg umocnień, uzbrojono teren po zęby. Cóż z tego, kiedy okazało się, że nawet podczas znaczących wojen nikt nie chciał zdobywać tego kawałka ziemi. Bo i po co? Ale miejsce nadawało się idealnie na zsyłkę i zaczęto przetrzymywać tu więźniów – żołnierzy konfederackich, buntowników, spiskowców, później Indian. Po wojnie hiszpańsko – amerykańskiej sporo tu było Hiszpanów, podczas  I wojny światowej – jeńców niemieckich. Równocześnie trwała rozbudowa początkowo prowizorycznych cel w regularne więzienie, wreszcie fort uznano za przestarzały obiekt militarny i zaczęto podporządkowywać wojskowy porządek na wyspie porządkom więziennym.   

W 1943 roku oficjalnie powstało tu cywilne więzienie o zaostrzonym rygorze. Jego hasłem naczelnym było „Jeśli łamiesz zasady – trafiasz do więzienia. Jeśli łamiesz więzienne zasady – trafiasz do Alcatraz”. Fama o nieludzkich warunkach, budowana zresztą od lat, rozeszła się teraz szybko – Alcatraz nazywano Diabelską Wyspą, Twierdzą , Piekielnym Więzieniem... Przez lata swojej działalności więzienie zyskało sławę miejsca, z którego nie da się uciec i chociaż wciąż próbowano – kolejni z 34 uciekinierów zostawali wyłapani, zastrzeleni lub odnalezieni martwi. Pięciu nie pojmano nigdy i ci być może ...

Do Alcatraz zsyłano przestępców najgroźniejszych. Takich , których nie chciało się mieć w sąsiedztwie, których nikt nie żałował, o których najlepiej było zapomnieć, że istnieją. W sumie przewinęło się tędy 1500 skazańców. Najwięcej osadzonych w jednym czasie było 302, najmniej 222.

A jednak o warunkach  jakie panują w więzieniu mówiono nie z satysfakcją, ale ze strachem. I nie chodziło tylko o te małe, pojedyncze cele o wymiarach półtora na dwa i pół metra. Z pryczą, umywalką i klozetem. Które opuszczało się tylko na posiłek trzy razy dziennie i na spacer raz w tygodniu. Oraz prysznic – dwa razy na tydzień. Chodziło głównie o to, że w Alcatraz ciężko było poczuć się jak człowiek. Bo nikogo tu nie traktowano jak człowieka. Więźniowie jeśli zachowywali się odpowiednio i tylko wtedy mogli:

- raz w miesiącu przyjmować wizyty (czyli oglądać odwiedzającego w małym okienku i pogadać z nim przez słuchawkę)

- należeć do biblioteki (czyli pożyczyć jedną z kilkudziesięciu książek.Gazety, radio, kolorowe magazyny i cokolwiek poza książką absolutnie zakazane)

- otrzymywać listy (które więzień dostawał po uprzednim ocenzurowaniu i przepisaniu na maszynie przez obsługę więzienia)

- pracować  (typ, rodzaj i warunki pracy ustalano indywidualnie)

Na tym kończyły się przywileje. Ci którzy sprzeciwiali się regułom więziennym trafiali do izolatki. Czyli pomieszczenia podobnej wielkości co cela z tym, że bez łóżka, toalety i umywalki. I bez światła. Więźnia zamykano tam nago, do dyspozycji miał właściwie tylko podłogę, a urozmaiceniem dnia były wsuwane  przez lufcik racje żywnościowe – też ograniczone zwykle do chleba i wody.

Dzień zawsze zaczynał się od pobudki o 6.30 i sprzątania cel do 6.55, kiedy to więźniowie udawali się na półgodzinny posiłek do jadalni.

Według strażników to jadalnia w czasie posiłku, kiedy do dań dawano tym mężczyznom sztućce, była najbardziej niebezpiecznym miejscem w więzieniu.

Utrzymanie więzienia pochłaniało ogromne koszty ze względu na zabezpieczenia i położenie. Na trzech więźniów przypadał jeden strażnik, a warunki atmosferyczne bezlitośnie niszczyły infrastrukturę. Wszystko kosztowało. Dlatego Robert F. Kennedy zamknął Alcatraz 21 marca 1963 roku. Przez niemal pięć lat nic się nie działo, aż upomnieli się o to miejsce Indianie. Powoływali się na traktat, według którego każde opuszczone miejsce federalne należy się autochtonom. Wtedy Amerykanie szybko się ocknęli i po dwóch latach walk usunęli stamtąd  czerwonoskórych dowodząc, że wciąż działa latarnia morska . A więc nie jest to ziemia porzucona.

W 1973 powstało tu muzeum. Każdego roku przewija się tędy około 750 turystów.
...
Nawet gdybyśmy chciały pójść własną ścieżką – nie da rady. Gdy tylko stateczek dobija do wyspy dopada nas przewodniczka. Wita, gada i wskazuje gdzie się udać. Do kina oczywiście (o dziwo, ten film jest naprawdę ciekawy) . Po mapki, pamiątki i wskazówki. A potem na teren samego więzienia. Rozglądam się z niesmakiem po oblanych zewsząd wodą, niesamowicie ofajdanych przez mewy, cuchnących hektarach, na których same ruiny, rupiecie, gruz i śmieci. No nic. Włazimy do więzienia. W progu strażnik. Proszę uprzejmie słuchaweczki na uszy i w porządku iść, a nie tak jak stado baranów. O.k. Zakładam,włączam , idę. Przewodnik w aparaciku mówi mi żebym poszła w lewo, idę ja i reszta wycieczki (a propos stada baranów) , o tu biblioteka, tu cela Al Capone... Szukam Gośki, nie ma. Wracam wbrew słowom przewodnika do poprzednich przejść – nie ma. Obiegam korytarz – nie ma. Muszę zatrzymać swój aparat, bo według niego powinnam być już w kuchni, a ja ciągle w korytarzu. Wreszcie jest! Idzie.

- Gdzie łazisz jak pragnę zdrowia. – syczę cicho, by nie przeszkadzać innym w słuchaniu.
Co mówisz? – wrzeszczy Gośka przekrzykując swoje słuchawki.
- Co ci mówi twój przewodnik – zrzędzę wciąż cicho, bo już zwracamy powszechną uwagę. Pewnie. Cisza jak makiem zasiał, każdy zasłuchany lata według wskazówek, a tu dwie Polki kłócą się zawzięcie.

- Czemu leziesz do bloku C, jak mamy być najpierw w B? – wściekam się, bo mam teraz niekompatybilne słowa przewodnika z miejscem gdzie jestem. I nie mogę trafić na odpowiedni moment więc przewijam tę taśmę tam i z powrotem

- Bo mam ochotę pójść najpierw do C, a potem do B - odpowiada Gośka spokojnie wpatrując się we mnie z ciekawością – a tobie co się stało?  Boisz się, że cię zamkną jak pójdziesz nie w tym kierunku, czy co?

No właśnie. Co mi się stało? Nie wiem.

Gdy już nam się udaje zdać aparaciki i wydostać z więzienia, idziemy do ruin mieszkań strażników i ich rodzin. Kiedyś to podobno było urocze miejsce. Blok mieszkalny, otoczony kwiatami, oddzielony od więzienia nie tylko bujną roślinnością, ale także skarpą . Tuż obok coś w stylu remizy. Według wspomnień jednej z mieszkanek wyspy – rodziny strażników prowadziły normalne życie. Kobiety zajmowały się domem i rodziną, dzieci co dzień płynęły do San Francisco do szkoły. Święta, zabawy, uroczystości – spędzali wspólnie . Stanowili coś na kształt „jednej, dużej społeczności” . Pewnie tak było. Mnie jednak jakoś trudno uwierzyć, że ktoś mógł wieść tu beztroskie życie.

San Francisco

- No to do której idziemy?
- Chodźmy do tej po lewej stronie. Podoba mi się ten kelner

Wchodzimy. Najprawdziwsza portowa knajpa z seafoodem. Nienawidzę seafood.Wszystko co ma wąsy mnie brzydzi i zjedzenie tego jest dla mnie czymś nie do przeskoczenia. Ale tu, to co innego. Jak się jest w San Francisco to trzeba  iść do portu. Jak się jest w porcie, trzeba przyjść na Fisherman’s Wharft. A jeśli chce się po raz pierwszy w życiu skosztować homara – nie ma lepszego miejsca. Nie tylko dlatego, że ten tu jest świeży, bo dopiero złowiony. Ale przede wszystkim dlatego, że to miejsce ma atmosferę. To nie jest czas wieczorowych sukien. W ściśniętych budkach pełnych pary z kotłów, zapachu ryb i przekrzykujących się sprzedawców w przybrudzonych fartuchach można zjeść fantastyczne owoce morza. Na wynos. Na papierowym talerzu. Na stojąco. Ludzie się tłoczą. Ten krabik? Proszę bardzo. Zgrabne wyłowienie, zabicie i poćwiartowanie. Potem kilka sekund we wrzątku - cytrynka, chleb i następny proszę. Tego homara? Dla ciebie złotko połóweczka? Nie ma sprawy. Papierowy talerzyk , następny proszę.

Jeśli ktoś chce jednak usiąść – jak my – może wejść do pobliskiej knajpy. Jednej, drugiej, trzeciej. Nie ma tu blichtru złotego wystroju, a na miejsce i tak zwykle trzeba czekać. W środku ścisk, blisko siebie ustawione, koślawe stoliki, przeciskający się kelnerzy, łokcie proszę trzymać przy sobie, bo nie ma zbyt dużo przestrzeni. A co oferujemy? Na początek homar królewski - to ten wielki, tam łazi, po dnie akwarium.  Do tego butelka różowego wina. A na przystawkę proponujemy zupę z małży w chlebku. Dziękuję, zaraz przyniosę zamówienie.

- Czy ten rak będzie się nam ruszał na talerzu?- pytam nerwowo niepewna czy nie zwrócę właśnie zjedzonej, fantastycznej zupy, jak zobaczę łażącego mi tu wąsacza.
- Jak będziesz to wina piła w takim tempie to na pewno będzie się ruszał .To jest homar. Nie rak. I będzie ugotowany.
- To po co on nam przyniósł tyle żelastwa?Wygląda jakbyśmy miały na tego homara polować.

Ale kelner przynosi rzeczywiście martwe zwierzę, w dodatku podzielone na  pół i nadziane jakąś białą glistą. Wierzę mu na słowo, że to krewetki.

- Patrz na mnie i rób to samo - mówi Gośka i pewnie sięga po oprzyrządowanie.

Po pół godzinie walki z homarem (w moim przypadku była to głównie walka wręcz) – ów został zjedzony. 

I to było naprawdę fantastyczne przeżycie.

Sonoma Valley

-Haaaallloo!!!!!!!! Leeeecimyyyyyyyy!!!!!!!!!!!!!!!!
- Gośka!!! – usiłuję interweniować coś jak szeptem – nie jesteśmy tu same

Ale ani nasz pilot Chuck ani reszta w koszyku nie ma nic przeciwko temu. Chuck, bo już niejedno widział, a reszta, bo jest zajęta. Robią zdjęcia, szczękają zębami, chichoczą, wymiotują - co kto lubi.

Koszyk jest najprawdziwszym koszem jak z przygodówki Verne’a, a balon ogromny i w łaciate kolory. No piękny po prostu. A Gośka szaleje. Podskakuje, szarpie mnie za różne końcówki ciała usiłując najprawdopodobniej rozerwać mnie na części, z których każda miałaby właśnie oglądać coś niesamowitego.  

Co mnie zaskakuje, to cisza. W porównaniu z innymi środkami latającymi tej wielkości w balonie panuje absolutna cisza... no, byłaby absolutna gdyby nie moja wrzeszcząca koleżanka.
...
Wydaje się, że produkcja wina to najbardziej skomplikowana sztuka na świecie. Rodzaj wina zależy nie tylko do gleby, nasłonecznienia, czy nawodnienia, ale także od odpowiedniego przycięcia krzaczka (winorośli znaczy) czy np. gęstości rozsadzenia krzewów.  I tak np. drzewka sadzone „w rozstawie między roślinami 1,5 metra, a szerokość międzyrzędzi 1,9 m” dają wina dobrej i bardzo dobrej jakości. A jeśli „odstęp pomiędzy krzewami wynosi 2,5 metra, a szerokość międzyrzędzi 3,5 metra” mamy wina lekkie stołowe. Na jakość wina wpływa „średnie obciążenie krzewu owocem” , głębokość korzenienia i licho wie co jeszcze. Tzn. znawcy tematu wiedzą.

„Optymalne wydaje mi się planowanie plonowania na poziomie 1 kilogram winogron z jednego krzewu.” – radzi jeden z poradników – „Roślina do wykarmienia takiej ilości winogron potrzebuje jednego metra kwadratowego liści. Biorąc pod uwagę rozstaw wynoszący pomiędzy roślinami 0,8 metra to wysokość rusztowania powinna zapewnić przestrzeń dla 8 -10 liści nad gronem. W praktyce oznacza to wysokość nadziemnej części słupka 150 centymetrów. Pierwszy drut nośny znajduje się na wysokości 70 centymetrów. Decyzja czy 8 czy 10 liści zależy od odmiany. Te o liściach większych cięte muszą być na 8 liści”
...
- Patrz! Winnice! Patrz! Winiarnie. O! Tam! Nasz samochód!

Tak rzeczywiście. Pod nami Sonoma Valley. Łagodne pagórki w kształcie księżycowego sierpu – ciepłolubne, zieleniące się, spokojne stoki obrośnięte winoroślą. Poustawianą jak żołnierze na defiladzie. Kolebka win kalifornijskich. Z góry wyglądają równie uroczo jak penetrowane naziemne.

- O zobacz!- nie dość, że wykrzykuje mi w ucho, to jeszcze mnie szarpie za głowę żeby się upewnić, że patrzę w dobrym kierunku - tam byłyśmy wczoraj – co? To tam!

Tak, to tam. Byłyśmy. Wczoraj. Zanęcone – jak większość turystów – darmową degustacją win, ruszyłyśmy na podbój winiarni. Nie powojowałyśmy długo. Darmowa degustacja okazała się płatną i to wcale niemało, a pociąganie z butelki nawet tej najwspanialszej, kalifornijskiej, o godzinie 8 rano jakoś nam się szybko znudziło.

Co innego szabrownictwo w winoroślach. Trochę robiąc zdjęcia, trochę klucząc po polach, bezwstydnie obrywałyśmy owoce, napychając sobie otwory gębowe. Najpierw chodząc, później siedząc, na końcu leżąc i stękając.

Patrząc na skaczącą jak opętaniec Gośkę i porównując ją do zielonej turystki obok, która właśnie zastanawia się, z której strony się  wychylić, by „oddać pokłon Naturze” myślę sobie, że jednak wczorajsze niepicie wyszło nam na zdrowie. I zaczynam wrzeszczeć na całe gardło, ku widocznej radości Chucka.

- Haaaalooooo!!!Leeecimyyyyyyyyyyyyyyyyyyyy!!!

No, bo rzeczywiście. Jak często zdarza się normalnemu człowiekowi lecieć kolorowym ,wielkim balonem nad winnicami Sonomy?
...
W Sonoma Valley powstaje wino gronowe. Czyli z winogron. W uproszczeniu ( ogromnym uproszczeniu) jak tylko grona dojrzeją, przestają cieszyć się życiem i są poddawane obrzydliwym torturom zwanym ładnie winifikacją. Wyciska się z nich soki, poddaje fermentacji w zależności od rodzaju albo umieszczając na powietrzu albo w szczelnie zamkniętych różnorakich pojemnikach. Potem się je klaruje albo filtruje, morduje drobnoustroje dwutlenkiem siarki czyli poddaje różnego rodzaju nieprzyjemnym zabiegom, o których zwykle szary konsument nawet nie wie. Najbardziej romantyczna część czyli dojrzewanie i leżakowanie w metalowych czy dębowych beczkach w zaciemnionych, tajemniczych piwnicach to etap ostatni. Co nie znaczy, że krótki. Chociaż niektóre wina pije się od razu – znakomita większość do trzech lat spoczywa w bece, a potem już w butelce może czekać i czekać. Im dłużej tym lepiej. Najstarsza butelka wina ( w Speyer Museum w Niemczech ) liczy sobie 1602 lata  i jest bezcenna. A koszt win może być najróżniejszy. Co biorąc pod uwagę wariacje na temat hodowli nie dziwi.W 1985 roku zapłacono za jedną butelkę wina 160 tys. dolarów! Za Bordeaux, Château - Lafite z 1787 roku.       Gdyby ktoś chciał dziś zaszpanować może kupić Montrachet, Domaine de la Romanée - Conti, rocznik 1978. Kosztuje zaledwie 23 tys. dolarów, a jest najdroższym winem zdatnym do picia...

26

AGH
Akademia Górniczo-Hutnicza
im. Stanisława Staszica
Wydział Geologii, Geofizyki
i Ochrony Środowiska
Katedra Geologii Ogólnej i Geoturystyki
al. Mickiewicza 30,
30-059 Kraków
link: journals.agh.edu.pl/geotour