Geoturystyka

Relacje z podróży - Afryka

Pająk w Afryce - solna karawana.

÷Mali, Sahara

Witajcie "na żywo", tzn. bieżąco, bo relacje są, jak to bywa, do tyłu. Nie wiem ile uda mi się jeszcze wklepać (jeśli w ogóle coś), bo już jutro ruszam do właściwego celu tej wyprawy, czyli kopalni soli w Taoudenni.

Wszystko dogadane, kontrakt spisany, połowa kasy zapłacona (druga połowa po powrocie)... mam też arabski strój, tak że nawet dreadów nie widać spod szesza i bubu, a to w miarę ważne, żeby nie być rozpoznanym przez niektórych z tej dzikiej pustyni (czyli rabusiów).

10 kilo daktyli, 10 kilo orzeszków, sardynki, paracetamole na prezenty za zdjęcia....i tak dalej. Po 2 dniowej rozgrzewce na wielbłądzie nie miałem tyłka, ale szybko wrócił do siebie:)
Tak więc jak coś się wklepać jutro jeszcze uda, to ok, jak nie to trudno.
Znikam na 40 dni, 40 dni z przewodnikiem mówiącym tylko w języku hassanija... za jakiś 1-2 tyg., w okolicach Arouane, dołączymy do regularnej karawany handlowej idącej po sól, a z powrotem... cóż jest szansa na nawet karawanę złożoną z 600-700 wielbłądów!!!
Informacja, którą znalazłem tuż przed wyjazdem, za to od razu w kilku źródłach:

w 1805 roku na szlaku Taoudenni-Timbuktu (na który właśnie ruszam) miała miejsce chyba największa tragedia karawanowa w historii. Karawana złożona z 1500 wielbłądów i 2000 ludzi zniknęła (jakaś mega burza piaskowa, susza i brak wody w studniach? cholera wie?) Znaleziono ich dopiero w 1912 roku, kiedy zamumifikowane ciała wiatr zaczął odgrzebywać spod piasku...

Kończę bo zamykają kafejkę, ale tu wszystko działa, nie uwierzylibyście :)

Jeszcze jedno sprostowanie, choć nie było tego w relacjach: karawana NIE jest tuareska, tylko arabska - północ Mali za Arouane należy do Arabów mówiących w hassanija, południe Sahary do Tuaregow - tak sobie podzielili Saharę.

OK, pozdro z Timbuktu


Szła przez pustynię, szła karawana... czyli daalej pjk po białe złoto Sahary (i w głąb przestrzeni :)

Wybierała się sójka za morze, aż w końcu ruszył pjk do Afryki (jakoś tak to się zaczynało 2 lata temu:) Nie wiem jak Wam idzie zbieranie się do poważnego wyjazdu, ale dla mnie to prawie zawsze dosyć ciężki i napięty czas. Może gdybym potrafił zaplanować swoje działanie choć na chwilę w przód... ale mniejsza z tym, jestem jaki jestem i zawsze dopinam 1001 spraw tuż przed wyjazdem. Papierki, formalności, kończenie zaczętych prac, zakupy i takie tam. Tym razem było podobnie, jednak w paru kwestiach inaczej. Przede wszystkim bardzo nagła zmiana planów - projekt realizuję dzięki nagrodzie Towarzystwa National Geographic Polska Travelery 2007, o czym dowiedziałem się na początku grudnia.

Ale po kolei o co w ogóle chodzi.

Sprawa nr 1 - cel wyjazdu: TRADYCYJNA KARAWANA HANDLOWA DO ZŁÓŻ SOLI W TAOUDENNI, w głąb Sahary lub inaczej 40 dni na pustyni poza (naszą) cywilizacją.
Taka sytuacja wymaga solidnego przemyślenia logistycznego, bo współczesny człowiek (czytaj fotograf) uzależniony jest od prądu i pamięci kart do aparatu. Nie było łatwo, ale zdobyłem w naszym kraju niszowy towar - ładowarkę solarną z wyjściem 12V w postaci gniazdka zapalniczki samochodowej. Do tego ładowarka do aparatu i parę sztuk baterii na wszelki wypadek, ładowarka do baterii AA i AAA (GPS, czołówka, itp.), no i 45 GB pamięci w kartach flash (dosyć kosztowny, za to lekki i chyba najmniej zawodny nośnik danych). Z gadżetów wspomnę jeszcze tylko o chińskich latarkach diodowych na baterie słoneczne - souvenir na pustynię jak znalazł :)
Kolejnym innym niż zazwyczaj tematem była WIZA! Ponieważ lecę bezpośrednio do Mali potrzebowałem jej przed wylotem. Ambasada w Berlinie, więc w grę wchodziła dwukrotna wizyta w stolicy Niemiec, bądź... przesyłka pocztowa w okresie świąteczno-noworocznym z paszportem i kasą na wizę (34 euro) w kopercie (plus koszty przesyłki zwrotnej). Nieco ryzykowne, ale zadziałało... tyle, że opóźniło wyjazd o ponad tydzień. "Dzięki" Poczcie Polskiej miałem wyjątkowo ekstra czas przed wyjazdem. Z jednej strony spokojniej załatwiłem kilka spraw, z drugiej... no cóż, zobaczymy...
...siedzę właśnie już którąś z kolei godzinę na lotnisku w Bolonii czekając na kolejny etap podróży: Cassablanca i daalej Bamako. Bilet udało mi się zdobyć wczoraj po 18-tej (tego samego dnia odebrałem przesyłkę z paszportem), a nazajutrz o 9-tej siedziałem już w samolocie. Tanie linie na ostatnią chwilę... hm, kosztowne... Taaa, ten dolotowy kawałek Kraków-Bolonia to prawie 1/3 kosztów całego połączenia tam i z powrotem! Zatem po co się spieszę do Afryki?
Na FESTIVAL AU DESERT na pustyni w Essakane, jakieś 30 km od Timbuktu. Trzy dni etnicznej muzy, nie tylko tuareskiej, bo zjeżdżają tu zespoły z całego Mali, a nawet światowe gwiazdy (w tym roku np. Tiken Jah Fakoly). Trzy dni muzyki gdzieś pośród wydm i przestrzeni. W moim przypadku jest tylko jedno ale... dostałem paszport o jeden dzień roboczy Poczty Polskiej za późno. Właściwe samoloty odleciały, a ja kombinuję z nadzieją, zawieszony jakieś 10 tys. m nad ziemią, pomiędzy 9 a 10 stycznia 2008. Festiwal startuje 10 stycznia, w Bamako ląduję 10 stycznia o 2:35 i ponoć o 6:00 jest samolot, który leci do Timbuktu. W Polsce biura podróży w ogóle nie miały informacji nt. tego lotu... więc ryzyk-fizyk.

Zobaczymy na miejscu, czy ekspresowo uda się osiągnąć legendarne Timbuktu (słynące z niedostępności:) i utonąć w muzyce na pustyni?
...
wątpliwości
...
za późno na wątpliwości
...
samolot do Bamako pełny, wielu pasażerów wygląda na muzyków, festiwalowców, etc.
...
1/2 h opóźnienia
...
co będzie??? - to będzie :)

Bamako AirDeal

Tani i godny polecenia samolot Royal Air Maroc siadł na płycie bamakańskiego lotniska. Wyjątkowo byłem jednym z wielu pasażerów tłoczących się w przejściu i niecierpliwie oczekujących na otwarcie drzwi. Szybki spacer przez milutkie ciepełko do budynku lotniska, szybka odprawa i szybkie poszukiwania okienka sprzedającego bilety...
he, he, dobre sobie:), nawet gdyby samolot do Timbuktu był dzisiaj w rozkładzie. A to samolot specjalny, samolot festiwalowy, samolot widmo... Trzeba się jednak jakoś odnaleźć w całym tym tłumie wojska, ochroniarzy, przewodników, cinkciarzy i naciągaczy. Ciężkie zadanie, a informacje dosyć rozbieżne. W końcu pojawia się grupa turystów i muzyków, ale z nimi, tzn. organizatorami tej imprezy, też żadnych konkretów. Pojawiają się dwaj Tuaregowie z jakimiś biletami. Rozdają je turystom i zaczyna się odprawa. Na tablicy pojawia się Tomboctou, tyle że ponoć wszystkie miejsca zajęte.
Czekam. Minuty ciągną się niemiłosiernie, jednocześnie uciekając nieubłaganie, a grupa turystów i muzyków topnieje w oczach.
Ta cholerna niepewność, a nuż się uda, a nuż ktoś nie dotrze na czas. Już dawno minęła 6:00 - godzina odlotu, ale wciąż coś się dzieje, ktoś się pojawia, a głównodowodzący Tuareg ma jeszcze plik niebieskich bilecików w ręku. 6:30 "smaruje", kupuję, "smaruje" - na niebieskim świstku pojawia się moje nazwisko, do plecaka zostaje przylepiona naklejka z napisem TOM, a w paszporcie ląduje jakaś pieczątka. Odprawa, spacer po płycie lotniska, od rufy do wnętrza samolotu i pierwsze lepsze wolne miejsce. Już siedzę, ale wciąż nie wierzę... uwierzę dopiero jak wystartujemy...
Wreszcie o 7:30 wzbijam się 4 raz w ciągu doby pod niebo... uff, uff, uff... udało się!!! Całe to zamieszanie z biletami, banknoty wędrujące w niepewne ręce dla niewiadomojakiego efektu... Uff, to była naprawdę ostra gra - really hard deal!


Niemożliwe staje się możliwe - Essakane

Po 36-godzinach od kupna biletu w Krakowie ląduję w legendarnym tuareskim Timbuktu. Tempo ekspresowe, właściwie to nie do końca wierzyłem, że to możliwe, ale okazuje się że wiele (a może wszystko?) da się zrobić, tylko zależy jakim kosztem.
Z Timbuktu szybki "transfer" na pace pick-upa do Essakane (Assakane). W gruncie rzeczy to jazda w kolumnie kilkudziesięciu samochodów terenowych różnych malijskich biur podróży. Kurzy się niemiłosiernie, pomarańczowe tumany zasłaniają wszystko wokoło. Cóż, pomimo "masówy" czuję, że żyję, czuję pustynię, lejące się z nieba słońce, wiatr we włosach (tudzież w szeszu), pęd mknącej terenówki i wciskający się wszędzie pył... Witamy na Saharze:)
Po drodze dużo wojska, ale dopiero w miejscu festiwalowym okazuje się, że jest go pełno, a ponoć jeszcze cała okolica w promieniu 50 km jest obstawiona! Kupuję bilet - festiwalową opaskę (za dużo niższą stawkę, niż miała być - 115 euro zamiast 150; b.miłe zaskoczenie) i okazuje się, że to co oficjalnie miało być nie do zrobienia indywidualnie, tj. bez biura podróży, jak najbardziej zrobić się da. Gdyby tylko nie te samoloty na ostatnią chwilę... ale cóż, mam nadzieję, że warto było wpakować trochę większą kasę w tą imprezę :)


Festival au Desert

Miejsce festiwalowe w Essakane (Assakane) (czyli chyba jakiejś miejscowej gminie, czytaj zgrupowaniu namiotów lub coś w tym stylu jako centrum) położone jest perfekcyjnie. Po przejechaniu kilkudziesięciu km z Timbuktu przez dosyć monotonny kawałek Sahelu można wpaść w zachwyt. Po drodze tylko w miarę płaski teren, wyschnięte trawy, rachityczne akacje i tamaryszki... po prostu puste krzakowisko, po którym szwendają się jedynie kozy i osły. Tuż przed Essakane pojawiają się natomiast gołe, spalone słońcem góry, a w oddali majaczą duże, pomarańczowe wydmy. Samo zaś Essakane...zgrupowanie kilkunastometrowych jasnożółtych wydm; pomiędzy którymi rozłożyły się festiwalowe stanowiska.
Na jednej z diun wzniesiono dużą scenę przed którą jest akurat na tyle płaskiego piachu, by pomieścić najbliższą publiczność. Dalej prostopadłe 200-metrowej długości obniżenie, które popołudniami służy jako hipodrom dla wielbłądzich wyścigów, a za nim jedna z najpiękniejszych naturalnych, amfiteatralnych widowni świata - lekko wklęśnięta podłużna wydma. Wieczorami na pustyni robi się naprawdę zimno, ale wtedy piaszczysta widownia nabiera jeszcze cudowniejszego wymiaru żarząc się dziesiątkami koksowników na węgiel drzewny. Nic tylko wyciągnąć się na piasku obok takiego grzejnika, wpatrzeć w rozgwieżdżone niebo Sahary i wsłuchać w etno-afrykańskie rytmy.
A naprawdę jest czego posłuchać. Cała muzyczna mozaika multi-etnicznego Mali. "La nuit Bambara de Segou" i inne zespoły ludu Bambara, Guina Dogon z kraju Dogonów, kapele Sore i mauretańskie, no i oczywiście wiele grup muzycznych gospodarzy - Tuaregów: Tamana, Takoba, Tamikirist itd. można by wymieniać...
Dla mnie osobiście no. 1 festiwalu było Tinariwen, moja ukochana grupa tuareska i jedna z naj... z całej Afryki. Nie było ich w planie-programie - pojawili się nagle jako niespodzianka, a wtedy cała tuareska część publiki powstała i ruszyła pod scenę. W momencie przestał istnieć sektor prasowy pod sceną, a miejsce dziennikarzy i fotografów zajęli młodzi Tuaregowie i Tuarezki. Zostałem chyba jedyny z aparatem pod sceną, zalewany z jednej strony porywającą muzyką z serca pustyni, z drugiej falami niepohamowanych emocji. Tłum podrygiwał w rytmach pustynnego bluesa, dziewczyny piszczały wpatrzone w swych idoli, a chłopaki nucili teksty piosenek w języku tamashek skandując prośby o następne kawałki. Zupełnie inna od naszej kultura, ale jeśli chodzi o emocje... to chyba wszyscy jesteśmy po prostu ludźmi.
Jakże odmienna była z kolei reakcja tychże ludzi, szczególnie starszej części, kiedy swą twórczość zaczął prezentować pewien mocno rozczochrany Austriak - M Monte. Muzyczna arytmia na harmonii z na wpół industrialnym podkładem z magnetofonu wywołała dosłownie totalny szok. Chyba nikt spośród Tuaregów nie mógł uwierzyć, że naprawdę słyszy to co słyszy. Gdybyście widzieli wyrazy ich twarzy, wytrzeszczone oczy, zatykane szeszem uszy:) Kończ!!!...nagrodzone brawami.
Zupełnie innego rodzaju abstrakcją byli goście ze zdecydowanie odmiennej pustyni - lodowej. Eskimosi z Kanady na Saharze! Nie wiem do jakiego stopnia miejscowi nomadzi zrozumieli powiązanie ich świata z odległą lodową krainą (choć na początku występu wyświetlany był filmik), w każdym bądź razie specyficzna muzyka dalekiej północy w połączeniu z teatralną grą i cyrkowymi akrobacjami nagradzana była wielokrotnie gromkimi brawami. Artcirq podobał się do tego stopnia, że ludzie przestali zwracać uwagę na to co za nimi, wstając beztrosko zapatrzeni w scenę:) Do miejscowej publiki trafiły także porywające występy Irlandczyków - Liam and Paddy, czy Katalończyków - Electrica Dharma (na pace ich pich-upa dotarłem na festiwal) wraz z timbuktańskim Imarhane.
Dla dość licznych afrykańskich i nieco bledszych rasta bez wątpienia gwiazdą festiwalu było Tiken Jah Fakoly z Wybrzeża Kości Słoniowej. Afrykański Bob Marley rozgrzał Czarną publikę do czerwoności, podobnie jak wcześniej błękitnych ludzi wokalista i gitarzysta Tinariwen w białym turbanie. Rasta wychodzili z siebie, z najdłuższodreadlokim blond pjk na czele :)
Można by jeszcze długo pisać o festiwalowej muzyce i o atmosferze, lecz chyba lepiej przyjechać tu osobiście za rok, co? O innych niesamowitościach Festival au Desert rozpisywać by się można także w nieskończoność.
Wyścigi wielbłądów - parami galopujące pomiędzy wydmami dromadery, jak na bieżni krótkodystansowej próbujący się zawodnicy... Jak w ogóle można rozpędzić wielbłąda na tak krótkim odcinku (jakieś 100 m) do taaakiej prędkości!? Obłęd!
Występy różnych grup muzyki etnicznej na małej scenie: transowa muzyka pustyni (tuareska, mauretańska) i jej wykonawcy w pięknych, lśniących szatach, Dogoni ze swoją bębniarską muzyką, kosmogenią i nieprawdopodobnymi maskami, wśród których jedna miała chyba ze 4 m wysokości!!!... Nie mniej ciekawa jest 3-stopniowa struktura publiki w czasie takich pokazów: najniższy i najbliższy okrąg tworzą foto-reporterzy, dalej mix białych i lokalnych widzów, a nad nimi dostojni Tuaregowie na swoich rumakach-dromaderach.
Wspomnę jeszcze tylko o niezwykłości tzw. imprezy po którymś z kolei bisie Tinariwen. Gdy definitywnie skończyli, z małej sceny rozbrzmiały dźwięki elektroniczne, jungle z mocnym basem. DJe zaczęli miksować muzykę Tinariwen z mocnym bassowym uderzeniem, a wtedy młodzi Tuaregowie i Tuarezki ruszyli pędem w ich stronę i rozkręciła się niezła impreza. Zawoalowani kolesie i ich kolorowe dziewczyny podrygujący przy ostro elektronicznie-bassowych rytmach, na piasku, na skraju Sahary... Obłęd do kwadratu! Impreza trwała do białego rana; kiedy to w półnuty odcięto prąd :)
Na koniec jeszcze parę technicznych uwag. Kolejne obniżenia pomiędzy wydmami zajmują obozowiska artystów, techników i różnych lokalnych biur podróży. Zorganizowana impreza z którymś z nich nie jest złą opcją, ale na pewno bardziej kosztowną niż indywidualne uczestnictwo. Tak czy siak śpi się w tradycyjnych, wieloosobowych namiotach, chyba że organizatorzy zapewniają inne rozwiązania. Oczywiście w takiej formie tradycyjne posiłki są wliczone w cenę. Ja wybrałem opcję minimum kosztów, czyli własny namiot. Można go rozstawić w rozmaitych miejscach, a za niewielką opłatą tuareski strażnik przez cały czas będzie koczował tuż obok pilnując Waszego dobytku. Nie skorzystałem z tej opcji i nic nie zginęło, ale będąc w większej grupie warto rozważyć taką opcję. Jedzenie z gar-kuchni jest ogólno dostępne, ale stosunkowo drogie w porównaniu z normalną malijską ulicą. Można też kupić piwo i mocniejsze trunki w rozmaitych barach rozłożonych pomiędzy wydmami, a od obnośnych handlarzy papierosy i wszystko inne czego Biały człowiek potrzebuje do zabawy w klubie :) Toalety raczej warto omijać szerokim łukiem, oddalając się za potrzebą poza teren festiwalu. Piach i pył jest wszechobecny, więc lepiej trzymać rzeczy (szczególnie elektronikę itp.) w plastikowych workach. Na miejscu nie brakuje też kram-kram, diabelnych kolczastych kuleczek trawy o tej samej nazwie, która wczepia się dosłownie wszędzie, w ubranie, skórę... jednak w samym festiwalowym centrum jest tego dziadostwa niewiele. Nigdy w życiu nie widziałem też tylu skorpionów co w Essakane (choć dostrzeżecie je pewno dopiero po złożeniu namiotów:) Na miejscu jest jednak punkt medyczny, a ten gatunek skorpiona jest raczej niegroźny. Jednego ze spotkanych Polaków (tak, jesteśmy wszędzie:) na koniec imprezy udziabał zielonkawy stawonóg?, a lekarstwem na to okazała się woda z cukrem, choć zalecono mu wzięcie surowicy w Timbuktu.

Dobra, mniejsza z tymi małymi minusami. Atmosfera festiwalu jest naprawdę rewelacyjna, zespoły i przedstawienia na najwyższym poziomie... cóż, polecam wszystkim Festival au Desert 2009!

Wielbłądzia rozgrzewka, Essakane-Timbuktu

Wstępne targowanie z Mohamedem w sprawie powrotu wielbłądami do Timbuktu poszło gładko, wstępna cena przystępna, tyle że jak przyszło do wyjazdu to okazało się, że to nie on ma wielbłądy i targowanie z nim nie miało sensu. Teraz przyprowadził jakichś innych wielbłądziarzy z kamelami i próbują kombinować. Odechciewa mi się z nimi gadać, bo taki sposób robienia interesów to kolejna metoda krętactwa... Na razie chłopaki, wracam pick-upem... W końcu jednak się namyślają, a mi wszak zależy na wielbłądziej rozgrzewce przed Wielką Pustynią. Pakujemy toboły na dromadery i ruszam na 2 dni przez pusty Sahel z przewodnikiem Mongierem. Chwilę prowadzimy wielbłądy, a potem na siodła i do góry. Mój dromader z tyłu, przywiązany do Mongierowego.
Już po chwili czuję, że nie będzie lekko. Próbuję opanować mego zwierzaka, ale raczej brak mi doświadczenia (wcze śniej jechałem na wielbłądzie 2 lata temu może z 5 min.:) Poza tym na nieszczęście dosiadłem go w spodniach ze szluwkami, kieszeniami i szwem przez środek tyłka... o masakra! Drugiego dnia wskoczyłem w polarowe gatki - pomimo upału o niebo lepsze rozwiązanie. Apropos wielbłądów więcej będzie po Wielkiej Pustyni. Teraz tylko parę szybkich obserwacji...
Kiedy już siedzisz w siodle, które zamontowane jest przed garbem, i twój przewodnik przemówi do wielbłąda by powstał, oprzyj stopy na jego szyi i chwyć się mocno siodła z przodu i z tyłu. Dość wysokie to zwierzę i przy wstawaniu i siadaniu pochyla się pod naprawdę sporym kątem. Chwila nieuwagi może kosztować fiknięciem przez wielbłądzią szyję na glebę. Przez 2 dni byłem prowadzony na sznurku, jednak starałem się sam opanować zwierzaka. Raz wychodziło całkiem nieźle, to znowu w ogóle. Zasada jest taka: prawa noga wyprostowana i stopa oparta o szyję garbusa, lewa przewieszona na prawą stronę szyi. Dromadera "napędza" się miarowym popychaniem jego szyi prawą stopą, najlepiej z lekko zaciśniętym dużym i długim (nie u wszystkich:) palcem u nogi na jej wierzchołku. Miałem z tym trochę problemów, bo moje palce nie chciały się rozczapierzyć tak szeroko, ale w końcu je do tego zmusiłem (tyle, że często wypadały z uścisku:). Gdy dromader człapie powoli, mocno buja w przód i w tył, jeśli jednak przejdzie w lekki kłus (nie wiem czy to dobre określenie, bo nigdy nie jeździłem konno) podróż staje się o wiele wygodniejsza. Niestety wielbłądy mają to do siebie, że po przyjemnej chwili kłusu zwalniają (najczęściej pod górkę) i znów wpada się na moment w bujanie zanim nie rozpędzi się ponownie garbusa. Co jeszcze?


...więcej wklepać już nie zdążę, za parę godzin ruszam na Wielką Pustynię jak ją tu nazywają...

:) do usłyszenia za 40 dni, insz Allah


Salam alejkum,
z powrotem w Timbuktu od 2 dni. Jak w skrócie przybliżyć Wam te 42 dni na pustyni?

Moim pierwszym przewodnikiem był Mohamed i Lud, zajmujący się na co dzień szmuglem papierosów American Legend z Mauretanii do Mali. Ta bezakcyzowa marka zalewa zresztą nie tylko Mali, ale też Algierię, Niger i inne kraje Afryki Zachodniej. Kiedy dotarliśmy do ich rodzinnych stron, obozowiska Assar, zmieniono mi przewodnika na starego Hassana i w 6 dromaderów ruszyliśmy na północ po sól. Sahara była każdego dnia inna i nigdy nie miałem czasu się nudzić. Wstawaliśmy o świcie, potem rozruchowych kilka kolejek herbatki i garść orzeszków ziemnych i w drogę. Cały dzień marszu i jazdy na garbie, z krótką przerwą na dogonou - napój posiłek z tłuczonego prosa, po południu, i posiłek z prawdziwego zdarzenia dopiero po zachodzie słońca. Zjeść i spać. Początkowo było b. zimno nocami, a właściwie całą drogę na północ wiał silny wiatr niosący tumany pyłu, a czasem siekający piaskowymi burzami nawet na garbie wielbłąda. W Taoudenni każdy z nas szwędał się za solą, ja geologicznie-geoturystycznie, a Hassan zakupując słony towar. Na południe ruszyliśmy wspólnie z dużą karawaną - prawie 150 wielbłądów objuczonych solnymi płytami, w tym naszych 5. Co dzień (zwał jak zwał, bo pobudka zdarzała się czasem tuż po północy) rano pakowaliśmy nasze wielbłądy i pomagali pakować karawanowe, potem cały dzień człapania z herbatkami i dogonou przyrządzanymi w marszu, stając dopiero przed zachodem słońca. Wielbłądy ryczały zmęczone, a rozpakunek to jedna wielka gonitwa i pośpiech. Tyra ciężka, bo każda z płyt waży około 30 kg, ale są takie co ważą ponad 50. Ogólnie karawana składała się jakby z 3 podkarawan, każdy po 2 równej długości sznurki wielbłądów. Nasz skład liczył 36 wielbłądów, czyli 2 sznurki po 18 garbów. Szacunkowo transportowaliśmy jakieś 3 tony soli, czyli wychodzi, że każdy z karawaniarzy (przypada około 15 wielbłądów na jednego poganiacza) musi zapakować i rozładować dziennie po 1,5 tony soli. Po drodze zwierzęta zrywały się z ogonów poprzedników i trzeba było je dowiązywać do sznurka, a także zdarzało się że zrzucały ładunek i trzeba było je siłą przymuszać do pracy. Ogólnie, im b. ułożony wielbłąd, tym bliżej przodu składu człapie i tym droższy ładunek niesie na garbie. W Aruane rozstaliśmy się z karawaną, bo ta wędrowała dalej na SW do Goundam, a my ruszyliśmy na S do Timbuktu, zatrzymując się jednak po drodze wiele razy u rodziny Hassana (w jego obozowisku spędziliśmy prawie 3 dni)...
Naprawdę piękny czas i słona przygoda, lekko męcząca taka tyra z solą, ale przeżycia niepowtarzalne... ale nie będę się więcej rozpisywał chaotycznie. Myslę, że ten czas doczeka się poważniejszych opracowań, bo tekstowego i fotograficznego materiału mam masę (chyba jednego z najlepszych zebranych w życiu), a poza tym patrząc na skromną ilość maili w skrzynce po 6 tygodniach niebytu, to zastanawiam się czy przypadkiem rozsyłając Wam relacje nie rozsyłam spamu?
Ok, jeszcze chwila w Timbuktu, ale ruszam dalej na pustynie, tym razem smoking desert- dymiąca pustynia i daalej na wielbłądach, tyle że tym razem z Tuaregami a nie Maurami... i mam nadzieję uchwycić po drodze jeszcze ośle karawany ludu Bororo...

Do zobaczenia w Polsce za 2 tyg,
pozdrawiam
pjk


Witam po kolejnej przerwie relacyjnej związanej z przebywaniem poza zasięgiem globalnej wioski. Owe ostatnie dwa tygodnie upłynęły mi w przesympatycznym towarzystwie Tuaregow - niesamowite odprężenie po sztywno-konserwatywności (ładnie mówiąc) Maurow.

Początkowo odpoczywająco w wiosce Czarnych Tuaregow, właściwie to na przedmieściach Timbuktu, które niejeden nazwałby slumsami. Jako gość Hamady zamieszkałem w jednym ze słomianych obejść i przyglądałem się życiu przedmieścia. Kosztowałem codziennych potraw, które po 6-ciu tygodniach na pustynnej, arabskiej diecie były tak fantastycznie witaminowe, że hoho, zaś popołudniami i wieczorami wszystkie dzieciaki z wioski schodziły na dyskotekę przy afro-reggae pozytywnych dźwiękach z hamadowego iPoda. Taneczne szaleństwo małych Murzyniątek... w międzyczasie włóczyłem się po Timbuktu, uzupełniałem foto-tematy do solnego reportażu i... czekałem na kolejnego przewodnika, który 2 dni szedł po mnie i wielbłąda ze swojej wioski do Timbuktu (ah ten postęp cywilizacyjny, Sahel się telefonizuje komórkowo). Z Aba w 2 dni dotarłem do Bankor, wioski Czarnych Tuaregow leżącej niegdyś nad Jeziorem Fagubine. Jezioro to stanowiło dawniej największy naturalny zbiornik Afryki Zachodniej, jednak począwszy od lat 60-tych zaczęło wysychać, aż w końcu zniknęło całkowicie z powierzchni Ziemi w połowie lat 80-tych. Tak więc zagrody Bankor, słomiane tuareskie namioty i małe domki z suszonej cegły oblepionej gliną stoją dziś nad płaską szarą pylastą pokrywą, otoczone z jednej strony nieprawdopodobnie bielusieńkimi wydmami, przechodzącymi przez sawannowa drzewiastość w wydmy pomarańczowe, z drugiej zaś strony piaskowcowym progiem skalnym. Krajobraz jest obłędnie malowniczy, jednak mnie w to miejsce przyciągnęła inna geoatrakcja - Dymiąca Pustynia. Nazwa ta nie najlepiej oddaje istotę rzeczy, bo rejon ten to z całą pewnością jeszcze Sahel, ale zwał jak zwał zjawisko jest fenomenalne. Szara płaszczyzna dawnego jeziora w niektórych miejscach po prostu dymi, nocą zaś można zobaczyć ognie wydobywające się spękaniami z Ziemi. Najprawdopodobnie to pokłady torfu palą się pod pylasto-wapnistą pokrywą dawnego jeziora, zaś dym i ogień wydostaje się spod Ziemi spękaniami na obrzeżach wypalonych połaci niegdysiejszego jeziora. Oprócz tej atrakcji okolice Bankor mają jeszcze więcej do zaoferowania - spacery i trekkingi na wydmy i w okoliczne góry, cmentarzysko gigantów oraz ich kamienno-obronna wioska wzniesiona z piaskowcowych bloków pod szczytem góry (jak na Afrykę niezwykła sprawa, taka budowla), jaskinie w piaskowcu i wiele, wiele innych. Osobiście tygodniowy pobyt przy rodzinie brata Aby- Hamy i podglądanie codzienności ich obejścia i wioski sprawiało mi największą satysfakcję... ach ta ciekawość:), poza skałami popodglądałem zwierzątka i rośliny tej części Sahelu, ale przede wszystkim kulturę i obyczaje tej grupy Tuaregow. Charakterystyczne jest m.in. to, że kobiety noszą na głowach ozdoby wykonane ze srebrnych monet oraz szklanych symboli zakat. Stałym elementem diety było sorgo przyrządzane na różne sposoby oraz herbatka. Poza wielbłądami, poruszaliśmy się po okolicy także na osiołka, ja zaś dodatkowo uskuteczniałem piesze szwędanie:)

Z żalem opuszczałem Bakor, ale to, po co, też było na swój sposób ciekawe. Ostatni dzień w Bankor, to wędrówka na osiołku wraz z innymi mieszkańcami do sąsiedniej wioski na cotygodniowy targ. Koloryt i gwar wymieszanych kilku grup etnicznych (Tuaregow, Maurow, Koro-Boro, Pula...) nie do opisania w paru słowach, tak samo jak różnorodność towarów i atmosfera. Jednak poza handlem targ stwarza także możliwości na transport. Z targu w Zuera udało mi się wydostać do przygranicznego miasteczka z Mauretanią - Lere, na drodze do Bamako. No i jak nastał nowy dzień w tej metropolii, to zacząłem wątpić, czy zdążę na samolot do Bamako na sobotę, bo targ w Lere dopiero w piątek... Lere - pylaste uliczki, większość pojazdów to ciągnięte przez osły wózki, nie ma banku ani nawet poczty, nie ma Internetu a prąd wyłączają i włączają w swoim czasie... Na szczęście w miasteczku był 1 bar i sympatyczni mieszkańcy - Tuaregowie, Sore, Bambara, Maurowie... Przez 2 dni z miasta nie wyjechał żaden samochód w stronę stolicy, na szczęście jednak w przeddzień targowy objawiła się ciężarówka jadąca z Timbuktu do Niono, więc udało mi się zabrać na pace na początek asfaltowej drogi do Bamako.

...jutro już niestety ostatni dzień w Mali, pakowanie i ostatni kawałek do stolicy na nocny samolot. Pozdrawiam gorąco z Segou - dawnej stolicy ludu Bambara i do zobaczenia w chłodnawej Polsce.
pjk

P.S. Zatem koniec krótkiego cyklu relacji, ale zainteresowani zapewne będą mieli wkrótce okazję poczytać co nieco więcej o geoatrakcjach, soli, karawanach, kulturze Maurów i Tuaregów w dzisiejszym Mali, bo naprawdę świetnego materiału wraca ze mną stos:)

26

AGH
Akademia Górniczo-Hutnicza
im. Stanisława Staszica
Wydział Geologii, Geofizyki
i Ochrony Środowiska
Katedra Geologii Ogólnej i Geoturystyki
al. Mickiewicza 30,
30-059 Kraków
link: journals.agh.edu.pl/geotour