Geoturystyka

Relacje z podróży - Afryka

Wyprawa do Libii, Tunezja - część 1

÷Tunezja, Sahara

Genua 25.10.2003r.

Marhaba!
Po mroźnej, autostopowej drodze przez austryjackie i włoskie Alpy dotarliśmy wreszcie do Genui. Za parę chwil odpływamy do Tunisu, gdzie zaczyna się właściwa częśc naszej przygody. Jedziemy we dwójke: Czarna i Pająk dobierając środki do sytuacji: autostop, pociąg, prom, autobus oraz inne wynalazki, byle tanio i do przodu. Autobus też może być autostopem - nam udało się ze słoweńskim biurem podróży (na Polaków za granicą raczej nie można liczyć).
Co chcemy zrobić?
Przemierzyć południe Tunezji i Libię, wedrzeć się w serce Sahary, obserwować i poznawać tamtejsze obyczaje, dotrzeć do cudów natury i człowieka oraz nawiązać bliższe kontakty z Uniwersytetem Garyounis w Benghazi.
Zapraszamy do śledzenia relacji z naszej podróży.
 A propos naszego celu - Libijskiej Arabskiej Jamahiriji

  • Libia graniczy z Tunezją, Algierią, Nigrem, Czadem, Sudanem oraz Egiptem,
  • rozciąga się od Morza Śródziemnego do centrum Sahary wschodniej,
  • 95% powierzchni kraju pokrywa pustynia,
  • jest to kraj 5 razy większy od Polski, a zamieszkały zaledwie przez 5 milionów ludzi co sprawia, iż ma on jedną z najmniejszych gęstości zaludnienia na świecie,
  • żyją tu w większości Arabowie, plemiona berberyjskie oraz osławieni Tuaregowie,
  • 95% społeczeństwa wyznaje islam sunnicki,
  • od czasów Zielonej Rewolucji w roku 1969 ekscentrycznym przywódcą Libii jest Muammar Kadafi,
  • od 30 lat Libia izoluje się od świata zachodniego, zorganizowana turystyka pojawiła się dopiero 3 lata temu, przy czym turystyka indywidualna jest właściwie niemożliwa (zobaczymy...).
Tunis 26.10.2003r.

aWczoraj wieczorem wypłynęliśmy z rodzinnego miasta Krzysztofa Kolumba - Genui. Prom, który pani w polskim biurze podróży radziła rezerwować z minimum dwutygodniowym wyprzedzeniem okazał się prawie pusty. Genua została za rufą, na prawej burcie pojawiły się światła Korsyki utopione w ciemności. Porywisty i lodowaty wiatr spędza nas pod pokład.
Rankiem za oknami lekko wzburzone morze i słońce!!! Szczelnie opatuleni przed wiatrem wychodzimy na pokład i... kompletne zaskoczenie. Co prawda wicher prawie porywa, ale jest naprawdę ciepły - oddech Sahary.
Jutro, tj. 27.10.2003 zaczyna się Ramadan- muzułumański miesiąc postu na znak odnowy swojego związku z Bogiem. Teoretycznie oznacza to powstrzymywanie się od jedzenia, picia, palenia i stosunków seksualnych od świtu do zmierzchu. Jak to wygląda w praktyce przekonamy się w najbliższym czasie.

Tymczasem dojeżdżamy z portu do Tunisu i okazuje się, że miasto i jego mieszkańcy przesiąknięci są kulturą europejską. Zakwefione kobiety to przeszłość - pod tym względem niektóre dzielnice Londynu mają bardziej orientalny charakter. Działa sygnalizacja świetlna, a ruch na ulicach nie jest bardziej chaotyczny niż na południu Francji czy Włoch. Reklamowane w przewodniku schronisko młodzieżowe okazuje się miejscem obłożonym mnóstwem zakazów i ograniczeń, wcale nie najtańszym i zdecydowanie nie godnym polecenia. Znajdujemy tani hotelik w medynie - bielusieńkie ściany, błękitne drzwi i okna, czysto i schludnie. Jednak okazuje się, że w pokoju nie jesteśmy sami. Towarzyszą nam pomarańczowe i wąsate stworki - prusaki, aż strach pomyśleć od czego roiło by się w tym schronisku.

Tunis 27.10.2003r.

bDziś pierwszy dzień Ramadanu. Rankiem wychodzimy na ulicę po pieczywo. Długo kręcimy się po wąskich uliczkach medyny obserwując tłum - wszystko funkcjonuje pewnie jak zwykle, ale jest Ramadan. Do zachodu słońca, tj. 17:30 nie widzimy nikogo jedzącego bądź pijącego ani nawet palącego (do sypialni nie zaglądaliśmy). Ludzie siedzą w kawiarenkach przy pustych stołach, czytają gazety, rozmawiają. O 17-tej miasto kompletnie opustoszało, wszystko pozamykane, stanęła komunikacja miejska, ale jak się okazuje tylko na godzinę. W tym czasie całe życie koncentruje się w tysiącach knajpek i restauracji przy popostnym posiłku.
Wieczorkiem mamy ochotę na piwko bądź osławione tunezyjskie wino, jednak okazało się, że na czas Ramadanu tutejsi muzułumanie nie piją.
Jutro porannym pociągiem ruszamy na SW, pod granicę algierska, na Stół Jugurty.
P.S. Trudna ta arabska klawiatura i nie ma polskich znaków. Zdjęcia postaramy się nadesłać wkrótce. (Tekst został wzbogacony o polskie znaki później - przyp. redakcji)
Pozdrawiamy!

Gafsa 29.10.2003r.

Przemoknięci do suchej nitki!

c W strumieniach deszczu schodzimy do wioski, skąd można wydostać się gdzieś dalej tylko zbiorowymi taksówkami, tzw. louages. Swoją drogą są to bardzo ciekawe wynalazki - najczęściej renaulty nevada lub peugeoty kombi z wmontowanymi do środka trzema rzędami siedzeń. Taki pojazd zabiera 6-ciu pasażerów, a z tyłu jest jeszcze miejsce na plecaki i inne tobołki. Odjeżdżają z kompletem pasażerów, chyba, że kierowca nie ma cierpliwości.
Wczoraj dotarliśmy takimi wynalazkami ze stacji kolejowej w Kalaat Kasba do wioski Ain Sinan, skąd rozpoczęliśmy wędrówkę na Stół Jugurthy - ogromne wapienne plateau, płaskie jak stół i jakby wyjęte z foremki, bo otoczone ze wszystkich stron pionowymi, sięgającymi 100 m ścianami. Na górę prowadzi jedna droga - schody wykute w skale, zbudowanej z milionów małych amonicików ułożonych idealnie, tysiącami, jedne nad drugimi. Niegdyś ta góra wznosząca się nad równinami stanowiła naturalną fortecę króla Numidów Jugurthy, który przez 7 lat atakował stąd Rzymian. 
Do dziś pozostały tylko schody, groty i zbiorniki wykute w skale. d Na szczycie stoi pustelnia marabuta, takiego muzułumańskiego świętego. Choć do granicy rzut beretem, to algierskie góry ledwo się rysują. Zbiera się na coś niedobrego - postanawiamy przeczekać.
Deszcz. Przespaliśmy całą noc, godziny mijały i nic. Przypomnieliśmy sobie historię związaną z naszym następnym celem, wioskami berberyjskimi w górskich oazach, które rozpłynęły się podczas katastrofalnych opadów w 1969 roku.
Teraz idziemy w strugach deszczu. Im bardziej w stronę cywilizacji, tym gorzej. Ulicami płynie brunatna rzeka, woda po kostki, wolno przejeżdżają już prawie pływające samochody - przecież tu nie ma kanalizacji deszczowej. Uciekamy na południe do Gafsy, ale tu też niemrawo, więc pozostaje tylko się przesuszyć w hotelu.

Tamerza 30.10.2003r

ePo nocy w Gafsie zaskakuje nas bezchmurne niebo. Ruszamy na zachód do Mides, około 1 km od granicy z Algierią, w góry Jebel el Negeb. Po drodze przez spalone słońcem pustkowie wydaje nam się jak w raju - orzeźwiający chłód, palmy obwieszone daktylami, pomarańcze, figi i soczyście zielona trawa. Za gajem, przycupnięta na wzgórzu, nad głębokim kanionem, berberyjska wioska. Domy zbudowane z kamieni zlepionych gliną nie przetrwały katastrofalnych, 22-dniowych opadów, a ich mieszkańcy przenieśli się do nowych gospodarstw po drugiej stronie oazy. Dziś jedynym żywym akcentem w tej oazie są rzędy bajecznie kolorowych, berberyjskich chust i innych produktów nastawionych na turystów. Oprócz nich i biżuterii, leniwi sprzedawcy proponują także zasuszone skorpiony oraz geologiczne atrakcje, takie jak: muszle i geody, sztabki muskowitu oraz przywiezione z południa róże pustyni.
Dalej wędrujemy wzdłuż kanionu do kolejnej opuszczonej, górskiej oazy. Schodzimy po warstwie opadającej ku dnu wąwozu, tworząca półkę zawieszoną nad kilkudziesięciometrową przepaścią. W końcu znajdujemy się w wąskiej gardzieli meandrująco wymytej w śnieżnobiałym wapieniu. Po drodze mijamy różnorakie warstwy i formy geologiczne: wapienie z muszlami, bułami krzemieni, margle, gipsy i sterczące pod niebo piaskowce.

Gabes 31.10.2003

fPoszukiwania geod, czyli pustek w skałach wypełnionych kryształami, dały pewne efekty, jednak ciężar każdej z nich (1-3 kg) zmusił nas do pozostawienia ich na miejscu. Ruszamy dalej na południe do Tozer, a stamtąd groblą kilkadziesiąt kilometrów przez Szott el Jerid, okresowe jezioro obecnie stanowiące właściwie płaską taflę wykrystalizowanej soli i mułu, smaganą złotymi piaskami z południa.

Ben Guerdane 1.11.2003r

Dziś rano obudziliśmy się w Gabes cali pokryci pyłem, tym dalekiego zasięgu, który dociera do Polski z północnej Afryki, tyle że tu jesteśmy u źródła. Wieje z południa. Jedziemy do Matmaty, za oknami góry w kolorze ciemnopiaskowym i powietrze w podobnej barwie. Pył delikatnie chrzęści w zębach.

gMatmata to wioska z domami troglodytów, czyli dziurami wykopanymi w ziemi, skąd w różne strony rozchodzą się pomieszczenia mieszkalne. Gdy była potrzeba, po prostu drążyło się następną komorę. Taki system doskonale chronił przed prażącym słońcem. Domostwa te zostały wykorzystane przy kręceniu niektórych scen do Gwiezdnych Wojen. Dziś niektóre odpowiednio przekształcone stanowią hotele i restauracje, a cała osada jest turystyczną mekką do której ściągają sznury jeepów i autokarów. Te tłumy turystów zajadających się rozmaitymi przysmakami wśród głodnej arabskiej obsługi (Ramadan) burzą zupełnie atmosferę tego miejsca.
Ben Guardane - przygraniczne miasteczko. Po obu stronach ulicy nic tylko kantory sprzedające dinary libijskie i tunezyjskie (chyba najlepszy kurs w Tunezji). Jutro ruszamy do Libii.

26

AGH
Akademia Górniczo-Hutnicza
im. Stanisława Staszica
Wydział Geologii, Geofizyki
i Ochrony Środowiska
Katedra Geologii Ogólnej i Geoturystyki
al. Mickiewicza 30,
30-059 Kraków
link: journals.agh.edu.pl/geotour