Geoturystyka

Relacje z podróży - Afryka

Wyprawa do Libii, Libia - część 2

÷Libia, Sahara

Sabratha 2.11.2003r.

Nareszcie w Libii!!!

Rano obudziliśmy się w Ben Guardane, przygranicznym miasteczku istniejącym w swej postaci dzięki bliskości Libii. Hotele pełne ludzi z tobołami (płaci się za łóżko), a główna ulica to jeden wielki kantor - dziesiątki metalowych stołów z szufladami i kalkulatorem na blacie, zza których machają faceci grubymi plikami dinarów libijskich. Wzdłuż drogi do granicy poustawiane plastikowe kanistry z tanim, libijskim paliwem, a widok auta z wężykiem w baku też nie należy do rzadkości. Wszystko otwarcie, bez żadnego kamuflażu. 

Granica libijska.
Na stronę libijską przechodzimy z "pewną dozą nieśmiałości" - dwucentymetrowy plik nielegalnej waluty i takie tam różne przeczytane i zasłyszane w Tunezji historie na temat tego kraju. Podajemy paszporty do okienka, a za budką widzimy jakiegoś obwieszonego złotem typa w skórzanej kurtce, z naprawdę zakazaną gębą i do tego palącego papierocha (podczas Ramadanu). Przeszło nam przez myśl, że to jakiś tajniak i zrobiło się gorąco. Po chwili podszedł jakiś wyższy rangą mundurowy i słyszymy: 1

  • o, bolanda! jak się masz?
  • dobrze, dobrze, bardzo dobrze,
  • a where you mieszkasz?

Nie wypełniamy żadnych druczków, które miały być pisane tylko i wyłącznie po arabsku, no i jesteśmy w Libii. Przesuwamy wskazówki z 17-tej na 18-tą i cofamy się z roku 1424 w Tunezji do roku 1371 (o tym innym razem).  Wzdłuż drogi sznur pustych ciężarówek, więc wydaje się, że głównym towarem są pieniądze i ropa, choć z powrotem wracają wyładowane na 5 m w górę (np. materacami).

2 Z tunezyjskim znajomym jedziemy taksówką od granicy - pierwszy punkt kontrolny i zawracamy. O co chodzi??? Podobno "no problem". Kwadrans pod jakąś budką i z powrotem - znów ta sama kontrola, parę kilometrów i następna. Małe zamieszanie, ale wszystko bardzo miło. Okazuje się, że omyłkowo i z nadgorliwości nasze bussiness wizy zarejestrowano jako turystyczne, a my przecież w interesach.
W Sabracie staramy się dotrzeć do ruin starożytnego miasta - portu punickiego, potem rzymskiego i bizantyjskiego. Pytamy policjantów i choć nie znajdujemy wspólnego języka, to radośnie tłumaczą którędy, wręcz promieniując ze szczęścia. Nie mija chwila, a koło nas zatrzymuje się samochód. Gość ze środka zaprasza (my z plecakami) i podrzuca nas prosto do wejścia - zupełnie bezinteresownie (nie chce forsy) i nie po jego drodze.
Takie są właśnie nasze pierwsze wrażenia z Libii i kontaktów z jej mieszkańcami - życzliwi i uśmiechnięci, bezinteresownie pomocni ludzie.
Jeszcze jeden przykład tego samego dnia: w rzymskim teatrze zagadnął mnie staruszek (po ang., lekko łamanie) - prosta, pełna radości rozmowa, na koniec pytanie, czy może mi w jakiś sposób pomóc, a skoro nic nie potrzebuję, to z pozdrowieniami i ukłonami rozchodzimy się, każdy w swoją stronę.

Trypolis 4.11.2003r.

Dotarliśmy do stolicy. Na drogach istne szaleństwo, wyścigi i chaos (choć ruchem kierują miejscami uśmiechnięci policjanci w śnieżnobiałych mundurach), ale jak się okazuje, w mieście pieszy nie jest niewidoczny, a samochody dosyć często zatrzymują się, aby przepuścić ludzi (często człowieka). Nieustanne, radosne pozdrawianie się nawzajem, zaczepki, ale nie nachalne, tylko jak najbardziej szczere i życzliwe. Nie ma też bezczelnego gapienia się, nagabywania itp., choć na pierwszy rzut oka jesteśmy inni.
Jak na razie Libia wydaje nam się na wielu (jeśli nie na wszystkich) płaszczyznach krajem o wiele bardziej "ucywilizowanym" od innych krajów arabskich, które odwiedziliśmy. Nawet kafejki internetowe są łatwo dostępne, tańsze, widoczne z ulicy i z "normalną" klawiaturą, w przeciwieństwie do turystycznej Tunezji, gdzie znalezienie jakiejś to było prawdziwe wyzwanie.
Medyna - w obrębie starego miasta żyje 3500, a pracuje 65000 ludzi. Kręcimy się wąskimi uliczkami, część budynków odnowionych, wybielone ściany suków i pamiątki. Wystarczy jednak skręcić w boczną uliczkę, wejść w inną część medyny, a kontrast powala z nóg. Ziemia pod nogami, miejscami zamieniona w błotnistą maź, nad którą przerzucono jakąś deskę bądź karton, domy nie pamiętające już od dawna czasów swej świetności. Jednak klimat tych uliczek, atmosfera panująca w podobnych miejscach i placach zastawionych kramami jest fantastyczna. Mozaika Czarnych przybyszów z całej Afryki, jakby pół tego kontynentu zebrało się właśnie tu: Niger, Ghana, Nigeria, Liberia... W wąskich uliczkach, z zakładów fryzjerskich, sklepików itp. dobiegają afrykańskie rytmy i reggae, na placach i handlowych ulicach mieszają się z arabską nutą, ale już nie z zawodzącymi muezinami. Kramy ze wszystkim, od chusteczek higienicznych i okularów słonecznych, przez buty i ciuch, "oryginalne", prosto z Chin i Tajwanu, po sprzęt elektroniczny. Kolorowe kobiety z Afryki subsaharyjskiej rozłożone ze swoimi towarami na chodniku, na kawałku materiału bądź tektury. Warsztatem pracy jest maszyna do szycia wystawiona na ulicy, szczotka i pasta do butów, plastikowe butelki z wodą z sokiem itp.
Serdeczne pozdrowienia bez naciągania i niemiłych akcentów:

  • "hello rasta, how are you";
  • "welcome to Africa", etc.
Prawdziwie kosmopolityczna, afrykańska atmosfera w tej islamskiej części świata. Przeżyliśmy też pierwszy kontakt z tajną policją i wizytę na komisariacie w związku z fotografowaniem, także tu w miłej atmosferze i oczywiście z akcentem:
  • "bulanda? jak się masz",

a tajniak w podkoszulce: "say no to drugs" poproszony o legitymacje wyglądał jakby pokazywał ją pierwszy raz.

Syrta 5.11.2003r.

3Wczoraj za Chiny nie mogłem się dogadać z recepcjonistą w hotelu młodzieżowym. Ja swoje angielsko-arabsko-migowym, on swoje arabsko-arabsko-angielskim. A chodziło tylko o zapłacenie paru dinarów za kolejną noc. Nic dziwnego jednak, skoro ja starałem się wcisnąć pieniądze, a on za nic nie chciał ich wziąć.
Dziś, po wizycie w Leptis Magna (swego czasu najwspanialszym mieście rzymskim w Afryce), siedzimy już we właściwej taksówce - do Syrty, oczekując na komplet pasażerów. Nagle wsiada inny kierowca, który jako jedyny z całego tłumu zna angielski i zaczyna rozmowę: czy na pewno chcemy jechać w tą stronę, bo Al-Khoms to jego rodzinne miasto i jeśli chcemy gdzieś indziej, a nie możemy się porozumieć, to on nam powie jak i gdzie; czy na pewno widzieliśmy to i tamto; czy ogólnie wszystko w porządku i w końcu czy nie brakuje nam pieniędzy, bo jeśli tak, to on nam da, itd.
Zaś w samej Syrcie od razu znalazł się samochód, który obwiózł nas po mieście i pomógł w zakupach na kolację. A Syrta, to właściwie rodzinne miasto Kadafiego, dziś nowoczesny ośrodek, w którym nie ma nic specjalnie interesującego poza paroma plakatami i bilboardami przedstawiającymi przywódcę i jego wizje, m.in. jedności afrykańskiej. Właśnie tu odbywały się kongresy afrykańskie, a samo miasto wg ambitnych lecz mało prawdopodobnych planów miałoby stać się stolicą Zjednoczonych Stanów Afryki.
A propos Kadafiego, to od czasów rewolucji w 1969 roku nie piastuje on oficjalnie żadnego stanowiska w Libii, a jest jedynie Przywódcą Rewolucji i niezwykle barwną postacią, z którą związanych jest kilka ciekawych historii. Np. księżycowy kalendarz islamski obowiązujący w świecie Islamu zaczyna się w momencie ucieczki Proroka z Mekki do Medyny, tj. w naszym roku 622. I tak w Tunezji był rok 1424. Kadafi uważał jednak, że kalendarz powinien startować w roku urodzin Mahometa, co też zostało wprowadzone w życie. Wymagało to przedrukowania wydanych już kalendarzy, ale pozwoliło libijczykom przeżyć raz jeszcze ich życie, bo zamiast 1424 roku mają 1371.

Benghazi 9.11.2003r.

4 Przez 3 dni włóczymy się po Benghazi - mieście, w którym właściwie nie ma żadnych atrakcji turystycznych, a centrum handlowe i souk nie jest tak sympatyczne jak w Trypolisie. Częściowo może dlatego, że zawinął tu jakiś chiński statek z plastikową bronią i teraz całe miasto strzela do siebie małymi kulkami, a może dlatego, że kilkanaście lat temu było ono bombardowane przez siły USA.
Jednak nic innego nie możemy robić, bo dzień pierwszy to piątek - czyli nasza niedziela, dnia drugiego umawiamy się na wizytę na uniwersytecie i próbujemy zarejestrować nasze wizy, a ponieważ jest Ramadan, to wszystko działa jeszcze wolniej. W biurze paszportowym dowiadujemy się tylko, że "ni ma problema", dostajemy świstek zapisany po arabsku i słyszymy oczywiście "bukra", tj. jutro. Jutro - czyli nasza niedziela, a tutaj zwykły dzień, to czas krążenia po 800 tysięcznym Benghazi.

5Zaczyna się od wyprawy na Uniwersytet Garyounis, do którego prowadzi prosta droga, choć nie dla wszystkich. Spotykamy się z Fawzim, Dyrektorem ds. Kontaktów Międzynarodowych, wymieniamy materiały promujące nasze uczelnie i rozmawiamy o celach naszej wyprawy. Staramy się przedstawić istotę geologii turystycznej, ale nie wiadomo z jakim rezultatem, bo tutaj choćby ktoś nie rozumiał i nie miał "zielonego pojęcia", to i tak powie, że wie (o czym przekonamy się później). Potem dr Muhamad Ali (geograf - geomorfolog) pakuje nas do swojego samochodu i wysadza 200 m dalej, pod Wydziałem Nauki, gdzie mamy poszukiwać Katedry Geologii. Na miejscu okazuje się, że z okazji Ramadanu nikogo jeszcze albo już nie ma i wszyscy będą, ale "bukra". Pędzimy więc na policję, do biura paszportowego.
Tutaj to dopiero prawdziwy arabski urząd. Powoli wspinamy się piętro po piętrze, aż docieramy do poziomu 4 - metalowe drzwi z małym okienkiem. Pokazujemy karteczkę wypisaną wczoraj przez pana "ni ma problema" i po chwili za 1 LD dostajemy po 2 formularze w języku arabskim. Okienko się zamyka. Po chwili wychodzi mundurowy i zabiera nas 2 pietra w dół, skąd z krzykiem i z nami wylatuje znów 2 piętra w górę. Zrozumieliśmy tylko, że chodzi o pieniądze i to nie byle jakie. Na górze wreszcie ktoś spojrzał w nasze paszporty i zrozumiał, że jesteśmy biznes, a nie tourist i momentalnie nasze formularze zostały wypełnione - za darmo!!! Na dole odmieniony pan w końcu zobaczył nasze polskie paszporty i od razu z innym podejściem "gawari" do nas po bułgarsku. Załatwiliśmy tylko tyle, że "bukra" musimy przyjść po magiczną, trójkątną pieczątkę.
Teraz do polskiego konsulatu - mało czasu, więc wsiadamy do taksówki. Ustalamy cenę i okazuje się, że jedziemy w drugą stronę, mimo iż kierowca twierdzi, że nas rozumie i wie gdzie to jest. Po godzinie jazdy i parokrotnym pytaniu o drogę, przez konsulat turecki, egipski, jordański i znów turecki jesteśmy w punkcie wyjścia. Kiedy słyszymy coś o syryjskim, wysiadamy nie płacąc. Trzech innych taksówkarzy chce nas podwieźć, ale po ich minach widać, że nie mają pojęcia gdzie to jest. Postanawiamy znaleźć naszą placówkę na piechotę, a drogę tłumaczy nam przypadkowo zaczepiony Arab, który jak się okazuje mówi też po polsku. W końcu po ponad 2 godzinach docieramy na miejsce, gdzie słyszymy:

  • a...to wy...studenci...;(ale niestety "bukra").

Tak więc jutro od nowa...
P.S. Pozdrawiamy - jutro ruszamy na Saharę, o ile BUKRA pozwoli...

Fjej 13.11.2003r

"Bukra" nie dała wyjechać z Benghazi, ale ten jeszcze jeden dzień pozwolił nam zdobyć magiczną pieczątkę i załatwić wszystkie inne sprawy (dziekan Wydziału Nauk o Ziemi to swój gość i strasznie spodobało mu się, że jedziemy na południe Libii i to w celach geologicznych, bo on tam jeszcze nigdy nie był).

6 Wieczorem zbieramy się i przed ogromną burzą udaje nam się dotrzeć na dworzec autobusikowy. Najtańszy busik wypełniony jest imigrantami z przeróżnych krajów Afryki i wkrótce okazuje się, że jego trasa do Sebhy nie zawsze wiedzie główną drogą, ale tak aby ominąć niektóre posterunki policyjne (także bezdrożami pustyni). Nam to pasuje, bo nie jesteśmy do końca pewni swoich papierów (przekonujemy się później, że nasze obawy są bezpodstawne). Droga do Sebhy to pasmo niekończących się przygód: postoje na każdym mijanym "czekpoincie", zasypiający i sepleniący po arabsku kierowca, grupowe zdjęcia pasażerów (szczególnie dumnego ze swego pojazdu kierowcy), gdy okazuje się, że mam aparat, później brak paliwa, a na koniec spadające z dachu bagaże (mikrobus był z nimi o połowę wyższy, a mijaliśmy też takie ze dwa razy wyższe)- wszystko to wydłuża naszą drogę (1200 km) z 15 do blisko 20 godzin. Zaś samo spadanie z dachu pakunków doprowadziło dwie jadące z tyłu kobiety z Czadu do histerycznych napadów śmiechu, co przeniosło się na wszystkich pasażerów, którzy na koniec solidarnie i ochoczo wylęgli na drogę pozbierać rozrzucone torebki z capuccino (ogromna radość bez cienia irytacji, nawet ze strony ich właściciela).
Z Sebhy szybko docieramy do Fjej, gdzie wreszcie możemy odpocząć i obejrzeć wyryte w skale prehistoryczne żyrafy.

Oaza Gabroun 15.11.2003r.

7Rano ruszamy jeep'em spod schroniska do Tekerkiby, skąd po spuszczeniu powietrza z kół, zanurzamy się w Piaszczyste Morze Ubari, w kierunku Oazy Gabroun. W górę i w dół piaszczystych wydm, czasem po takich skosach, że aż dech zapiera, bo nachylenie na pewno przekracza 60 stopni. Po około 30 km osiągamy wadi (dolinę), w której położone jest Gabroun i pierwsze, wyschnięte jeziorko (prawdopodobnie na skutek intensywnego rozwoju rolnictwa w sąsiedniej wadi). Dowiadujemy się jak wyglądają tropy fenka i szakala i ruszamy dalej.

8 Docieramy do wysiedlonej przez Kadafiego wioski - Old Gabroun. Opustoszała ona 30 lat temu podczas akcji rozdawania mieszkań i ucywilizowywania synów pustyni, tak że dzisiaj jej jedynym mieszkańcem jest cichy Tuareg z kempingu położonego nad jeziorkiem. Oaza niestety opustoszała, ale domy choć trochę zrujnowane stoją dalej, pośród zaniedbanych palm daktylowych. Na ziemi walają się różne przedmioty: lampy naftowe, buty, książki, butelki, kosze i resztki urządzeń nawadniających. Kiedyś wszystko to, oprócz dwóch meczetów, pochłonie piasek, który tworzy ogromne góry złotych wydm wznoszące się ponad 100 m nad tafle jeziorka Gabroun. W zależności od światła przybiera ono różne barwy pomiędzy ostrą zielenią a granatem, co dodaje niepowtarzalnego uroku tej oazie. Woda jeziora jest słona, co pozwala beztrosko unosić się na wodzie w słońcu, w centrum Sahary.9 Próbujemy też jazdy na nartach po piasku i teraz już doskonale rozumiemy zaskoczenie i radość pewnego Murzyna na zimowej olimpiadzie, który pomimo kilkudziesięciu wypadnięć z trasy dotarł do mety. W oazie czekamy 3 dni na okazje ku cywilizacji, w dzień upalnie, a w nocy chłód i pomiaukiwania ciekawskich fenkow oraz wycie do księżyca szakali.
Kawałkiem chałwy i wodą świętujemy urodziny Madzi.

Ghat 18.11.2003r.

10 Po 3 dniach wśród piasków Sahary wyrywamy się w końcu do Germy - dawnej stolicy państwa Garmatian, którzy to nie ulegli niegdyś Rzymianom. Wieczorem zrywa się straszny wiatr i następnego dnia w powietrzu unoszą się tumany pyłu i piasku - szaleje prawdziwa burza pustynna. Spośród ruin miasta zbudowanego z kamieni, piasku i mułu, drewna palmowego oraz szczątków i odchodów zwierząt ruszamy do Ghatu.

Ghat to jedno z niewielu stałych osiedli tuareskich, położone w centrum Sahary pomiędzy Górami Acacus, a Hoggarem w Algierii. 11Mężczyźni zakrywają turbanami usta podczas rozmowy, szczególnie z kobietami i sprzedają swoje wyroby ze skóry, srebra i kamieni, a o turystach z Polski chyba nikt tu jeszcze nie słyszał. Zaszywamy się w wąskie uliczki opuszczonej mediny, zaglądamy do pustych domostw, a potem kręcimy się po kolorowym targu, gdzie plastikowe produkty z Chin czy Tajwanu mieszają się z wyrobami rdzennie afrykańskimi, np. z Nigerii.
Teraz nie pozostaje nam niestety już nic innego, jak tylko ruszyć z powrotem ku północy (szkoda tylko, że ze względów finansowych musimy sobie odpuścić wulkan Waw el-Namus - ale jeszcze tu wrócimy).

Sebha 20.11.2003r.

12 Przed wyruszeniem na północ zaczepił nas brodaty Tuareg, łudząco podobny do Osamy. Spotkaliśmy się już 500 km wcześniej łapiąc okazję na pustyni. Bardzo nas chciał wtedy podwieźć, ale turyści (fr.) których akurat wiózł myśleli w zupełnie odmiennych kategoriach. Teraz usilnie chciał się zrewanżować i w efekcie zabiera nas gratis pod przeklętą górę Tuaregow - Kaf Ejoul, pod którą żaden z nich nie chce się zbliżyć, szczególnie wieczorem. Ponoć mieszkają tu czerwonowłose duchy i dzieją się dziwne rzeczy (czego doświadczyli ponoć XIX-to wieczni podróżnicy), ale jak na złość nam się nic nie ukazało.
Nazajutrz, w drodze na północ, w Ubari, jeden Arabus prawie pobił sympatycznego Murzyna z Nigru, któremu ofiarowaliśmy zimowe zdjęcie Tatr. Ten drugi (choć wcale nie przypadający do gustu) też bardzo chciał takie, więc dostał, ale cała afera wyniknęła z faktu, iż Murzyn dostał z szałasem, a ten drugi bez. Arabus zaczął szarpać i wyrywać Nigerczykowi fotkę, ale na szczęście Czarna, ze swoją domieszką afrykańskiej krwi wkroczyła do akcji.
Z Sebhy wsiadamy do nocnego autobusu i jutro obudzimy się 700 km na północ, a w mieście tym lider Kadafi chodził do szkoły średniej i z niej też wyleciał za odmienne poglądy. Dziś dalej ma ekstrawaganckie i prowokujące podejście do pewnych spraw, bo np. w tym męskim świecie zwykł występować otoczony przez ochroniarki w zielonych mundurach. A swoją drogą to kobiety w Libii maja chyba całkiem niezłą swobodę i prawa.

Gharyan 21.11.1003

Zapowiadała się wygodna, nocna jazda i wysiadka nad ranem w Gharyan. Przed odjazdem autobus stoi 1,5 h na włączonym silniku i kierunkowskazach, zbierając pasażerów z ulicy. Planowany wyjazd o 22:00 przedłuża się do 23:00 (normalka), a z momentem wyruszenia włącza się arabska muzyka. Pojazd wypełnia się piskliwymi tonami nastawionymi tak mocno, że aż trzeszczą głośniki i wszystko zlewa się w jeden skrzek, poharkiwania i generalny chaos. Godziny płyną, kasety zmieniają się, ale i tak wszystko "na jedno kopyto". Cały autobus jara szlugi, szlug za szlugiem. Nad ranem udaje nam się na chwilę zasnąć i właśnie wtedy kierowca zapomina sobie, że miał nas wysadzić po drodze. Orientujemy się w sytuacji 10 km za Gharyan, wysiadamy i stopem z powrotem.

13Schronisko młodzieżowe w Gharyan - całkowite przeciwieństwo innych tego typu miejsc w Libii. Brak ciepłej wody, w łazience leżą zwłoki największych prusaków (5 cm kadłubka), jakie kiedykolwiek widzieliśmy, śmieci sprzed paru lat po kątach i wszystkie kible brudne. Jest piątek, więc już stąd nie wyjedziemy, a pokoik-przedzialik jest całkiem, całkiem w porównaniu do reszty. Zjawia się jednak kierownik i za ten cały syf chce nas skasować prawie dwa razy więcej niż gdzie indziej. Wieczorem okazuje się, że nie ma tu też prądu i dostajemy inny pokój z dużą dziurą w ścianie zastawioną cegłami i bezwodnym, przepełnionym kiblem. Wokół budynku sterty śmieci i syf do kwadratu.
Przeżyliśmy noc. Zwiedzamy berberyjskie, podziemne domy, a przy okazji poznajemy miłego Araba, który nam pomaga, pokazuje miasto i okolice, a w efekcie zaprasza na wieczorny posiłek.

Tarmeisa 22.11.2003r.

Jedziemy stopem z dwoma młodymi Berberami do opuszczonego miasteczka Tarmeisa. Ta berberyjska osada licząca 700 lat położona jest na skraju Jebel Nafusa, na wysokim, skalistym progu ponad Sahelem al-Jefara. Po mieście oprowadza nas jego jedyny mieszkaniec, młody Berber pasjonujący się kulturą swoich przodków, który urządził tu muzeum i zajmuje się konserwacją i odbudowywaniem miasteczka.

14 Tu, w Jebel Nafusa, poznajemy inną stronę libijskiej rzeczywistości, zupełnie odmienną od arabskiej i tuareskiej części oraz sytuacji kolorowej mieszanki afrykańskich imigrantów, dla których ten kraj to swoiste El Dorado. Góry te zamieszkuje rdzenna, berberyjska ludność osiadła tu na długo przed najazdem arabskim w VII w. Byli oni chrześcijanami i tylko część z nich przez te wszystkie wieki przyjęła islam, ale po rewolucji wszyscy musieli stać się muzułumanami. Obecnie w Libii jest tylko islam, zaś inne Kościoły są chyba nielegalne, w każdym bądź razie stare świątynie zostały zamienione na meczety.
Wracając do okolic tej wioski, jej mieszkańcy noszą dalej biblijne imiona, takie jak Abraham, Izaak, Jakub czy Magdalena, a starzy (pokolenie naszych dziadków) do tej pory robią znak krzyża na chlebie, młodzi zaś wiedzą bardzo dużo o naszej religii. Ludzie ci są silnie związani ze swoją tradycją i historią, co zostało pewną próbą ich wykorzenienia. Język berberyjski został zakazany, a jego używanie wiązało się z represjami, jednak w swoim gronie Berberowie posługują się właśnie nim.

Nalut 24.11.2003r

15Odwiedzamy Qasr el-Hej położony na Sahel al-Jafera u stóp Jebel Nafusa. Pośród ruin wioski stoi całkowicie zachowany ksar, czyli obronna budowla - spichlerz wioski. Do niej w razie ataku nieprzyjaciół chroniła się ludność broniąc swych zapasów, co tutaj stanowiło o przetrwaniu. Właściwie jest to rotunda ze 114 komorami do przechowywania zboża i dzbanami na oliwę wewnątrz, zaś liczba 114 jest szczególna dla islamu, bo z tylu sur (wersetów) składa sie Koran.
Do centrum Nalut jedziemy przypadkową okazją i przeżywamy drugą już w Libii stłuczkę. Pierwszy raz zdarzyło nam się to w Gharyan, gdzie puknęła nas ciężarówka, teraz zaś wjazd od tyłu w cztery litery, w obu przypadkach skończyło się na wymachiwaniu rękami, a kierowcy nawet się nie zatrzymali. Stare samochody są tu czasem tak wyklepane, że ciężko rozpoznać ich pierwotny kształt i markę, więc chyba nie warto przyjeżdżać do Libii "nówką", szczególnie podczas miesiąca Ramadan.

16 Po szóstej słychać muezinów, kończy się miesiąc postu i zaczynają wielkie, 4-dniowe święta. Kilka dni przed tym sytuacja wyglądała tak: wieczorem i w nocy ulice zatłoczone, a sklepy pełne jeszcze bardziej niż przedtem. Panuje atmosfera przedświątecznych zakupów, tak jak u nas przed Bożym Narodzeniem. Generalnie każdy dzień Ramadanu w Libii wyglądał zupełnie inaczej niż w Tunezji. Ludzie modlący się na ulicach, przystający w drodze o określonych godzinach. Koniec postu wyznaczany faktycznie na podstawie zachodzącego słońca, a nie o jednej określonej porze, a przede wszystkim fakt, że tutaj każdy dzień po prostu kończył się modlitwą w meczecie lub gdziekolwiek indziej, a dopiero potem siadano do jedzenia. W Tunezji zaś w momencie wybicia godziny 17:30 rzucano się do stołu i pałaszowano wszystko w przeciągu 10 minut, a tylko nieliczni zwracali się przedtem w stronę Mekki.
Nazajutrz zwiedzamy medine w Nalut i tutejszy ksar z 400 komorami. Oglądamy też wyciskarkę do oliwek napędzaną siłą mięśni wielbłąda, która funkcjonowała aż do 2000 roku. Wyruszamy też w teren w poszukiwaniu geod i eksplorujemy starą sztolnie.

Ghadames 26.11.2003r.

17W Nalut poznajemy Salima, który oprowadza nas po mieście i pomaga wyjechać do Ghadamesu, co nie jest sprawą prostą w związku z pierwszym dniem świąt. W całej Libii nie ma rozkładów jazdy autobusów i wszystko jest tylko mniej wiecej, tak więc co godzinę jeździmy na dworzec sprawdzając, czy aby nie przyjechał autobus. Wszystko "munken, munken" (może, może). Przenosimy się ze schroniska młodzieżowego do stróżówki Salima, czekamy... i nic. Idziemy spać, ale zanim zasypiamy wraca Salim z "munken" jedzie autobus z Trypolisu około 1 w nocy. Szybkie pakowanie i na stacje benzynową, na której z innych źródeł wiadomo, że chyba jednak nie dzisiaj, "munken bukra" (może jutro) o 10-tej, 15-tej albo 1. Wracamy, po drodze dobijając się jeszcze do domu kierowcy z tej samej firmy, czy aby na pewno nie dzisiaj. "Bukra" rano zjawia się Salim z kawą i każe się szybko zwijać, bo poszła fama po mieście, że autobus do Ghadamesu jednak o 10-tej. Czekamy, czekamy, czekamy i w końcu o 11:50 wyruszamy na pokładzie tegoż pojazdu do pustynnego miasta karawanowego - oazy Ghadamesu.

18 Jeszcze na chwilkę w głąb pustyni drogą, którą w wielu miejscach zasypują piaszczyste wydmy. Na miejscu zwiedzamy miasto znajdujące się na liście UNESCO. Bielone ściany, wąskie uliczki i pasaże, a wokół palmowe ogrody. Charakterystyczne jest to, że kobiety miały tu swój własny świat pozwalający im nie wychodzić na ulicę. Dachy wszystkich domów były ze sobą połączone, tworząc jakby odrębne miasto - miasto kobiet, gdzie raz w tygodniu odbywał się targ wyłącznie dla nich. Także tutaj stare miasto zostało wysiedlone i wtedy zaczęły się problemy - domy nie konserwowane tradycyjnymi technikami, ale przez specjalistów, zaczęły się sypać i teraz na powrót władze starają się osiedlić w nich ich dawnych mieszkańców.
Geologicznie oaza ta leży na skraju wielkiej, kamienistej pustyni Hamada al-Hamra oraz w sąsiedztwie piaszczystych wydm. Tuż przed wyjazdem wygrzebujemy z piasku "różę pustyni" (nie tak okazałe jak w gablotkach na AGH-u, ale też całkiem, całkiem).
Pozdrawiamy!!! 

Trypolis 29.11.2003r.

Ponownie w stolicy. Zbieramy się powoli w stronę Tunezji. Odwiedziliśmy jeszcze raz medine i trafiliśmy na targ zwierząt. Oprócz takich na potrzeby gospodarstwa domowego, jak kury, koguty, niebieskookie gęsi, króliki w przerażająco małych klatkach pozamykane zostały też błękitnookie koty, szczeniaki, świnki morskie, żółwie, warany, kolorowe ptaki oraz tak egzotyczne zwierzaki jak małpki czy jeżozwierze (te ostatnie chyba czuły sie najgorzej).
Zamiast na prom do Polski wolelibyśmy ruszyć dalej do Egiptu, Algierii, a najbardziej chyba na południe do Nigru i Nigerii, ale po monotonnej, libijskiej diecie (bob, fasola, serki topione, od czasu do czasu wątróbka, baranina i zupki w jednym stylu) marzy nam się pyszne, polskie jedzonko (kotlet schabowy, marchewka z groszkiem, kapusta, pierogi i kluski z mięsem... - to od Czarnej).

26

AGH
Akademia Górniczo-Hutnicza
im. Stanisława Staszica
Wydział Geologii, Geofizyki
i Ochrony Środowiska
Katedra Geologii Ogólnej i Geoturystyki
al. Mickiewicza 30,
30-059 Kraków
link: journals.agh.edu.pl/geotour