Geoturystyka

Relacje z podróży - Afryka

Maroko. Dziennik z wyprawy 2001

÷Maroko, Maghreb

Termin wyjazdu: przełom kwietnia i maja 2001
Czas trwania: 23 dni
Ekipa: Skład wyprawy był iście doborowy, jako że uczestniczyło w niej siedmioro studentów geografii z Uniwersytetu Gdańskiego, poza tym jeden student Politechniki Gdańskiej i magister biologii.

12.04.2001 (czwartek)
Dzisiaj rozpoczynamy naszą wyprawę, którą nazwaliśmy Al MAGHREB 2001. Z małym spóźnieniem docieram do Gosi. Tutaj pakujemy nasz samochód Mercedes Sprinter. Naszym poczynaniom przygląda się reporter z " Super Ekspresu". Po dwóch godzinach pakowania bagaży i żywności jesteśmy gotowi i możemy jechać pod nasz wydział geografii. Całe szczęście, że samochód jest duży, bo nie wiem, gdzie zmieściły by się ta góra rzeczy i żywności, którą ze sobą zabieramy. "Kierowcy" dokonują ostatniego rozeznania naszej trasy przez Europę, przygotowanej przez Agatę. Jeszcze tylko symboliczny chrzest szampanem naszej Kryśki, pożegnania i jedziemy. A dlaczego Kryśka? Imię pochodzi od matki chrzestnej naszego cudownie zielonego samochodzika. O 18:10 - wyjeżdżamy w naszą podróż. Przed nami około 3 500 km przez Europę. Jedziemy już godzinę, zaczyna padać śnieg z deszczem, a potem to już sypie. Nasi kierowcy, czyli Agata, Waldek i Jarek z upływem czasu po kolei zmieniają się za kierownicą i przyzwyczajają się do psikusów Kryśki.

13.04.2001 (piątek!!!!!)
Godzina 01:25 - przed nami pierwsze przejście graniczne w Kostrzynie. Polacy przepuszczają nas bez problemów, a my martwiliśmy się o naszą żywność, i o to, że mogą nam ją skonfiskować z powodu choroby szalonych krów. Jak się jednak okazało - mogliśmy przewieźć całą krowę... Pierwszy problem to Niemcy, którzy żądają od nas opłaty tranzytowej w wysokości 126 marek!!!! Zdziercy jedni. Co robić, płacimy, innego wyjścia nie ma. No chyba, że powrót do domu. Jedziemy dalej, humory mimo wszystko nam dopisują... zmieniają się ludzie na łóżku i za kierownicą. 6:15 - jesteśmy "gdzieś" na autostradzie w Niemczech... diabelnie zimno - koniecznie musimy jechać stąd na południe. Kolejna zmiana śpiących. Opuszczam ten fajny cieplutki przybytek, choć teraz też mam dobre miejsce - właściwie moje ulubione - pilota. Dzień się toczy, w tej chwili jest 16:30 - właśnie przekraczamy granicę niemiecko - francuską. Za nami 1450 km, a to jeszcze nie jest połowa naszej drogi po autostradach Europy. Tu muszę napisać o psotach naszej Kryśki... ma pewien talent... talent do ZAMULANIA SIĘ. Co to oznacza? Po pewnym czasie jazdy z prędkością 100 km i więcej Krycha buntuje się i jedzie maksymalnie 80 km na godzinę. Oszaleć można z taką prędkością na autostradzie. Wśród innych pojazdów na drodze porusza się niczym żółw. I można dociskać gazu, a ona i tak swoje 80 jedzie i ani myśli więcej. Ale my w końcu znajdujemy na nią sposób - trzeba na moment zjechać z autostrady i... "pogazować" na luzie, wówczas powinna jechać dalej... aż do następnego razu. Ciekawe jak będzie jutro? Jeszcze pilotuję... tym razem Agatę. No, nareszcie robi się cieplej i o wiele bardziej zielono. Dobiega 19:00 - robimy sobie dłuższy postój na parkingu, "gdzieś" we Francji. Po raz pierwszy nasz kuchmistrz Wojtek wyciąga sprzęt kucharski i zaczyna się gotowanie. Pierwsza nasza wspólna kolacja zupka OPYCHA - my się. Smakuje każdemu!

14.04.2001 (sobota)
Razem z Agatą przekraczam nocą granicę hiszpańską. Znowu sprawdzam kilometraż. Kryśka właśnie przejechała 2 270 km z Gdańska. Hmm, zaczyna nam się palić kontrolka... trzeba zatankować, tylko brak nam chwilowo całodobowych stacji benzynowych. Kontrolka pali się i pali, a my jedziemy i jedziemy, a stacji jak nie widać, tak nie widać. W końcu mamy znak: stacja benzynowa za... 17 km, ale czy zdążymy??? Na dwa kilometry przed stacją KONIEC - stajemy, bak pusty. Dwie osoby idą z baniakiem na stację po paliwo. A my w tym czasie... pchamy naszą Kryśkę 900 metrów do przodu. Kiedy mamy już paliwo Waldek odkręca korek od baku a tu... kolejna niespodzianka - ten urywa się... i następne minuty spędzamy na próbach wyciągnięcia go. W końcu udaje się nam to zrobić, wlewamy paliwo, ale... nic z tego, samochód nie rusza. Nie pozostaje nam nic innego, jak dopchać naszą Kryśkę do stacji. Dopychamy na nią Kryśkę i tankujemy do pełna. Ale tu kolejna niespodzianka, znowu nie chce jechać! Pchamy ją, więc na parking i tam prosimy o pomoc hiszpańskiego kierowcę tira. Wszystko kończy się dobrze i możemy jechać dalej. Mijamy po drodze niesamowite, różnorodne krajobrazy Hiszpanii. Robimy sobie jak zwykle małą przerwę - to czas na zdjęcia w opuszczonym starym domu i wśród ogromnych kaktusów. W końcu docieramy do Andaluzji, wieczorem widzimy góry Sierra Nevada - pasmo Gór Betyckich z ośnieżonym szczytem Mulhacén. Jest coraz później i później. Przebyte kilometry dają się we znaki - wszyscy śpią. Mnie i Agacie też już chce się spać. Jest 1:00 w nocy - Wielkanoc - Agata ledwie żyje. Stajemy na jakiejś podejrzanej stacji benzynowej 20 km przed Algeciras - przystanią promową. Nikt się nie obudził - zmorzył ich kamienny sen. Zamykamy się w samochodzie i wreszcie udajemy się w objęcia Morfeusza. Śpimy z Agatą czujnie, bo za oknem naszego samochodu dzieją się podejrzane rzeczy, czyżby jakiś nielegalny handel???

15.04.2001 - Wielkanoc
Według moich obliczeń przejechaliśmy 3 569km!!! Udajemy się na przystań, aby kupić bilety na prom. Tutaj trochę się wahamy, gdzie te bilety zakupić, bo jest mnóstwo tzw. naganiaczy. Porównujemy ceny i w końcu decydujemy się. O 9:30 żegnamy starą Europę i ruszamy naszym promem do Afryki. Mijamy przylądek Europy - Gibraltar i po niespełna godzinie jesteśmy w Ceucie. Opuszczamy prom i udajemy się w stronę przejścia granicznego z Marokiem. Zanim jednak przekroczymy granicę, udajemy się do kantora i wymieniamy dolary na walutę marokańską - dirhamy, po czym tankujemy cały bak naszej Kryśki. Ruszamy na przejście graniczne. Tu czekają nas już pierwsze niespodzianki. Na granicy widzimy Marokańczyków ubranych w dżelaby z... kapturkami! Jesteśmy pod takim wrażeniem, że zapominamy o przestrogach. Zaraz łapie nas taki "ludek", który chce nas szybko przeprowadzić przez granicę, licząc na dodatkowy zarobek. Jednak nie czyni tego zbyt szybko, a na dodatek pojawiają się problemy. Po wypełnieniu stosiku papierków okazuje się, że mamy dość poważny problem. Nie chcą nas wpuścić do Maroka, bo nie mamy dokumentów, które wskazują na to, że samochód jest wypożyczony. Ostatecznie puszczają nas, po obejrzeniu naszych pism uczelnianych. Nie wiem, co na nich tak podziałało, bo przecież nie umieli tego przeczytać, więc czyżby pieczątki?. Już pierwsze miasto zaraz za przejściem granicznym - Sebta - wywołuje u nas okrzyki zdziwienia. Gdzie się człowiek nie obejrzy tam stosy śmieci. Mam wrażenie, że jestem na śmietniku. A jakie zapachy!!!! Wszędzie osły, wielbłądy, co kto chce! Dojeżdżamy do Tetuanu i tu robimy krótki postój na wielkanocne zakupy. Potem trafiamy z kolei na nanę, czyli bardzo słodką herbatę miętową. Dla mnie przepyszna. Chyba zostanie moim ulubionym napojem. Uff, robi się coraz cieplej. Jedziemy do Moulay Bousselham - ptasiego rezerwatu. Tutaj Waldek dokonuje fantastycznego targu z właścicielem łodzi, tak że jutro z rana mamy zapewnioną wycieczkę po rozlewiskach.

16.04.2001 (lany poniedziałek)
Laguna w Moulay jest w Maroku jednym z najlepszych miejsc do obserwacji ptaków. W czasie pływania po rozlewiskach oceanu podziwiamy różne nieznane nam gatunki ptaków. Największą frajdę robią nam jednak stada różowych flamingów, których nie możemy obejrzeć z bliska, gdyż jest odpływ i poziom wody uległ obniżeniu, więc nie można wszędzie dopłynąć naszą łajbą. Przewodnik, całkiem miły gość, sporo nam opowiada. Mamy też "mały" problem z... silnikiem naszej łódki, który po prostu padł. "Szef" musi go trochę rozkręcić, wyjąć świece, by je przeczyścić. Po południu udajemy się do stolicy Maroka - Rabatu. Tam zostajemy zaskoczeni niesamowitym ruchem ulicznym i brakiem przestrzegania jakichkolwiek przepisów drogowych. Panuje tu chaos i zasada - kto pierwszy ten lepszy, co często kończy się wgnieceniem karoserii auta. Zaczynamy szukać polskiej ambasady, a jest to raczej bardzo trudne, bo posługujemy się mało dokładnym planem miasta zamieszczonym w naszym przewodniku, a w dodatku w rzeczywistości rzadko która ulica ma szyld z nazwą. Ale ostatecznie udaje nam się to. Zostajemy poczęstowani wielkanocnymi smakołykami oraz radca ambasady wystawia nam po arabsku specjalny glejt. Później ruszamy zobaczyć stolicę. Przejeżdżamy obok Wielkiego Meczetu, Pałacu Królewskiego, w którym urzęduje obecny król Maroka syn Hassana II - Mohammed. Zwiedzamy Kazbę des Oudaias - skąd na przeciwległym brzegu rzeki Bu - Regreg znajduje się Salé - miasto piratów oraz idziemy zobaczyć suk. Opuszczamy miasto i jedziemy dalej, a kiedy zapada zmrok rozbijamy obozowisko.

1 17.04.2001 (wtorek)
Od samego rana piękne widoki. Dojeżdżamy do ogromnej zapory wodnej w okolicy Bin - el Quidane. Mijamy liczne stare kazby i postanawiamy przy jednej z nich się zatrzymać i obejrzeć z bliska. Gospodarze kazby zapraszają nas do środka. Okazuje się, że właściciel zna francuski i można się z nim dogadać. Opowiada nam o kazbie, wybudowanej w 1914 roku oraz o swojej rodzinie. Pozwalają robić nam zdjęcia. Wchodzimy, aby obejrzeć, jak mieszkają tutaj ludzie. Aby znaleźć się na głównym placyku, trzeba przejść przez dwie obórki z kurami i koniem, a potem jeszcze... minąć sypialnię, w której znajduje się tylko siennik. Jedziemy dalej wkrótce pojawia się tablica: Ouzoud. Nazwa miejscowości oznacza w języku berberyjskim oliwki, a odnosi się do okolicznych gajów oliwnych. Po zakwaterowaniu na campingu ruszamy na trzygodzinną wycieczkę, która przedłuża się i trwa prawie pięć. Zaczynamy od wodospadów, mających ok. 100 metrów wysokości. Później idziemy wzdłuż doliny rzecznej, podziwiając liczne mniejsze kaskady i docieramy do małych jaskiń, a także do miejsca w którym spotykają się trzy rzeki. Przez całą drogę przewodnik bezskutecznie próbuje wcisnąć nam kif - arabską odmianę marihuany. W powrotnej drodze zażywamy kąpieli pod jedną z kaskad. Pora na wieczorną kolację, na której pałaszujemy kupione w Rabacie oliwki i możemy iść spać przy szumie znajdujących się w pobliżu wodospadów. Kilka metrów za płotem campingu płynie rzeka, która spada potem jako wodospad.

18.04.2001 (środa)
Po śniadaniu ruszamy "w stronę Marrakechu". Tutaj charakterystycznym kolorem jest czerwień. Czerwone mury okalają medinę, w której wznoszą się pokryte czerwonymi dachami domy. Legenda berberyjska mówi, że kiedy w centrum miasta budowano meczet Kutubia, polało się tyle krwi, że wszystkie mury, domy, a nawet drogi na trwałe uzyskały czerwoną barwę. Zaczynamy poszukiwania campingu. I oczywiście znowu mamy nie lada problem z jego odnalezieniem. Czemu Marokańczycy nie chcą podpisywać ulic? Po dobrej godzinie jazdy w kółko docieramy na miejsce, ale okazuje się, że "nasz" camping został przeniesiony poza miasto, ale udaje nam się go odnaleźć. Nasz samochód postanawiamy zostawić na campingu i wynająć dwie taksówki, bo robi się już ciemno. Zanim jednak wsiadamy okazuje się, że ładują do nich po 6-7 osób. No i po licznych targach zbijamy cenę za przewóz, tym bardziej, że o północy umawiamy się na powrót i te same taksówki mają na nas czekać w medinie. Udajemy się na główny plac Marrakechu - Dżemaa - el - Fna. Trafiamy do świata niczym z baśni tysiąca i jednej nocy. Wieczorem rozpoczyna się fascynujący spektakl. Cały plac zapełnia się różnymi stoiskami, skąd unoszą się niesamowite zapachy i jest się zapraszanym przez właściciela na spróbowanie jego specjałów. Wszędzie szamani, odpędzający za pomocą jakichś ptaków nieznane mi duchy. Cały plac zapełniony jest grupkami ludzi ustawionymi w kręgu, a w każdym takim miejscu opowiadana jest jakaś stara, barwna opowieść przekazywana ustnie z pokolenia na pokolenie. Na placu można spotkać fakirów chodzących boso po stłuczonym szkle, grajków, połykaczy ognia. W końcu Jarek i ja postanawiamy kupić sobie dżelaby. Wchodzimy do sklepu i zaczynamy się targować. Sprzedający każe nam przymierzać, a gdy już mamy je na sobie, to nie pozwala ściągnąć, tylko żąda zapłaty. Po jakiejś pół godzinie, zamiast 300 dirhamów za sztukę płacimy po sto. Ale sprzedający chce jeszcze jakiś PREZENT od nas!!! Zaczynamy czegoś szukać w naszych plecaczkach. Jarek daje mu podręczny zestaw igieł i nici do szycia oraz długopis, ode mnie dostaje również długopis i... klej super glue. Był zadowolony, a my z dżelabami mogliśmy udać się pod meczet Kutubia, pod którym wszyscy umówiliśmy się koło północy. Meczet ma 70 metrów wysokości i jest doskonale widoczny z odległości wielu kilometrów z każdej strony świata. Jego nazwa pochodzi od arabskiego słowa oznaczającego książki. Wywodzi się od targu książkowego, jaki kiedyś rozciągał się wokół meczetu.

19.04.2001 (czwartek)
Dzisiaj czas na Marrakech "za dnia". Po raz kolejny trafiamy na główny plac. Nagle słyszę dochodzący mnie charakterystyczny głos trąbki. Tu gdzieś w pobliżu muszą być tańczące KOBRY!!! Są!!! Niesamowite. Znowu ruszamy w uliczki mediny, trafiamy na suk dywanów, później ubrań, butów, wyrobów skórzanych, metalowych. Widzimy, jak farbuje się w kadziach kolorowe chusty (nawet dwie takie kupuję), włókna. Opuszczamy Marrakech i jedziemy do Imlil - wioski będącej bazą wypadową na najwyższy szczyt Maroka - Dżabel Toubkal. Docieramy w góry, zaczyna padać, a droga, którą jedziemy, pozostawia wiele do życzenia, ledwie mieści się nasz samochód, a tu jeszcze coś zbliża się z przeciwka. W pewnym momencie musimy wysiąść i pchać, bo źle wjechaliśmy, a nie da się wycofać. Do wsi wjeżdżamy już o zmroku. Znajdujemy się na wysokości 1740m npm. Wieś jest malutka, podobno tutaj kręcono film Martina Scorcese o Dalaj Lamie. Przydaje nam się pismo uzyskane w polskiej ambasadzie. Dostajemy zgodę na postawienie samochodu na małym parkingu w "centrum" wsi. Część z nas śpi w samochodzie, a część w małym hoteliku. W oddali niesie się głos muezina. Jest tym bardziej ciekawy, że niesie się wśród gór, potęgując nastrój. Sama czuję się jakbym była nie w Atlasie Wysokim, a w Himalajach!

20.04.2001 (piątek)
Budzimy się rano wypoczęci, wychodzimy na schody naszego hoteliku i przed nami ukazuje się cudowny widok ośnieżonych i zalanych słońcem szczytów górskich. Biegając po wsi w poszukiwaniu mapy trasy na Toubkal zostajemy zaczepione przez handlarza Berbera, który próbuje z nami dobić targu po tzw. "good price". W góry wychodzimy dość późno, bo dopiero koło 11.00. Samochód zostaje pod opieką starego gardiana. Idzie się dość kiepsko, bo wszędzie pełno rumowiska skalnego, w dodatku upał robi swoje. Idziemy po dwie - trzy osoby, bo tak jest wygodniej. Wspinamy się coraz wyżej i wyżej. Na szlaku, który jest bardzo wąską ścieżką, można spotkać ciekawych ludzi. Gdy idziemy z Agatą, spotykamy dwóch Berbrów, których muły niosą malowane... drzwi!!! Nie mam pojęcia skąd, bo schodzą z gór! Co jakiś czas mijają nas inni amatorzy wspinaczek górskich - Amerykanie, Niemcy, którzy na wysokość 3 200 metrów dostają się na mułach. Po siedmiu godzinach marszu w górę docieramy po kolei do schroniska na wysokości 3 207m npm. Robi się chłodno, więc najpierw trafiamy do schroniska i wypijamy obowiązkowo miętową herbatę, a potem rozstawiamy namioty. Szybko zapada ciemność, ciśnienie spada do 686hPa, a temperatura do 2 stopni Celsjusza. Brrrr zimno.W nocy budzę się, bo zimno mi w stopy, to nic, że mam cztery pary skarpet, śpiwór i koc.

221.04.2001 (sobota)
Trzeba wstawać, choć ciężko to zrobić, taki ziąb panuje na zewnątrz. W końcu wysypujemy się z namiotów. Nocą spadł śnieg przysypując nas. Z wejścia na Toubkal rezygnują Gosia z Konradem. Pozostała siódemka będzie dalej zmagać się z górami. Zostawiamy nasze obozowisko, zabieramy najpotrzebniejsze rzeczy i ruszamy w górę. Znowu idzie się nieszczególnie, kamieni jeszcze więcej, w dodatku cały czas ostro pod górę. Trzeba szukać "ścieżki", bo jej tu praktycznie nie widać. Szlak wyznaczają tylko małe kopczyki kamieni. Trzeba się kierować nimi, choć i tak, co chwilę gubi się je w natłoku rumowiska skalnego. Im wyżej jestem, tym jest mi trudniej, ale skoro wlazłam tutaj, to nie mogę się cofnąć. Do szczytu już tak niewiele. Teoretycznie..., a w praktyce jeszcze kilka godzin. Jest tak źle, że gadam do mijanych kamieni. Tak ciężko podnieść mi nogę. W końcu po ponad pięciu godzinach udaje mi się. Jestem na Toubkalu, na wysokości 4 165m npm!!!!!!!! Trud wspinaczki rekompensują cudowne widoki, jesteśmy powyżej chmur. Wokół rozpościerają się pasma górskie Atlasu Wysokiego. Każdy zaczyna odczuwać ból głowy, to skutek ciśnienia, które tutaj jest gdzieś poniżej 500hPa. Nie wiemy ile dokładnie, bo ciśnieniomierz wskazuje ciśnienie od 500hPa, niżej nie ma już skali... Agata, ja i Waldek zostajemy na kolejną noc na wysokości 3 207m npm, a pozostali schodzą do Imlil. Jak miło iść spać po takim wysiłku - zdobyciu szczytu. Przestaję w końcu odczuwać tępy ból głowy, trawiący mnie przez siedem godzin. Całe szczęście, że dzisiaj nie jest tak zimno w nocy, a może jestem tak zmęczona, iż nawet nie czuję tego, tylko śpię.

22.04.2001 (niedziela)
Rano wstajemy i po szybkim śniadaniu możemy ruszać z powrotem do Imlil. Znowu dochodzimy do małej wioski, gdzieś na 2 500m npm, gdzie postanawiamy poczynić pewne zakupy, które trwają dłuższy czas, bo handlarz, chce nam jak najwięcej sprzedać. Agata kupuje czajniczek, ja wymieniam saszetkę z napisem "Podróże" na mały dywanik. Kupujemy też z Agatą minerały i nawet kilka dostajemy w prezencie od handlarza. Czyżby zrobił aż tak dobry interes? Dochodzimy do Imlil, dziękujemy gardianowi za pilnowanie samochodu i ruszmy dalej na południe w kierunku pustyni. Po raz drugi pokonujemy prawie nieistniejącą drogę z Imlil. Teraz nasza droga wiedzie do Warzazat. Jakieś 40km za Marrakechem zaczynamy mieć problemy z Kryśką. Kopci z rury, tak jakbyśmy się palili. Co jest u licha? Z dnia na dzień było gorzej, ale dzisiaj to już katastrofa. Nawet pod małą górkę nie może podjechać. Jeszcze trochę, a w ogóle stanie na drodze i nie ruszy ani centymetra dalej. Postanawiamy zawrócić do najbliższej stacji benzynowej i tak trafiamy do marokańskiej wsi, gdzie przy drodze są aż trzy warsztaty samochodowe. Oczywiście wątpliwej jakości..., no ale nie pozostaje nam nic innego w takim momencie, kiedy samochód i tak dalej nigdzie nie pojedzie, a w dodatku robi się ciemno. Zostajemy, zlatują się tubylcy. Wojtek coś tam tłumaczy po francusku. W warsztacie zaczyna się ogólne rozkręcanie naszego autka. Okazuje się jednak, że znaleziono usterkę. Coś tam pękło, więc robią coś z drutów na imadle i wszystko ma trzymać się całości. No i się trzymało! Właściciel warsztatu proponuje nam nocleg w pomieszczeniach nad zakładem. Idziemy obejrzeć. Ostatecznie z noclegu korzystają Renia, Gosia, Waldek i Wojtek. Warunki niczym z pięciogwiazdkowego hotelu!!! Sam beton, nawet sufitu nie ma!!!! A wszędzie panoszą się jakieś podejrzane odchody!!! Wolałam nocleg w mojej kochanej Kryśce! Tym bardziej, że przy wejściu siedzą jakieś podejrzane typy spod ciemnej gwiazdy. Chyba tam nocują.

23.04.2001 (poniedziałek)
Budzę się koło szóstej rano w Kryśce przy warsztacie. W zasadzie mogłabym spać dalej, ale się nie da. Gdzieś obok słychać ryczące bydło, które nie pozwala nam dalej spać. Co tym razem? Sprawdzamy, co się dzieje obok..., a tam na wielkim placu po drugiej stronie ulicy w najlepsze od wczesnych godzin porannych trwa bazar - głównie handel bydłem, choć nie tylko. Ludkowie w swoich dżelabach z kapturkami kupują i sprzedają krowy i cielaki. Oczywiście przy wielu okrzykach, które zlewają się w wielki harmider. Poza tym sprzedaż odbywa się nie tylko przy wrzaskach obu stron, ale i przy wzajemnym szarpaniu się za dżelaby. Zaczynamy się w końcu zbierać, bo czas goni, a my musimy jeszcze znaleźć serwis samochodowy Mercedesa, żeby wymienić tą pękniętą część. Tak, więc po raz trzeci (!!!) ruszamy w stronę Marrakechu! Szukamy serwisu, jest ich sporo, ale... nie Mercedesa. Odwiedzamy kilka innych, ale nie dysponują taką częścią. Najbliższy serwis Mercedesa znajduje się w Casablance, raptem jakieś 250km stąd... W końcu zostajemy odesłani w miejsce, gdzie można kupić różne części samochodowe. Jednak i tam okazuje się, że w magazynie nie ma tego, czego my szukamy, ale mechanik zagląda pod maskę naszej Kryśki i stwierdza, że samochód po tej "naprawie" może jechać. Przy drodze zaczynają się pojawiać stragany z wielką ilością minerałów. Handlarze stoją przy drodze trzymając w dłoniach co piękniejsze okazy, mające skusić potencjalnego kupca do zatrzymania się. Zwłaszcza druzy, z zielonymi minerałami, które pięknie błyszczą w promieniach słońca. Dlatego też i my postanawiamy zatrzymać się przy jednym z takich przydrożnych straganów i dokonać zakupów. Później jedziemy serpentynami coraz wyżej i wyżej, postanawiamy zatrzymać się, aby zobaczyć z góry, jak wije się droga. Jesteśmy na przełęczy Tizi n'Tichka 2 260m npm. W miedzy czasie okazuje się że minerały to podróbka... są pomalowane! Tak więc w dobrych humorach zmierzamy w kierunku pustyni, docierając po drodze do miejscowości Ait Benhadou. Jest to miejscowość, w której powstało wiele hollywoodzkich filmów, jak np. "Jezus z Nazaretu". Warto ją obejrzeć, choćby dlatego, że wszystkie kazby (domy), są w bardzo dobrym stanie. Właśnie dla potrzeb filmów. Po obejrzeniu osady jedziemy do Warzazat, nad którym góruje kazba Taourirt. Docieramy na camping położony tym razem w mieście, w dodatku całkiem przyzwoity i jak na marokańskie warunki, dobrze wyposażony. Po takim dniu pełnym wrażeń przyda nam się wieczorny odpoczynek przy kolacji i winie...

24.04.2001 (wtorek)
Dzisiejszy dzień został mianowany kondycyjnym, czyli po prostu róbta, co chceta. Każdy mógł zniknąć w siną dal i robić, co mu się żywnie podoba. Wraz z Agatą ruszyłyśmy na poszukiwania czegoś takiego, co nazywa się... kawiarenką internetową. No i oczywiście znalazłyśmy. Kto by pomyślał, że tu prawie na końcu świata działa Internet i to całkiem sprawnie. Można było wysyłać nawet smsy do Polski. Gdy wracamy na camping, zostajemy zaczepione przez dwóch czadowych gości. Tak, tak dokładnie czadowych, bo z... Czadu. Czarni, niczym smoła. No i nie chcą się od nas odczepić! Okazuje się, że są studentami turystyki. Razem trafiamy na bazar, gdzie z Agatą kujemy melony. W pewnej chwili, Marokańczycy zaczynają coś nerwowo wykrzykiwać, a ku naszemu zdziwieniu przez rynek przechodzi coś podobnego do trąby powietrznej. Wszystko zaczyna fruwać - pył, piasek oraz liście warzyw i owoców. Nawet parasole, pod którymi mieli swoje "sklepy" handlarze, fruną, tak jakby miały wagę piórka. Po południu ruszamy w dalszą drogę, a kiedy zaczyna się ściemniać postanawiamy rozbić się na pustyni kamienistej opodal wysychającego zbiornika wodnego. To nasze najdalsze miejsce na południe. Odczytujemy jego współrzędne geograficzne za pomocą GPS - u, wynoszą one: 30057'39" szerokości geograficznej północnej i 06045'03" długości geograficznej zachodniej.

3 25.04.2001 (środa)
Pobudka na pustyni. W końcu wszyscy wstają i jedziemy w stronę przełomu rzeki Todry. Został sam przełom, a rzeka, jak to rzeka w tym klimacie, po prostu wyschła. Zanim jednak dojeżdżamy do Todry, robimy jeszcze przystanek w dolinie Dades przy skałkach. Jak to zwykle bywa część z nas nigdzie się nie rusza i zostaje przy samochodzie, a inni penetrują nowy teren. Schodzę ze stromej skały do oazy. Środkiem oazy płynie rzeczka, przez którą przechodzimy, aby udać się do labiryntu ścieżek pomiędzy skalnymi ścianami. Na początku droga jest łatwa, szerokie miejsca pomiędzy dwoma ścianami, jednak później staje się coraz bardziej wąsko. Opuszczamy dolinę, aby dalej kierować się do Todry. Przejeżdżamy przez obszar różany, gdzie rośnie ogromna ilość krzewów róży, z których robi się cudownie pachnącą wodę różaną. Przy drodze stoją dzieci sprzedające turystom płatki róż nawleczone na sznureczki. Jesteśmy już prawie u celu, mijamy jeszcze miejscowość Tinerhir otoczoną oazą, w której królują ogromne palmy. Dojeżdżamy do przełomu Todry. Widok jest imponujący - pionowe skalne ściany o wysokości ponad 300 metrów, a szerokość w najwęższym miejscu ma tylko 10 metrów. Człowiek przy nich czuje się malutki, zwłaszcza ta ich stromość potęguje to wrażenie. Na jednej ze ścian dostrzegamy wspinających się ludzi, wyglądają jak muchy na ścianie bloku. Dojeżdżamy do końca ścieżki i na parkingu zostawiamy samochód. Dalej musimy iść pieszo. Przez cały czas przemieszczamy się wśród stromych, skalistych ścian. Wydaje się to niemożliwe, ale tę dolinę wyrzeźbiła rzeka. Ile potrzebowała na to czasu? Tysiąc czy może milion lat? Ileż to czasu musiało upłynąć, żeby powstały 300 - metrowe ściany? Zaczyna się ściemniać, więc musimy znaleźć miejsce na nocleg. Już o zmroku stajemy koło jakiejś oazy, ale dokładnie nic nie widać, bo już zbyt ciemno.

4 26.04.2001 (czwartek)
Poranek przy oazie. Jak zwykle wzbudzamy zainteresowanie. My czynimy poranną toaletę, a tubylcy pracują na swoich poletkach. Dziś zmierzamy na pustynię - Erg Chebbi, część Sahary. Mijamy już obszary pustyń żwirowych z dużymi ilościami agatów. Dojeżdżamy do jakiejś miejscowości, w której na chwilkę zatrzymujemy się. Dlaczego, dziś już nie pamiętam. W każdym razie koledzy zaczepiają jakąś dziewczynę, która zaprasza nas do mieszkania. Spotykamy tam bardzo skromnie żyjące trzy młode dziewczyny, dwie Berberyjki i Arabkę. Są nauczycielkami. Mamy szczęście, bo normalnie Marokanki nie mogą zapraszać cudzoziemców do swojego domu, ale one są tutaj "obce", czyli pochodzą z innych części kraju. Dlatego mogą coś takiego uczynić. Nasi wspaniali koledzy mają podwójne szczęście, bo my dziewczyny jesteśmy dla nich czymś w rodzaju paszportu. Sami nie mogliby wejść do tego mieszkania. Jedna z nich, nauczycielka angielskiego z chęcią z nami rozmawia. Zatrzymujemy się w ostatniej miejscowości przed pustynią - Erfoud - aby zrobić ostatnie zakupy, zaopatrzyć się w wodę. Na placu w tej miejscowości zostajemy zaczepieni przez jakichś ludzi, którzy proponują nam nocleg w osadzie na pustyni. Oczywiście ich zbywamy, ale wizytówkę bierzemy, bo jedziemy właśnie tam, a na tej karteczce są dokładne współrzędne geograficzne tego miejsca. Przydadzą się nam one, żeby tam dojechać przy pomocy GPS - u. Wystarczy je tylko wprowadzić, a potem trzymać się wytyczonego kursu. Obok stacji znajduje się parking samochodów terenowych dla turystów. Oczywiście mamy propozycję, żeby wynająć te samochody, bo podobno naszym tam nie dojedziemy. Znowu jedziemy, kierujemy się słupkami tylko, że one w pewnym momencie znikają i teraz już zdani jesteśmy na nasz GPS. W końcu naszym oczom w oddali ukazuje się widok na Erg Chebbi. Dzięki nawigacji satelitarnej docieramy do Merzougi - maleńkiej wioski znajdującej się u stóp ergu. Rozbijamy swój obóz wśród oazy palm obok ergu. Zaczyna się ściemniać i wiać coraz bardziej i bardziej, trzeba ewakuować się do namiotów spać. W dodatku mamy wstać o 4:30 i udać się na wschód słońca nad piaskami Sahary. Trudno zasnąć, bo tak wieje i wali piaskiem o namiot. Kilka razy budzę się w nocy z wrażeniem, że wraz z namiotem odlecimy gdzieś donikąd. W dodatku za każdym razem coraz bardziej chrzęści mi piasek między zębami...

5 27.04.2001 (piątek)
Dzwoni budzik Agaty, to 4:30 rano. Agata każe mi się nie ruszać, tylko świeci latarką na mój śpiwór i koc... wszystko w piasku. Dosłownie wszystko, piasek jest wszechobecny na przedmiotach, jak i na nas samych. Jest jeszcze ciemno, w dodatku jeszcze wieje, a my ruszamy. Wschód słońca około 5:35, tak określił czas GPS. Naprawdę jest to cudeńko. Udaje się nam dotrzeć na tę wydmę, choć wejście na nią graniczyło z cudem, bo idzie się zawietrzną stroną. Krok w górę i zsunięcie się dwa w dół. Już myślałam, że nie uda mi się dojść do idealnie zarysowanej krawędzi wydmy. Jeszcze trochę wysiłku i jestem na górze. Piasek ma niesamowicie pomarańczowy kolor. Na "naszą" wydmę dociera jeszcze innych dwóch zagranicznych turystów. No i w końcu słońce pojawia się na horyzoncie i to punktualnie! Robimy zdjęcia, choć kończy się to tym, że większość aparatów potem skrzypi od piasku, który powłaził do każdej możliwej szczeliny. Po wschodzi słońca idziemy do miejscowej knajpki, gdzie gospodarz informuje nas, ze trwa w wiosce ślub i powinniśmy to zobaczyć. Więc idziemy i z barwnym tłumem, panem młodym przy śpiewie docieramy do chaty panny młodej. Tam wszystkich skrapiają różaną wodą, której zapach długo się trzyma. Jesteśmy świadkami tańców oraz publicznego zarżnięcia owcy przed domem panny młodej. Zostajemy zaproszeni do chaty panny młodej. Chata to klepisko, na której siedziało mnóstwo kobiet. Tam uczestniczymy w śpiewach i tańcach. Nawet dane jest nam - dziewczynom - założyć na głowę coś, co dla nas było workiem, a dla Berbrów częścią stroju ślubnego. Tylko, że w tym nie da się oddychać, a panna młoda musi to nosić przez trzy dni! Nikt nie może widzieć jej twarzy, taki panuje tutaj zwyczaj. Zresztą widać jest, że ledwie żyje. Częstują nas migdałami. Siedzimy trochę, a potem jak zwykle jedziemy dalej. Teraz nasza droga wiedzie do Source bleue de Meski - wspaniałych naturalnych źródeł. Okazuje się jednak, że zostały praktycznie zabetonowane, nic ciekawego. Nie wiem, czym tutaj się zachwycano, może kiedyś to rzeczywiście były cudowne źródła. Tak, więc zamiast wspaniałych źródeł czekała nas noc nad sztucznym zbiornikiem wodnym za Erachidią, w okolicach której postanowiliśmy się rozbić.

28.04.2001 (sobota)
Kolejny dzień w drodze. Dzisiaj zmierzamy w stronę terenów powulkanicznych, a dokładnie w okolice Aguelmane Sidi Ali - wulkanicznego jeziora. Zatrzymujemy się nad brzegiem jeziora, stanowi ono wnętrze starego zniszczonego krateru. Wszędzie można znaleźć stare skały wulkaniczne. Wraz z Wojtkiem i Agatą postanawiamy wdrapać się na jedno z otaczających zboczy, aby przyjrzeć się kształtowi krateru. Wchodzimy do góry. Zajmujemy miejsce na skalnej półce i naszym oczom ukazuje się widok na cały krater. Musi być rzeczywiście bardzo stary. Trzeba dobrze się przyjrzeć, żeby stwierdzić, że to krater. Poza tym zostajemy zaskoczeni tym, że są tu trzy jeziorka zamiast jednego. Jest to wynikiem jego wysychania w porze suchej. Dzieli się ono wtedy na mniejsze zbiorniki. Widok jest cudowny, aż żal wracać. Schodzimy w dół, Agata ogląda leżące skały i w końcu pod jedną z nich znajduje... skorpiona! Całe szczęście, że nie był jadowity. Chociaż tego nie byłabym taka pewna.

29.04.2001 (niedziela)
Pobudka już o 6.30, bo na dzisiaj zaplanowaliśmy Fez. Zaczynamy od mediny. Postanowiłyśmy połazić ciasnymi uliczkami mediny, a że położona ona jest na zboczu, to uliczki wznoszą się raz w górę, raz stromo w dół. Później oglądamy słynne farbiarnie skór, gdzie w ogromnych kadziach barwi się je na różne kolory. Nie da się tam długo wytrzymać, bo wydziela się tam paskudny zapach. To sprawia, że najlepiej zrobić zdjęcia i czym prędzej stamtąd uciekać. Poza tym oglądamy Pałac Królewski w Fezie. Znowu jesteśmy głodne. Przydałoby się coś zjeść. Tym razem postanawiamy spróbować podłużnych bułek z farszem. Farsz jest ciekawy, bo nie dość, że wszystkie jego składniki znajdują się na ladzie osłoniętej od chodnika szybą, to jeszcze świeci na nie słońce. Do takiej bułki prosto z wystawy trafiają pomidory, kapusta, ogórki, marchewka, cebula, ugotowane jajko (!!!), frytki oraz gotowane ziemniaki!!! A wszystko to jest polewane ostrym sosem, zawijane w szary papier i ugniecione, żeby farsz nie wypadał. Z opisu nie brzmi to za bardzo smakowicie, ale efekt końcowy jest całkiem dobry. Opuszczamy Fez. Dzisiaj znowu mamy w planach nocleg w terenie. W końcu znajdujemy się na plantacji pomarańczy. Nawet dostajemy pozwolenie od miejscowych na przenocowanie tutaj jednej nocy. W podzięce zapraszamy na kolację... soja z fasolką i ryżem. Zaczyna panować miła atmosfera. Tylko, że Marokańczyków przybywa, a Gosia z Wojtkiem dwoją się i troją, żeby ugotować im wszystkim kolację. Ostatecznie wynik jest taki, że razem z nami siedzi... dwudziestu Marokańczyków! Każdy dostaje kolację, ale widać, że chyba nie wszystkim ta nasza znakomita potrawa smakuje. Przynoszą nam mnóstwo pomarańczy. I zaczyna się zabawa, bo jeden z gości przyszedł z bendirem. To orientalny bęben, obciągnięty z jednej strony skórą. W dodatku Jarek wyciąga z samochodu swoje zdobycze - duży bęben i jeszcze jeden malutki oraz fujarkę. Teraz dopiero impreza nabiera tempa. Zaczynają się nawet tańce i śpiewy. Nie da się ukryć, że w śpiewaniu rozkładają nas na łopatki. Nie dorastamy im do pięt. Impreza kończyły się koło 22:00. Marokańczycy kulturalnie żegnają się i opuszczają plantację wielką ciężarówką. Nam zostało jeszcze posprzątać bałagan po imprezie. Po porządkach, po kolejnym dniu obfitującym w przeżycia możemy wreszcie udać się na spoczynek w niesamowitym otoczeniu setek drzew pomarańczowych, pełnych owoców.

30.04.2001 (poniedziałek)
Kolejnym miejscem, do którego mamy zawitać, jest Al - Hoceima nad samym Morzem Śródziemnym. Zanim to jednak nastąpi, czeka nas przeprawa przez około 100 - kilometrowy odcinek trasy prowadzącej przez Góry Rif, gdzie uprawia się słynny tutaj kif. Trasa, na jaką się zdecydowaliśmy, jest odradzana w przewodnikach turystom, a to z tego powodu, że mieszkańcy bardzo nachalnie próbują, a nawet zmuszają do kupienia owego kifu. My jednak postanawiamy pojechać tą drogą, by sprawdzić, jak to jest w rzeczywistości. No i okazuje się, że w istocie tak jest. Na poboczu drogi, co pewien czas pojawiają się ludzie, którzy próbują zatrzymać przejeżdżający samochód i sprzedać narkotyk. Jesteśmy niewzruszeni i wcale się nie zatrzymujemy. Docieramy do Ketamy, głównego zagłębia uprawy kifu. Tutaj zatrzymujemy się bo... jesteśmy głodni. Idziemy na buły. Oczywiście wrzucają do nich mydło i powidło. Tym razem nawet jest w niej ryba, ale moim zdaniem tylko psuje smak całości. Nigdy więcej ryb w takiej bułce! Możemy przyjrzeć się ludności, są tu sami mężczyźni, w dodatku o jakimś niewyraźnym spojrzeniu, ale za to z uśmiechem od ucha do ucha. To działanie kifu. Wszyscy tu sobie popalają. Tak na marginesie to kif po arabsku znaczy "przyjemność", tak więc sama nazwa mówi za siebie. Dojeżdżamy do Al-Hoceimy i trafiamy na camping położony nad zatoczką wśród klifów. Waldek poczynił już znajomości i mamy chętnego na oprowadzenie nas po mieście. Tylko musimy poczekać, aż nasz przewodnik odmówi modlitwę. Po raz pierwszy widzimy, jak wyciągają dywaniki i na głos muezina zaczynają się modlić. Trwa to jakieś pół godziny, aż wreszcie kończą i możemy ruszać do centrum. Centrum miasta nie przedstawia nic rewelacyjnego. Tylko widok na morze ze skalistych klifów jest piękny. Klify oddzielają od siebie małe plaże. Nasz przewodnik zabiera nas na przystań jachtową, gdzie Agata ogląda jeden z jachtów, który stał i niszczał przy brzegu. Podobno został skonfiskowany przez policję przemytnikom narkotyków. Część naszej grupy ma ochotę na rybę i chce pójść do restauracji. Tam okazuje się, że najpierw musimy kupić rybę na przystani, a potem przynieść ją tu do restauracji do usmażenia. No więc zostajemy zaprowadzeni na przystań. Tutaj można kupić wszystko, gatunków ryb co niemiara. Po długich targach i wybieraniu, ryby zostają kupione. Teraz musimy przenieść się do kolejnego stołu, gdzie nam je oczyszczą, a potem już tylko trzeba przejść do restauracji, gdzie zostaną odpowiednio przygotowane.

6 01.05.2001 (wtorek)
Dzisiaj jedziemy z powrotem przez Rif. Jest ciekawiej. Próbują nas zatrzymać sprzedawcy kifu, jadąc za nami swoimi samochodami. Jeden prowadzi, a drugi wychyla się przez oko i prawie przed maską macha nam kifem. My jesteśmy twardzi i nadal się nie zatrzymujemy. W pewnym momencie mijamy stojących przy drodze kolejnych sprzedających, z których jeden wyposażony jest w... procę. Nie chcę nawet myśleć, do czego ona służy, ale na pewno skutecznie zatrzyma kierowcę. Całe szczęście, że nie miał ochoty wypróbowywać jej działania na naszej Kryśce. Jedziemy do Szefszawan, droga dłuży się nam niemiłosiernie, bo jest strasznie kręta i trzeba wolno jechać. Dojeżdżamy do miasta, które położone jest na zboczu, a jego budynki są białoniebieskie. Na campingu okazuje się, że kierownik campingu to służbista i spisuje wszystkie informacje z paszportów, co trwa niemiłosiernie długo, ale w końcu oddaje je nam i możemy ruszać do miasta. Idziemy na skróty, przez stary cmentarz. Po raz nie wiem, który wybieramy medinę, żeby połazić wąskimi uliczkami. Wszędzie w oczy kłuje błękit - niebieskie ściany, drzwi, okna, wnętrza sklepów też w takim kolorze. Nawet dodatki, takie jak donice z kwiatami, też są błękitne. Robimy ostatnie zakupy, bo jutro już opuszczamy Maroko i Afrykę. Po raz ostatni zamawiamy miętową herbatę i pijemy ją siedząc obok meczetu, z którego słychać głos nawołującego muezina.

02.05.2001 (środa)
Uff, poranek w... błotku. W nocy lało. Coś nowego jak dla nas, bo do tej pory deszczu ani widu, ani słychu. Wszędzie mokro, a tu trzeba przepakować bagaże na drogę i w ogóle cały samochód. Wojtek pracuje nad podziałem pozostałej żywności pomiędzy wszystkich, niektórzy mają plany, że pozbędą się tego wymieniając na coś innego. Ten podział Wojtek przeprowadza sprawnie i każdy może zabrać swoją część. Wygląda to niczym paczki pod choinkę. Dla każdego wychodzi pokaźny karton. Wybija dwunasta w południe, godzina zero. Czas odjazdu. Musimy wcześniej wyjechać, bo w momencie przekroczenia granicy trzeba będzie przesunąć zegarki dwie godziny dalej. Jedziemy do Ceuty, po drodze mijamy Tetuan i dojeżdżamy do Sebty, gdzie wydajemy ostatnie dirhamy między innymi na herbatę miętową. Ruszamy na granicę. Zanim ją przekroczymy, jesteśmy tam przez półtorej godziny, bo trzeba po raz kolejny wypełnić różne świstki papieru, a potem udać się z nimi i z paszportami do okienka. Tam z kolei zaczyna się sprawdzanie nas w komputerze, pieczętowanie kart, co niestety trwa, bo nikomu się tu nie śpieszy. Potem jeszcze papiery samochodu, celnicy hiszpańscy i już Ceuta. Sterylna. Można tu jeść prosto z ziemi, tak czysto, że aż razi. Przesuwamy zegarki dwie godziny do przodu i... robi się późno. Odczytuję licznik, żeby sprawdzić ile to kilometrów przejechaliśmy po Maroku. Wychodzi mi, że około 3000 kilometrów. Teraz musimy się śpieszyć, bo trzeba wymienić pieniądze, odwiedzić sklep wolnocłowy, zatankować Kryśkę na maksa, bo tu o połowę taniej. No i ruszyć na prom do Europy. W końcu czas na prom, lecz zanim tam docieramy, to trochę kluczymy, ale w końcu udaje nam się wjechać w odpowiedni wjazd. Kolejna kontrola. Hiszpanie przychodzą z psem, który dokładnie przeszukuje nasz samochód. Niestety nie znajdzie tego, czego szuka, czyli kifu. Ewentualnie może nawąchać się mięty, którą wieziemy do domu i aby dotrwała wstawiamy ją do pojemników z wodą. Jeszcze godzina i zawijamy do Europy.

03.05.2001 (czwartek)
Zmierzamy do Barcelony. Już się nie mogę doczekać. Dojeżdżamy i jak zwykle zaczynamy się kręcić w kółko po mieście, bo nie możemy znaleźć żadnego miejsca parkingowego. Kręcimy się jak bączki i... zwiedzamy miasto przez okna samochodu. W końcu udaje się nam znaleźć miejsce. Trafiam pod Sagradę Familię projektu Gaudiego, która budowana jest już od stu lat i ma być budowana jeszcze drugie tyle. To jeden wielki plac budowy. Jestem szczerze rozczarowana, bo owszem frontowa ściana, która przedstawiana jest we wszystkich przewodnikach jest naprawdę piękna. Za to reszta budzi moje zastrzeżenia. Każda strona inna, a najbardziej mnie denerwują kolorowe owoce umieszczone w górnej części świątyni. Potem oglądam domy projektu Gaudiego, gdzie nie ma kątów prostych, dalej Katedra, Łuk Triumfalny i mnóstwo ciasnych uliczek. Z okien samochodu widzieliśmy jeszcze Plac Kataloński, Pomnik Kolumba. Potem jedziemy do nadmorskiej miejscowości pod samą Barceloną, gdzie jesteśmy umówieni z "zaprzyjaźnionymi" Hiszpanami. Zostajemy przyjęci po królewsku. W czasie tej biesiady toczymy wszyscy razem rozmowę. To jest prawdziwie międzynarodowy stół, przy którym posługujemy się angielskim, polskim, hiszpańskim, katalońskim i francuskim, w zależności od potrzeb i od tego, kto z kim rozmawia. Aż żal opuszczać takie miejsce.

04.05.2001 (piątek)
Około trzeciej w nocy mijamy granicę hiszpańsko - francuską. Przez Hiszpanię przejeżdżamy 1 367 kilometrów. Jedziemy razem z Agatą do szóstej rano, a potem idziemy spać. Stanowimy niezły nocny duet. Śpię jak zabita do dwunastej. Przespałam prawie całą Francję, bo około godziny 13:00 kolejna "niewidoczna" granica. Granica francusko - niemiecka. Przez Francję nasza droga prowadzi przez dokładnie 888 kilometrów. Teraz przed nami ostatni tranzytowy kraj - Niemcy. Jeszcze jakieś 1000 kilometrów do granicy z Polską. Przed kolejną zmianą wypijam jeszcze... kawę, żeby nie zasnąć. Jest to historyczna chwila, bo ostatnią kawę piłam gdzieś kilka lat temu. Fuj, jakie to ohydztwo! W końcu zapada wieczór i po raz kolejny "nocna zmiana" zasiada za sterami Kryśki.

05.05.2001 (sobota)
Jedziemy obie z Agatą, wkrótce granica. Ale zamiast na przejściu w Kostrzynie, przypadkiem lądujemy w Świecku. Posuwamy się w żółwim tempie przez trzy godziny. W końcu stajemy na przejściu. Najpierw Niemcy, a potem nasi celnicy, którzy witają nas "bardzo" miło Wymieniamy jeszcze pieniądze na złotówki, tankujemy i możemy ruszać dalej, odczuwając, to że jesteśmy w Polsce. Nie da się za bardzo spać tak trzęsie na wybojach polskich dróg. Do Gdańska docieramy koło południa.


Przeczytaj także : Maroko - Informacje praktyczne

26

AGH
Akademia Górniczo-Hutnicza
im. Stanisława Staszica
Wydział Geologii, Geofizyki
i Ochrony Środowiska
Katedra Geologii Ogólnej i Geoturystyki
al. Mickiewicza 30,
30-059 Kraków
link: journals.agh.edu.pl/geotour